Zbawieni przez durnia. Felieton Jakuba Żulczyka

Kanye West przekroczył, jak się zdaje, Rubikon żenady, i w końcu palnął coś, czego już nie da się od-usłyszeć i od-przeczytać.

Może nie jest to najlepszy moment na takie wyznania, ale nad biurkiem mam plakat z twarzą Kanyego Westa. Plakat zrobił mój kumpel, grafik Patryk Mogilnicki. Jest to prosty, szlachetny sitodruk na czarnym tle. Twarz Kanyego składa się na nim z kilku kolorowych plam. To dobry, chyba całkiem wierny portret – chociaż nie mogę być do końca pewny, nigdy nie widziałem Kanyego Westa na żywo. Plakat po prostu jest. Wisi sobie, i tyle. Czasem nasze spojrzenia – moje i Kanyego z plakatu – przetną się, ale nie znajduję w tym śladów jakiejś duchowej komunikacji, nie spływa na mnie żadna łaska geniuszu uznanego amerykańskiego rapera i trochę mniej uznanego projektanta odzieży. Kanye West nie jest moim idolem ani autorytetem, gdyż raczej staram się takowych nie posiadać. Owszem, istnieją ludzie, których cenię, istnieją ludzie, od których się uczę – w jakimś tam sensie Kanye West jest dla mnie jednym i drugim – ale bez wątpienia są tacy, których podziwiam bardziej od niego, jak i tacy, od których uczę się więcej.

Więc czemu akurat Kanye West wisi na mojej ścianie?

Owszem, lubię jego muzykę, znam jego płyty, kilka mam na winylach bądź cd, do tego mój kolega Patryk Mogilnicki robi ładne plakaty, ale to jeszcze nie są wystarczające powody, aby przywiesić sobie na ścianie czyjąś gębę. Czyjaś gęba na ścianie to pewien rodzaj zobowiązania, opartego najczęściej na czci bądź pamięci – ja jednak nie czczę Kanyego Westa, i nie jest moim bliskim, żywym bądź martwym. Chodzi chyba o to, że odczuwam, a raczej chciałbym odczuwać, jakieś koleżeństwo z Kanye Westem, a raczej z jakimś moim wyobrażeniem na temat Kanye Westa. Albo inaczej – czasami, gdy o nim myślę, mam wrażenie, że rozumiem, o co mu chodzi.

Amerykanie, bo to oni, z racji współobywatelstwa, głównie przejmują się Kanye Westem, mają z nim problem od dawna. Z jednej strony, Kanye uznany jest, dosyć powszechnie, za muzycznego geniusza i wizjonera. Geniusz i wizjoner to bardzo mocne słowa, w momencie, gdy szeroko pojęta muzyka popularna, wydaje się być zapętlona w bezustannych meta-remiksach i reinterpretacjach. Nie trzeba jednak wielkiego osłuchania w hip-hopie, aby zdać sobie sprawę, że nikt nie nagrywa takich płyt jak Kanye West. Jeśli potraktować słowny i muzyczny (bri)kolaż jako rdzenną ideę hip-hopu, to muzyka Westa jest właśnie czystym i żywym hip hopem, w którym mieszają się dźwięki, odniesienia i sample z dziesiątek estetyk i gatunków. Do stworzenia takich płyt jak “Yeezus” czy “Life of Pablo”, potrzeba wizji i odwagi – płyt-światów, na których w dowolnych konfiguracjach mieszają się brudne, klubowe techno, nowa fala z lat 80., gospel i chicagowski house.

Co jeszcze ważniejsze – Kanye West jest nie tylko świetnym muzykiem i producentem, który projektuje brzydkie i drogie buty. Jego główny, ogromny talent to wielka (pop)kulturowa intuicja, pozwalająca mu podstrajać się pod dopiero raczkujące, jeszcze awangardowe trendy w muzyce, designie i modzie i następnie przenosić je do mainstreamu za pomocą swoich płyt, teledysków i koncepcji. West ma wielkie wyczucie stylu i aktualnego momentu w kulturze. Nie bez kozery będzie stwierdzenie, że dla kultury afroamerykańskiej jest tym, kim dla białego rocka był David Bowie.

 

Niestety, za wizją i odwagą, która jest w stanie porwać miliony, idą często niezrównoważenie psychiczne i niewyparzony pysk.

Mózg Westa działa szybko, ale w zupełnie nieuporządkowany sposób. West uważa się za jednego z największych, jacy chodzili po tej ziemi, porównując się do Stevea Jobsa, Walta Disneya, Picassa. Z drugiej strony co chwila popisuje się zatrważającą ignorancją i bufonadą. Jego Twitter w momentach najwyższej aktywności puchnie od niegramatycznych farmazonów, które w gwałtownym poszukiwaniu duchowego i filozoficznego ciężaru zamieniają się w paplanie paranoicznego guru oblężonej przez FBI sekty. Do tego dochodzą wątpliwe zachowania, nazwijmy to, etyczne.

