Trzydzieści tysięcy funtów musiała zapłacić w zeszłym roku brytyjska firma Dura Automotive Body and Glass Systems swojemu pracownikowi uderzonemu znienacka w szyję przez robota. Maszyna uderzyła mocno, poważnie uszkodziła krtań. Podobne zdarzenie odnotowano w Szwecji. W czerwcu 2007 roku pracownik położonej na północ od Sztokholmu fabryki w Balsta próbował naprawić usterkę robota. Zapomniał wcześniej wyłączyć maszynę i ta go poturbowała. Sprawa trafiła do sądu, który nakazał firmie – właścicielce robota – wypłatę „pobitemu” odszkodowania w wysokości 25 tysięcy koron szwedzkich.

„Mężczyzna miał wiele szczęścia – argumentował prokurator Leif Johansson – że skończyło się na czterech złamanych żebrach. Mógł przecież zginąć”. Rzeczywiście, Szwed miał szczęście, w przeciwieństwie do 25-letniego pracownika jednego z zakładów Forda, Roberta Williamsa, który 25 stycznia 1979 roku zginął uderzony przez robota przemysłowego. Rodzina ofiary otrzymała 10 milionów dolarów odszkodowania, sąd uznał winę firmy, wskazując na niedostateczny system zabezpieczeń. Starcia z przemysłowym automatem nie przeżył też 37-letni Japończyk Kenji Urada, pracownik jednej z fabryk w mieście Kawasaki, który w 1981 roku został wepchnięty przez robota do zgniatarki.

Robotów wokół nas jest coraz więcej, więc i katalog błędów, które mogą popełnić, jest coraz większy. Niedawno mieszkańcy jednej z dzielnic San Francisco przeżywali chwile grozy, obserwując akcję na posesji, której właściciela podejrzewano o działalność przestępczą. Policyjny robot samobieżny przenosił znalezione w garażu granaty. Jakież było przerażenie policjantów, gapiów oraz reporterów lokalnych mediów, które transmitowały przebieg akcji, kiedy robot-saper zgubił jeden z granatów i, jak gdyby nigdy nic, przejechał po nim! Na szczęście nic się nie stało, ale mógł mieć na swoim robocim sumieniu co najmniej kilkanaście ofiar.

W ubiegłym roku jednym z głównych tematów doniesień medialnych był wyciek ropy w Zatoce Meksykańskiej. Swoją cegiełkę do rozmiarów tego kataklizmu dołożył też operujący na głębokości 1,5 kilometra robot. W pewnym momencie akcji ratunkowej zderzył się z ważącą 68 ton kopułą, za której pomocą odsysano część wyciekającej ropy. Kolizja na pewien czas mocno popsuła szyki sztabowi kryzysowemu.

Przypomnijmy, że już pierwsze powołane do „życia” roboty przysparzały mnóstwa kłopotów swoim konstruktorom. W 1933 roku w Stanach Zjednoczonych doszło do głośnego wypadku, w którym twórca robota padł ofiarą swego dzieła. Potężny android został pomyślany jako pomoc naukowa na lekcjach anatomii. Po rozpięciu swojej kamizelki robot wskazywał palcem omawiane organy i tłumaczył przebieg procesu trawienia. Niestety, któregoś dnia stalowa ręka robota pozbawiła życia inżyniera, kiedy ten chciał poprawić w automacie jeden z poluzowanych elementów. W Moskwie zaś w 1946 roku nie lada problemy sprawiał robot Dziadek Mróz. Brodaty automat w kożuchu umieszczony w witrynie jednego z moskiewskich domów handlowych, w noworoczną noc zdemolował całą wystawę, zniszczył sklepową choinkę i sprawił wiele kłopotu próbującym go okiełznać strażakom. Mówiąc krótko: zachowywał się, jakby nadużył napojów wyskokowych (prawdziwą przyczyną „buntu” Dziadka Mroza były skoki napięcia w sieci elektrycznej).