Straszliwi wojownicy w rogatych hełmach, zamieszkujący skute lodem ziemie Północy i trudniący się – wzorem swoich jeszcze straszniejszych bogów – mordowaniem, gwałceniem, rabowaniem oraz niszczeniem wszystkiego, co spotkają na swojej drodze. Tak mniej więcej na hasło „wiking” reaguje dziś wyobraźnia przeciętnego Europejczyka. Skandynawscy wojownicy istotnie zrobili co mogli, by na taką opinię sobie zasłużyć.

Pierwszy najazd skandynawskich piratów na Wyspy Brytyjskie miał miejsce w 793 r. Wikingowie złupili kościół na wyspie Lindisfarne, wymordowali mieszkańców i wprawili pozostałych przy życiu w przerażenie. Wobec takich przykładów byłoby zapewne ekstrawagancją lansować tezę, że najeźdźcy z Północy nie byli żądnymi krwi oraz łupów okrutnikami i przekonywać – jak brytyjscy historycy w „Encyklopedii Anglosaskiej Anglii” – że zachowywali się w gruncie rzeczy jak turyści, którzy tylko czasem nieco brutalniej potraktowali miejscową ludność. Rzecz jednak w tym, że w zamiłowaniu do łupienia i mordowania bynajmniej nie odbiegali od standardów epoki. Kiedy w 965 r. irlandzcy Celtowie odbili z ich rąk miasto Limerick – jak przekonuje autor poematu „Wojny Irlandczyków z cudzoziemcami” („Codagh Gaedhel re Gallaibh”): „Zabrali ich klejnoty, i najlepsze, co posiadali, ich piękne cudzoziemskie siodła, ich srebro i złoto, a także ich piękne tkaniny wszystkich barw i gatunków. Potem zamienili kwitnące miasto w obłok dymu i purpurowych płomieni. Wszystkich jeńców zebrano na wzgórzach Saingel. Zabito każdego, kto był zdolny do noszenia broni; wszystkich, którzy nadawali się na niewolników uprowadzono w niewolę”.

Z przymrużeniem oka trzeba też podejść do pozostałych elementów dzisiejszego wyobrażenia o skandynawskich wojownikach. Po pierwsze byli Normanami, wikingami zaś tylko bywali – słowo wiking w staroangielskim oznacza czynność piractwa (choć jest też teoria wywodząca to słowo ze starogermańskiego „vik” – oznaczającego zatokę), a nie była to ani jedyna, ani nawet główna profesja Normanów (czyli ludów Północy). Po drugie – nie pochodzili ze skutych lodem krain. Skandynawia, podobnie zresztą jak Islandia, Grenlandia, wybrzeża Nowej Fundlandii i Labradoru od V w. znajdowały się w fazie stopniowego ocieplania klimatu, by między IX i XI wiekiem osiągnąć tzw. małe optimum klimatyczne. W praktyce oznaczało to, że – jak ustalił meteorolog H. H. Lamb – „średnie roczne temperatury w południowej Grenlandii były wyższe o 2 do 4 stopni Celsjusza w porównaniu z obecnymi”. To z kolei oznaczało wyższą temperaturę oceanu i brak dryfującego lodu, zaś na lądzie brak zmarzliny i porośnięte trawą łąki. Pierwsze ułatwiało żeglugę, rybołówstwo i polowanie na morskie ssaki, drugie zaś to, czym Normanowie zajmowali się najczęściej, czyli uprawę roli i hodowlę. Po trzecie wreszcie – i to chyba najcięższy cios dla popkulturowego stereotypu – wcale nie nosili hełmów z rogami.

CZAS ZMIENIĆ MAPĘ