Publiczne zglanowanie niewinnej piosenkarki (wówczas) country Taylor Swift na rozdaniu nagród Grammy, obrona wielokrotnego gwałciciela Billa Cosby, oraz dziesiątki innych pomniejszych wyskoków. Ameryka, jak do tej pory, wybaczała Westowi wszystko, ale jakiś tydzień temu przestała. West przekroczył, jak się zdaje, Rubikon żenady, i w końcu palnął coś, czego już nie da się od-usłyszeć i od-przeczytać.

West zachował się z gracją pijanego nastolatka na quadzie

Raper najpierw ogłosił poparcie dla prezydenta Donalda Trumpa, spotkał się z nim zaraz po jego inauguracji, by rok później – po rzekomym leczeniu psychiatrycznym – podtrzymać tę nieoczywistą sympatię. Raper najpierw nazwał prezydenta USA swoim “duchowym bratem” obdarzonym “mocą smoka”, następnie zapostował swoje zdjęcie w podpisanej przez Trumpa czapce “Make America Great Again”, i okrasił to wszystko stwierdzeniem, że 400 lat niewolnictwa czarnych było “wyborem”. No cóż. Łatwo się domyśleć, jak na takie dictum zareagowała Ameryka, a zwłaszcza jej czarnoskóra część. W trudnym momencie dla spolaryzowanego, targanego napięciami rasowymi społeczeństwa USA, w czasach ruchu Black Lives Matter i rzeczonego prezydenta, który zatrzymał się pół kroku od wyrażenia swojej pełnej sympatii dla białej, faszyzującej prawicy, West zachował się z gracją pijanego nastolatka na quadzie. Oczywiście, najbardziej bulwersująca z tego wszystkiego wypowiedź o niewolnictwie, była wyjęta z kontekstu dłuższej tyrady Westa na temat mentalnego niewolnictwa i wolnomyślicielstwa, ale szybko znaleźli się tacy,  którzy skonstatowali, że Westowi wolnomyślicielstwo pomyliło się z nie-myśleniem. Inni, bardziej łaskawi i Westowi życzliwi, zaczęli odbierać zachowania rapera jako objaw nasilenia długotrwałej choroby psychicznej. I owszem – w tej samej tyradzie, w której padło słynne stwierdzenie o niewolnikach, West wykrzyczał, że w szpitalu próbowano zabić go uzależniając go od opiatów. No cóż – chociaż żona Westa, Kim Kardashian, słusznie zauważyła, że granie rzekomą chorobą psychiczną Westa przez media samo w sobie jest gburowate i obcesowe, pierwszy odruch każe myśleć o tym wszystkim jako o objawach ciężkiej “pomroczności jasnej” artysty.

 

Jak łatwo się domyślić, są w USA czarnoskórzy twórcy, którzy dużo inteligentniej i celniej od Kanye Westa opowiadają afroamerykańskie problemy, przeszłość, współczesność i los. Nie mówię tu nawet o intelektualistach, takich jak Ta-Neishi Coates; z bohaterów bardziej masowej wyobraźni wystarczy wspomnieć Donalda Glovera, komika, rapera i twórcę świetnego serialu “Atlanta”, Jordana Peele, reżysera filmu “Get Out” czy raperów z The Roots, Commonem, Jayem-Z na czele. Wszyscy ci twórcy świetnie mieszczą się też w amerykańskim mainstreamie, pojawiając się w liberalnych mediach i prowadząc dyskurs o czarnej społeczności w szeroko przyswajalny, akceptowalny sposób, nie wychodząc poza ramy politycznej poprawności. Kanye West jawi się na ich tle jak człowiek – demolka. W oczach swoich braci i sióstr jest bufonem i ignorantem, który w imię niezrozumiałej błazenady demoluje dobre imię czarnych społeczności oraz niszczy wagę rozmów, odbywających się w przestrzeni publicznej.

Zatrzymajmy się przez chwilę na tym, co właściwie West mówi.

Podczas swojej niesławnej wizyty w siedzibie portalu TMZ West palnął już słynny tekst o niewolnictwie, jak i wrzeszczał na temat liposukcji. Jednak podczas tej samej wizyty powiedział, że “Donald Trump jest człowiekiem jak my wszyscy, człowiekiem, który ma ogromną władzę, więc powinniśmy z nim rozmawiać”, że “jedyne, co nim kieruje, to miłość”, że w Stanach “oprócz wojny rasowej toczy się walka klas i to ona sprawiła, że Trump wygrał”. West mówi nieskładanie i chaotycznie. Kieruje się tym, czym zawsze, czyli intuicją, bez jakiejkolwiek intelektualnej podpórki.

