Kiedy dotarła pani pod Stocznię Gdańską?

To był 22 sierpnia 1988 r., choć musiał chyba nie być aż tak ciepły, jak to się może wydawać, ponieważ pamiętam ludzi siedzących na styropianie. Ostrzeliwane z gumowych kulek przez ZOMO (milicję?) dostałyśmy się na strajk Stoczni Gdańskiej, żeby zrobić wywiady. To było fantastyczne przeżycie: spędziłyśmy dwie noce, rozmawiając z robotnikami, z Mazowieckim, Wałęsą, chyba też z Geremkiem, i przygotowałyśmy fantastyczny materiał na pierwszą stronę jednego z najbardziej popularnych dzienników we Francji.

Kto pani wtedy towarzyszył?

To ja towarzyszyłam. To była dziennikarka z „Le Figaro” Irina de Chikoff, którą zresztą znam do tej pory. Bardzo elegancka, dojrzała kobieta z arystokratycznej rodziny rosyjskiej, która uciekła przed rewolucją do Francji. Irina płynnie mówiła bardzo pięknym rosyjskim (przedbolszewickim). Kobieta mądra a jednocześnie zwariowana. Zamieszkałyśmy w hotelu na Starym Mieście w Gdańsku, gdzieś przy Długim Targu. Irina paliła cztery paczki gitane’ów dziennie i zamawiała sobie kawior, bo choć wtedy nie było nic do jedzenia, w tych hotelach zawsze nie wiadomo skąd mieli kawior i łososia. Irina była wytrawną dziennikarką generacji Kapuścińskiego, szukającą sensu tego, co się dzieje, a nie taniej sensacji. Była również świetnie do swojej pracy przygotowana. Już sam sposób, w jaki zadawała pytania, był lekcją historii. Nasz materiał ze Stoczni Gdańskiej miał powędrować na pierwszą stronę „Le Figaro” i stać się ważnym tekstem Iriny (i moim).

W jaki sposób dostałyście się do stoczni?

Przechodziłyśmy przez jakiś płot albo mur, nie pamiętam dokładnie. Ktoś nas prowadził, zapewne była to zaufana osoba ks. Jankowskiego, bo wtedy każdy kontakt z Wałęsą i „Solidarnością” był przez ks. Jankowskiego i parafię św. Brygidy. Dostałyśmy się do środka i pierwsze, co nas tam spotkało, to rozczarowanie robotników, że zagraniczna prasa jest tak późno. Ja czuję się bohaterką, a tu mają do mnie pretensje! Po dwóch dniach naszej wariackiej pracy na najwyższych obrotach, kiedy już wyszłyśmy ze stoczni, powstał genialny tekst i właśnie szukałyśmy jakiegoś faksu (były to czasy bez internetu), a tu… strajk się skończył! Stało się to przed czasem, ponieważ rozmowy stoczniowców z rządem potwierdziły jego gotowość do legalizacji „Solidarności”. I świetnie, pertraktacje były jak trzeba, na to się przecież wtedy czekało. Jednak w sensie zawodowym cała nasza dziennikarska praca była po nic. Pamiętam, że wyszłyśmy (wściekłe) naprzeciw tym, którzy opuszczali stocznię, formując pochód, uradowane, a jednocześnie profesjonalnie zrozpaczone. Chciałam ich prosić, by wrócili choćby do jutra, gdy tekst się już ukaże…

To właśnie ta chwila związała panią z polityką?

Myślę, że właśnie od tamtej pory włączyłam się w szeroko rozumianą politykę i już nie pojmowałam życia poza nią. Działalność w opozycji była obowiązkiem moralnym, a nie działalnością polityczną. Stocznia w 1988 r. była więc moim osobistym przełomem, który nieodwracalnie zwrócił mnie ku polityce rozumianej tak, jak robi to Hanna Arendt, pisząc, że jest ona tam, gdzie jest wolność. A to właśnie w stoczni rodziła się (1980) i odradzała wolność.

Co stało się z wami później, kiedy wiadomo już było, że to absolutny koniec strajku?

Poszłyśmy razem z Wałęsą i Mazowieckim do Świętej Brygidy, szłam w głównym nurcie dlatego, że jakoś nie było innych osób, które znały języki obce, a zagraniczni dziennikarze dopytywali się, co się dzieje. Wtedy zresztą była w ogóle niechęć do oficjalnych tłumaczy, więc moja skromna osoba z moim skromnym francuskim cieszyła się popularnością. W kościele czekał już ks. Jankowski, szybko odprawił mszę, a potem dawał, jak to się mówi...