Może nie jest to najlepszy moment na takie wyznania, ale nad biurkiem mam plakat z twarzą Kanyego Westa. Plakat zrobił mój kumpel, grafik Patryk Mogilnicki. Jest to prosty, szlachetny sitodruk na czarnym tle. Twarz Kanyego składa się na nim z kilku kolorowych plam. To dobry, chyba całkiem wierny portret - chociaż nie mogę być do końca pewny, nigdy nie widziałem Kanyego Westa na żywo. Plakat po prostu jest. Wisi sobie, i tyle. Czasem nasze spojrzenia - moje i Kanyego z plakatu - przetną się, ale nie znajduję w tym śladów jakiejś duchowej komunikacji, nie spływa na mnie żadna łaska geniuszu uznanego amerykańskiego rapera i trochę mniej uznanego projektanta odzieży. Kanye West nie jest moim idolem ani autorytetem, gdyż raczej staram się takowych nie posiadać. Owszem, istnieją ludzie, których cenię, istnieją ludzie, od których się uczę - w jakimś tam sensie Kanye West jest dla mnie jednym i drugim - ale bez wątpienia są tacy, których podziwiam bardziej od niego, jak i tacy, od których uczę się więcej.

Więc czemu akurat Kanye West wisi na mojej ścianie?

Owszem, lubię jego muzykę, znam jego płyty, kilka mam na winylach bądź cd, do tego mój kolega Patryk Mogilnicki robi ładne plakaty, ale to jeszcze nie są wystarczające powody, aby przywiesić sobie na ścianie czyjąś gębę. Czyjaś gęba na ścianie to pewien rodzaj zobowiązania, opartego najczęściej na czci bądź pamięci - ja jednak nie czczę Kanyego Westa, i nie jest moim bliskim, żywym bądź martwym. Chodzi chyba o to, że odczuwam, a raczej chciałbym odczuwać, jakieś koleżeństwo z Kanye Westem, a raczej z jakimś moim wyobrażeniem na temat Kanye Westa. Albo inaczej - czasami, gdy o nim myślę, mam wrażenie, że rozumiem, o co mu chodzi.

Amerykanie, bo to oni, z racji współobywatelstwa, głównie przejmują się Kanye Westem, mają z nim problem od dawna. Z jednej strony, Kanye uznany jest, dosyć powszechnie, za muzycznego geniusza i wizjonera. Geniusz i wizjoner to bardzo mocne słowa, w momencie, gdy szeroko pojęta muzyka popularna, wydaje się być zapętlona w bezustannych meta-remiksach i reinterpretacjach. Nie trzeba jednak wielkiego osłuchania w hip-hopie, aby zdać sobie sprawę, że nikt nie nagrywa takich płyt jak Kanye West. Jeśli potraktować słowny i muzyczny (bri)kolaż jako rdzenną ideę hip-hopu, to muzyka Westa jest właśnie czystym i żywym hip hopem, w którym mieszają się dźwięki, odniesienia i sample z dziesiątek estetyk i gatunków. Do stworzenia takich płyt jak "Yeezus" czy "Life of Pablo", potrzeba wizji i odwagi - płyt-światów, na których w dowolnych konfiguracjach mieszają się brudne, klubowe techno, nowa fala z lat 80., gospel i chicagowski house.

Co jeszcze ważniejsze - Kanye West jest nie tylko świetnym muzykiem i producentem, który projektuje brzydkie i drogie buty. Jego główny, ogromny talent to wielka (pop)kulturowa intuicja, pozwalająca mu podstrajać się pod dopiero raczkujące, jeszcze awangardowe trendy w muzyce, designie i modzie i następnie przenosić je do mainstreamu za pomocą swoich płyt, teledysków i koncepcji. West ma wielkie wyczucie stylu i aktualnego momentu w kulturze. Nie bez kozery będzie stwierdzenie, że dla kultury afroamerykańskiej jest tym, kim dla białego rocka był David Bowie.