Zapewne jakiś rodzaj umysłowej musztry dałyby mu lektury,  ale West czytać nie chce i nie lubi, woli gadać. Wypełniają go emocje, zachowuje się jak histeryk i wariat, widać jak na dłoni, że West nie myśli, tylko czuje. Jednak te uczucia prowadzą go, paradoksalnie, nie ku obronie Trumpa, nie ku łapskom skrajnej prawicy, która podarowała Trumpwi zwycięstwo, nawet nie w ramiona partii Republikańskiej, której zapewne nawet nie interesuje tak dziwny, pozorny prezent w postaci tweetów i wypowiedzi Westa. Jego nie interesuje jakakolwiek doktryna Trumpa, o ile taka istnieje.

West mówi o dialogu, i mam wrażenie, że to słowo, “dialog”, w znaczeniu “porozumienia ponad podziałami”, staje się w jego wypowiedziach główną herezją. West, jakby nie patrzeć staje w poprzek informacyjnych baniek, pobudowanych po obu stronach politycznego konfliktu. Kopie w ich ściany, trzęsie nimi, stawiając utarte schematy myślenia i podział na dobrych i złych na głowie. Robi to gburowato i bez promila intelektu, ale jednak robi.

 

Ze swoją głupią brawurą staje się niewygodny dla wszystkich. “Jeśli mają mnie nienawidzić, ale przez to zacząć rozmawiać, to ok, niech tak będzie” – mówi w innym wywiadzie. W kółko używa słowa miłość, odmienia je przez wszystkie przypadki, pod koniec swojej tyrady w TMZ przytula dziennikarza, który w twarz nazywa go idiotą. Z drugiej strony, nazywając Trumpa “bratem”, świadomie bądź nie sprowadza go do z powrotem do tego, czym prezydent USA był od początku, czyli do roli celebryty. W pewnym sensie, pokonuje go jego własną bronią. Z Trumpem nie ma żadnej merytorycznej rozmowy, podkreśla West. Jest tylko gwiazdą, taką jak ja, niczym więcej.

No i co z tą miłością?

West brzmi jak wariat, ale zaraz, czy miłość nie jest czymś, czym tak naprawdę powinniśmy się posługiwać w życiu? Czy miłość Kanyego Westa, kulawa, kostropata miłość bogatego narcyza, która nic tak naprawdę nam nie da, też nie jest lepsza od jej kompletnego braku? Czy zwykła miłość do tego drugiego, do politycznego przeciwnika, który jest takim samym człowiekiem jak my, nie jest jedynym, co może zdemolować polaryzacje, które i u nas mają się świetnie? Być może, wciąż kibicując szalonemu Kanyemu, czekam na kogoś ze swojego szeroko pojętego środowiska, kto wyjdzie i zrobi tego typu metafizyczną zadymę u nas, mówiąc bez ogródek, że kocha Jarosława Kaczyńskiego czy prezesa ONR-u, kimkolwiek ten jest? Ja od razu wypisuję się z imprezy, u mnie taki gest byłby pustą prowokacją, gdyż nie mam w sobie żadnej autentycznej miłości do Jarosława Kaczyńskiego. Jednak może znajdzie się ktoś, kto tak jak West, przeżył duchowe oświecenie i jest w stanie zagrać tak va banque? Czy taki psychodeliczno-psychotyczny gest nie unieważniłby, chociaż na odświeżającą chwilę, trupiej i złowrogiej politycznej symulakry?

Oczywiście, ŻARTUJĘ, ale zaraz – czy tych coraz bardziej skostniałych informacyjnych baniek, tego sterowanego przez manichejskie siły społeczeństwa informacyjnego podziału, nie mogą rozsadzić tylko prawdziwi wariaci, którzy polityczną poprawność mają sobie za nic?

Kanye West jest wspaniałym twórcą i głupim jak znoszony but człowiekiem, ale czy mądrzy nas ocalą?

Zostawiam państwa z tymi dziwnymi i niemądrymi pytaniami. Do zobaczenia za dwa miesiące.

P.S. Oczywiście, jeszcze raz, ten nieszczęsny komentarz o niewolnictwie jest niebywale głupi, delikatnie mówiąc, i nawet mam w głowie jego polski ekwiwalent, ale nie chcę, i mówiąc szczerze, trochę się boję go napisać.

Przeczytaj też: Przestraszony użytkownik. Felieton Jakuba Żulczyka