NASA już raz musiała się z nim zmierzyć. Około 30 lat temu w stronę Ziemi zmierzała asteroida wielkości Teksasu. Jej uderzenie oznaczałoby koniec życia na naszej planecie. Na szczęście dzielni uczeni wymyślili sposób – wysłali w przestrzeń jeszcze dzielniejszych astronautów, którzy umieścili w kosmicznej skale ładunki jądrowe. Po detonacji powstały dwa odłamki, które minęły Ziemię w bezpiecznej odległości.

To oczywiście tylko scenariusz filmu „Armageddon”, który – poza zarobieniem grubych milionów dolarów – miał też przekonać amerykańskiego obywatela, że NASA jest nie tylko czarną dziurą, w której znikają jego podatki, ale jedyną nadzieją na uratowanie ludzkości przez wielkimi asteroidami. Dziś jasne jest jednak, że to – delikatnie rzecz ujmując – nie do końca prawda. Śmiertelne zagrożenie dla nas stanowić mogą znacznie mniejsze ciała niebieskie; NASA nie ma pojęcia, jak sobie z nimi poradzić. Ponad sto lat temu kosmos udzielił nam lekcji, którą dopiero teraz zaczynamy rozumieć.

TYSIĄC RAZY HIROSZIMA


Rankiem 30 czerwca 1908 roku nad środkową Syberią niedaleko jeziora Bajkał pojawiło się ogniste, błękitnobiałe „cygaro”.

Podobno widać je było przez 10 minut, zanim uderzyło w Ziemię. Wtedy rozpętało się piekło. Naoczni świadkowie mówili o gorącym huraganie, ogłuszającym huku (słyszanym nawet w odległości 4,5 tys. km), wstrząsach ziemi (sięgających 5 stopni w opracowanej wiele lat później skali Richtera). Na niebie pojawiły się dziwaczne kłęby dymu oraz łuna widoczna w promieniu 1,5 tys. km. Kompasy oszalały i zamiast północy wskazywały miejsce tajemniczej eksplozji.

Burzliwa historia Rosji sprawiła, że naukowcy zainteresowali się tym wydarzeniem dopiero w 1927 roku. Ekspedycja kierowana przez geologa Leonida Kulika dotarła w rejon rzeki Podkamienna Tunguska. To, co zobaczyli badacze, przerosło wszelkie oczekiwania. Po wcześniejszym wysłuchaniu relacji miejscowej ludności spodziewali się znaleźć krater po uderzeniu meteorytu. Zamiast tego zobaczyli ogromny obszar – jak się potem okazało, łącznie 2,2 tys. km kw. – usłany powalonymi drzewami. W jego centrum była tylko wypalona ziemia. Ani śladu krateru.

Przez kolejne dziesięciolecia uczeni próbowali wyjaśnić, co spodowowało takie zniszczenia. Wśród hipotez pojawiły się nawet: lądowanie UFO, wybuch gazu bagiennego i eksplozja czarnej dziury. Jednak największe poparcie zdobyła pierwsza teoria, czyli upadek dużego ciała niebieskiego – asteroidy bądź komety. Brak krateru i charakter zniszczeń lasu (podobnych do tych po testach nuklearnych) wskazywały, że kosmiczny pocisk wybuchł 5–10 km nad powierzchnią Ziemi, a fala uderzeniowa zmiotła wszystko w promieniu 26 km. Oszacowano, że eksplozja uwolniła energię rzędu 10–15 megaton trotylu – czyli była tysiąckrotnie silniejsza od tej, która zniszczyła Hiroszimę. Sama asteroida mierzyć miała ok. 60 metrów średnicy.
 

UDERZENIE Z SUPERKOMPUTERA

Rozmiar ma tu znaczenie, bo przekłada się bezpośrednio na prawdopodobieństwo powtórki z historii. W atmosferze ziemskiej spala się codziennie ok. 100 ton kosmicznych kamieni, z czego jedna czwarta to pył i drobiny wielkości ziarna piasku – widzimy je czasem na nocnym niebie i nazywamy meteorami (lub bardziej poetycko – „spadającymi gwiazdami”). Raz na rok w atmosferę wchodzi kilkumetrowy obiekt, który swój żywot kończy jako efektowny bolid (choć od tej reguły zdarzają się wyjątki, o czym za chwilę). Wielka asteroida – taka jak ta, która przyniosła zagładę dinozaurom i mogłaby to samo uczynić z ludźmi – trafia się co kilka milionów lat.

Ryzyko bliskiego spotkania z następcą meteorytu tunguskiego miało być niewielkie, bo taki obiekt według wyliczeń uderza w Ziemię raz na tysiąc lat. Wszystko jednak się zmieniło, gdy sprawą zajęli się uczeni z Sandia National Laboratories w Nowym Meksyku. Postanowili oni odtworzyć przebieg syberyjskiej katastrofy z użyciem superkomputera Red Storm, zajmującego trzecie miejsce w rankingu najszybszych maszyn obliczeniowych na świecie. Symulacja wykazała, że wcześniejsze teorie były błędne, ponieważ zakładały, że pędzący w kierunku Ziemi kawał skały wybuchł tak, jakby się nagle zatrzymał w atmosferze. Tymczasem w rzeczywistości eksplozja wytworzyła strumień rozżarzonego gazu, który dotarł do tajgi z prędkością większą niż szybkość dźwięku. W takich warunkach fala uderzeniowa jest znacznie silniejsza.

Co to oznacza? „Że asteroida, która doprowadziła do tak wielkich zniszczeń, była znacznie mniejsza, niż sądziliśmy ” – mówi kierujący badaniami dr Mark Boslough. Dziś nie mówi się już o 60, lecz o 30 albo nawet 20 metrach średnicy (a więc o meteoroidzie, bo tak nazywa się obiekt mający mniej niż 50 m) i wybuchu o energii „zaledwie” 3–5 megaton. Do katastrofy może więc dojść statystycznie znacznie częściej – raz na 250 lat. I bynajmniej nie oznacza to, że mamy spokój do roku 2158. Statystyka to loteria – kosmiczna skała może równie dobrze uderzyć w Ziemię jutro, a potem przez kolejne 400 lat nic takiego się nie wydarzy.

W 1908 r. mieszkańcy Ziemi mieli dużo szczęścia. Gdyby meteoryt tunguski dotarł do naszej planety 4 godziny i 47 minut później, nazywalibyśmy go petersburskim, ponieważ – wskutek ruchu obrotowego naszej planety – trafiłby dokładnie w ówczesną stolicę imperium rosyjskiego. Według brytyjskiego astronoma dr. Davida Ashera, jeśli taki obiekt wybuchłby dziś nad centrum Londynu, całe miasto przestałoby istnieć, a liczba ofiar mogłaby przekroczyć milion.