Średnio 71 proc. zapytanych kobiet i mężczyzn uważa, że dowcipy z seksualnym podtekstem nie są właściwe w miejscu pracy. Najmniejszy problem z nimi mają Belgowie i Chińczycy (47 proc. akceptuje) oraz Hiszpanki i Belgijki (27 – 30 proc. akceptuje). ”Świńskim” żartom w miejscu pracy najbardziej przeciwni są Meksykanie, Amerykanie, Kanadyjczycy oraz mieszkańcy RPA (średnio na ”nie” jest 81-86 proc.).

W przypadku odpowiedzi z Polski, Ipsos MORI informuje, że 27 proc. mężczyzn i kobiet w naszym kraju uznaje żarty i historie seksualnej natury w pracy są jak najbardziej na miejscu. Odsetek osób przeciwnych podobnym rozrywkom słownym wynosi 58 proc. Rozkładając odpowiedzi według płci, niewybredne żarty akceptuje 23 proc. Polek i 32 proc. Polaków.

- Różnica między opowiadaniem żartu w biurze a powstrzymaniem się do momentu wspólnego wyjścia do baru może być dla kobiet ogromna. Wiele pań jest przekonana, że muszą ignorować żarty albo dołączyć się do śmiejących, inaczej będą potraktowane jako zbyt sztywne. Dla osób identyfikujących się jako nie-binarne, czy należących do grona LGBTQ może to jednak być uwłaczające – tłumaczy w BBC Hillary Margolis z Human Rights Watch. 

Zazwyczaj żart jest po prostu żartem. I za taki chciałby go uważać opowiadający. - Czasem jednak seksualny humor w pracy postrzega się jako formę seksizmu, a to prowadzi do poczucia wykluczenia. Kobiety będą się śmiały, bo czują że muszą, ale w głębi będą wkurzone, że udają. Nie będzie im z tym zbyt dobrze – dodaje Margolis.

Czy nad Wisłą seks jest tematem rozmów w pracy? Według badań prezentowanych przez serwis Infor, tylko 32 proc. Polaków w ogóle nie rozmawia w pracy o seksie. O tym, że w biurze czy zakładzie pracy w ogóle nie porusza się tej tematyki donosi jedynie 7 proc. osób.

- Zamiast rozmawiać, wolimy z seksu żartować – taki wniosek płynie z sondażu przeprowadzonego przez agencję pracy Work Express. 22 proc. pracujących Polaków przyznało, że w pracy rozmawia o seksie, a 32 proc. ankietowanych omija ten temat szerokim łukiem. Za to aż 46 proc. stwierdziło asekuracyjnie, że woli żart, niż pikantną rozmowę – czytamy na infor.pl. Z badań CBOS widać, że problem raczej rośnie. O ile w 2007 takie sprośne, naruszające godność dowcipy słyszało w pracy 22 proc. badanych, to w 2018 już 24 proc. [link] Ponoć roczniki 80. i późniejsze mają więcej odwagi niż starsi koledzy i koleżanki do inicjowania takich rozmów. Ci sami też znacznie mniej liczą się z opinią otoczenia.

A otoczenie może takie dowcipy postrzegać jako molestowanie seksualne. Według definicji prezentowanej na stronie internetowej Grupy Edukatorów Seksualnych Ponton, molestowaniem seksualnym jest ”każde nieakceptowane zachowanie, którego celem jest poniżenie lub naruszenie godności drugiej osoby odnoszące się do jej płci lub mające charakter seksualny”. Naturalnie, wszyscy inaczej odbieramy humor, nawet ten najbardziej prymitywny. Jak zwraca uwagę ”Polityka”, lista czynności zakazanych w zakładowej gazetce ściennej nie będzie dobrym rozwiązaniem.

- Coś, co dla jednej osoby wyda się niewinnym żartem, dla innej będzie poniżające i obraźliwe. Jedynym skutecznym i rozsądnym wyjściem jest zgodna umowa w całej firmie: każdy, nawet najniższy rangą pracownik ma prawo indywidualnie wyznaczać swoje granice. Stanowczo mówić: tego sobie nie życzę. A przełożeni i współpracownicy – obowiązek to respektować. Jeśli słyszysz odmowę, to nie znaczy, że koleżanka tylko tak kokietuje – tłumaczy tygodnik

 W podobnym tonie wypowiadają się eksperci ”Pontonu”: - Nie można maskować strachu śmiechem lub przyzwalać na takie zachowania, bo niepostawienie granicy prowadzi tylko do gorszych sytuacji. W rozmowie z dziennikiem “Rzeczpospolita” radca prawny Grzegorz Orłowski zwrócił uwagę, że to przełożony zawsze powinien reagować na sytuacje, gdy pracownik staje się obiektem kawałów i dowcipów załogi, które mu przeszkadzają. - Nie ma znaczenia, że sam uważa jego reakcję za przesadną – podkreślił.