Jako dziecko, powiedzmy dziesięcio-, jedenastoletnie, potwornie bałem się przyszłości

Bardzo dużo czytałem, i właśnie to okazało się moją zgubą; umiałem przeczytać tekst ze zrozumieniem, nie rozumiałem jednak, że ludzie mogą używać tak szlachetnej technologii jak druk, aby wkręcać innych w wierutne bzdury. Tak więc, z wypiekami na twarzy czytałem "Skandale", "Nie z tej ziemi", książkę "UFO nad Brazylią", znalezioną u babci pozycję o proroctwach Nostradamusa.

Czytałem też gazety i oglądałem wiadomości, więc przepowiednie wojny atomowej, trzeciej wojny światowej i ataku Marsjan w mojej głowie mieszały się z bardziej realnymi zagrożeniami - deforestacją lasów tropikalnych, kwaśnymi deszczami i dziurą ozonową, o której mówiono wtedy mniej więcej tyle, ile dzisiaj mówi się o globalnym ociepleniu. Dwadzieścia kilka lat temu byłem już ofiarą fake news. Zagrożenia czaiły się wszędzie. Mama nie umiała mi wytłumaczyć, że kosmici raczej nie przylecą. Co chwila miałem ataki paniki, wypytałem mamę, jak spędzimy ostatni wieczór na ziemi przed zagładą, która kompletnie zdominowała moją wyobraźnię. W końcu trafiłem do psychologa, który widocznie był zafascynowany myślą Wschodu i powiedział, że powinienem bardziej selekcjonować informacje, uprawiać jogę i medytować. Nie do końca wiedziałem o co mu chodzi, i posłuchałem tej rady dopiero 25 lat później.

Zamiast medytacji, mój lęk przed przyszłością (i lęk w ogóle) koiła wtedy telewizja, kreskówki, teledyski i filmy science-fiction, które na potęgę oglądałem na video i w telewizji. "Scanners", "Dziwne dni", "Terminator", i właśnie "Blade Runner", który odkryłem dzięki lecącej w TVP serii "100 filmów na stulecie kina", za którą do dzisiaj jestem wdzięczny jej pomysłodawcom i kuratorom. Żaden z nich nie pokazywał krzepiącej wizji przyszłości, ale mi każda z nich nawet się (jako tako) podobała - pokazywała bowiem, że ład społeczny będzie mniej więcej jako tako funkcjonował, i że nie dojdzie do totalnej apokalipsy. Do tego, akcja "Blade Runnera" działa się w 2019 roku. Obejrzałem ten film po raz pierwszy w roku bodajże 1993. Ok, w świecie "Łowcy Androidów" było słabo, ale jeszcze nie tak źle. Wszechobecny smog, deszcz, czerń i roboty przebrane za ludzi, to i tak lepiej, niż spłonięcie w nuklearnym pocisku wystrzelonym przez marsjańską armadę. W takiej rzeczywistości, przynajmniej teoretycznie, można było sobie jakoś radzić. Poza tym, gdyby wizja z "Blade Runnera" miała się ziścić, 2019 to było dziewiętnaście lat później, niż rok 2000, na który "Skandale" i "Nie z tej ziemi" zapowiadały większość tak przerażających mnie wówczas atrakcji.

Czy w świecie "Blade Runnera", ktokolwiek jest człowiekiem?

I do apokalipsy, jak na razie, jeszcze nie doszło. Owszem, wśród społeczeństw Zachodu panuje pogląd, że żyjemy w czasach krańcowych, a jeśli nie krańcowych, to zaiste fatalnych. Ludzkość jeszcze za życia dzisiejszych dziesięciolatków zasypie lawina gruzu, czy to z powodu katastrofy ekologicznej, czy wyczerpania się surowców naturalnych. Władzę w krajach rozwiniętych, i rozwijających się zdobywają prawicowi demagodzy, którym katastrofa ekologiczna i światowe wojenki są ewidentnie na rękę, z nie do końca klarownych powodów.