Serial „Woju” pokazuje życie dwóch sióstr, które po zakończeniu studiów postanawiają nie wracać w rodzinne strony, lecz zostają w wielkim mieście, fikcyjnym Jiangzhou, podejrzanie przypominającym Szanghaj. Starsza z nich wraz z mężem oszczędza na zakup mieszkania, ale nieustanny wzrost cen sprawia, że po siedmiu latach wyrzeczeń wciąż nie są w stanie zgromadzić minimalnego wkładu własnego. Narastająca frustracja, rozłąka z córką odesłaną na wychowanie do dziadków i kłótnie o każdego juana zamieniają ich życie w koszmar. Młodsza siostra, aby pomóc im finansowo, wplątuje się w romans ze skorumpowanym urzędnikiem, który czerpie krociowe zyski z łapówek od deweloperów. W końcu małżeństwu udaje się kupić mieszkanie za 900 tys. juanów i dostać kredyt na 20 lat, którego miesięczna rata wynosi 63 proc. ich wspólnych dochodów.

Mieszkanie nie dla każdego

Serial uderzył w mocno naciągniętą strunę, bo obnażył wszystkie problemy, z jakimi boryka się dziś chińska klasa średnia. Najpoważniejszym z nich jest coraz trudniejszy dostęp do własnych czterech kątów. W 2009 roku ceny nieruchomości w największych chińskich miastach poszybowały w kosmos. W Szanghaju o 68 proc., w Pekinie o 66 proc. w Shenzhen o 51 proc. Światowy kryzys dodatkowo je podkręcił.589 mld dolarów, wpompowanych w gospodarkę przez chiński rząd, sprawiło , że z braku wielu możliwości inwestycyjnych, kto żyw rzucił się do kupowania nieruchomości. Wywindowało to ceny do tego stopnia, że według danych z dziennika „China Daily”, Chiny są obecnie najdroższym krajem świata pod względem dostępności mieszkań. Metr kwadratowy w Szanghaju kosztuje średnio 20 tys. ju-anów, czyli 3 tys. dolarów, podczas gdy przeciętne wynagrodzenie w Chinach to 500 dolarów. Wskaźnik ceny metra kwadratowego do średniej pensji wynosi w Pekinie 27:1, a zalecany przez Bank Światowy poziom dostępności to 5:1. Stosunek wysokości czynszu do ceny to obecnie 500:1, podczas gdy alarmujący poziom wynosi 300:1. Nadmuchany do granic bąbel spekulacyjny rodzi inwestycje a la Dubaj, jak kompleks mieszkalny w mieście Tianjin, 120 km od Pekinu, gdzie domy są ułożone w kształt mapy świata, a obok powstaje siedmiogwiazdkowy hotel i największy na świecie kryty stok narciarski.

Przyprawiający o zawrót głowy wzrost cen nieruchomości sprawił, że kwestia mieszkaniowa stała się numerem jeden rozmów w chińskich rodzinach. Posiadanie własnego kąta, oprócz satysfakcji i poczucia bezpieczeństwa, daje także inne wymierne korzyści, przede wszystkim rzecz bezcenną – hukou, czyli meldunek. Zameldowanie w dużym mieście to dostęp do świadczeń socjalnych, jak ubezpieczenie zdrowotne czy darmowa szkoła dla dziecka, a w przypadku zgubienia np. dowodu osobistego nie trzeba wracać tysiące kilometrów do rodzinnej miejscowości, by wyrobić nowy. Poza tym mężczyzna w Chinach bez własnego lokum nie ma szans na rynku matrymonialnym. 70 proc. respondentów, biorących udział w internetowym sondażu, uznało, że własne mieszkanie to podstawowy składnik szczęśliwego życia rodzinnego.

Konkubina ? A co w tym złego ?

Inne towarzyszące na co dzień chińskim białym kołnierzykom zjawisko to niewierność małżeńska. Kontakty z prostytutkami czy ledwo skrywane przed otoczeniem utrzymanki stały się wręcz społeczną normą, zwłaszcza wśród najlepiej sytuowanych warstw społecznych, jak biznesmeni, urzędnicy czy gwiazdy estrady. W 2007 r. skandal wzbudziło wystąpienie prezenterki telewizyjnej Hu Ziwei, która podczas emisji programu sportowego prowadzonego przez męża wtargnęła do studia i krzyczała o jego niewierności. W internecie zawrzało. Bynajmniej nie potępiano pana, lecz panią – za publiczne wywlekanie brudów, i to w tak trywialnej sprawie, jak posiadanie kochanek. W Chinach, szczególnie na południu kraju, następuje powrót do starej tradycji, w myśl której liczba żon i konkubin odzwierciedla pozycję społeczną i status materialny mężczyzny. W mieście Dongguan powstały dzielnice willowe zamieszkane przez młode, piękne dziewczyny, które całymi dniami dbają o siebie i wyczekują patrona. Część kobiet znosi w milczeniu wyskoki mężów, o ile ich pozycja pierwszej żony i finanse rodziny pozostają nienaruszone. Część, zwłaszcza młodszych, wybiera rozwody, których liczba powoli dogania wskaźniki w krajach zachodnich.

Mama przez telefon

 

Pracująca w zagranicznej firmie 30-letnia Wang, spytana, czy oglądała serial, odpowiada: „Zaczęłam i bardzo mi się podobał, ale przestałam po odcinku, w którym starsza z sióstr dzwoni do córki, a obok siedzi mąż ze stoperem i odmierza z zegarkiem jej trzyminutowy tygodniowy limit rozmów telefonicznych. Ja też jestem taką telefoniczną mamą”. Wydawać by się mogło, że – mając prawo do urodzenia tylko jednego dziecka – chińscy rodzice mogą skoncentrować się na wychowywaniu jedynaka. Ale w Państwie Środka dbanie o dobro dziecka nie polega na zapewnieniu mu kontaktu z mamą i tatą, ale na zagwarantowaniu bazy materialnej, do czego niezbędna jest wytężona praca obojga rodziców. Dlatego młode matki, po obowiązkowym miesiącu połogu, najczęściej zostawiają niemowlę pod opieką teściów i wracają do pracy. Jeśli mieszkają w tym samym mieście, to codziennie po pracy – jak Gu Mingming, nauczycielka w liceum w Szanghaju – wpadają na chwilę do dziecka; jeśli rodzina mieszka daleko, odwiedziny są raz–dwa razy w roku. Wynajęcie opiekunki czy oddanie dziecka do żłobka traktuje się jako ostateczność, a dziadkowie ze strony ojca uważają za swój obowiązek odchowanie wnuka aż do wieku przedszkolnego czy szkolnego, kiedy to wraca do rodzinnego domu. Nic dziwnego, że dzieci są emocjonalnie bardziej związane z dziadkami, zaś matka i ojciec to często w ich oczach obcy.

Cena EXPO

Jak głosi plotka, pierwowzorem serialowego skorumpowanego urzędnika był mer Szanghaju Chen Liangyu, który w 2006 roku został skazany na 18 lat więzienia. Utrzymywał dwie kochanki w willach należących do zaprzyjaźnionego dewelopera, a cała jego bliższa i dalsza rodzina maczała palce w spekulacjach ziemią. Wielkie projekty budowlane związane z przygotowaniem infrastruktury pod Expo dały się mocno we znaki mieszkańcom Szanghaju. Prasa codziennie donosiła o przymusowych wysiedleniach i wyburzeniach, śmiesznie niskich odszkodowaniach albo o ich braku. Najbardziej zdeterminowani wytaczają prywatną wojnę deweloperom, jak małżeństwo Fan, które w 2009 r. koktajlami Mołotowa przez kilka godzin broniło swojego domostwa. Dom zburzono, a pan Fan dostał na osiem miesięcy lokum na koszt państwa – w więzieniu. Jeden z serialowych wątków, przedstawiajacy walkę ubogiej rodziny o rekompensatę wystarczającą na zakup mieszkania, pokazuje bezsilność zwykłych ludzi w konfikcie z deweloperem, policją i administracją. Zdecydowanie nie odzwierciedla to obecnie lansowanej przez władze w Pekinie koncepcji harmonijnego społeczeństwa hexie shehui, według której państwo dba o interesy i chroni najsłabszych.

Mimo zdjęcia z anteny – oficjalnie z powodu zbyt odważnych scen erotycznych, a nieoficjalnie z powodu nacisku lobby deweloperskiego i władz centralnych – serial dalej cieszy się ogromną oglądalnością, tyle że w internecie. Pokazuje chińskie społeczeństwo chińskimi oczami, bez zafałszowań, uprzedzeń. Jedna opera mydlana pozwala lepiej poznać tutejszą rzeczywistość niż grube rozprawy socjologiczne. Jak w lustrze odbija prawdziwe troski trapiące chińską klasę średnią – zdradę, rozłąkę z dziećmi, korupcję, no i te cholernie drogie mieszkania.