Ciekawe, że choć polubiła nową sytuację, mówi: straciłam etat, omijając dyskretnie okoliczności. Co więcej, przyznaje, że przez pierwsze miesiące, pytana, czym się zajmuje, odpowiadała (co prawda ironicznie): jestem bezrobotna.

„Nienawidzę, gdy ludzie mówią o sobie: jestem bezrobotny z tym okropnym sarkastycznym chichotem” – denerwuje się Krzysztof Mazur. „Anglosasi mają na to określenie job seeker, poszukujący pracy, co brzmi dużo lepiej. My koncentrujemy się na braku pracy, oni na jej poszukiwaniu. Co oznacza, że gdzieś w głębi czujemy się jednak bezrobotni. Mówiąc tak o sobie, ustawiamy się w roli życiowych sierot. A kto będzie chciał z kimś takim pracować?”.

Ważne, by na początku nowej drogi zdefiniować się na nowo. Znaleźć takie określenie dla nowego statusu zawodowego, które będzie nas wzmacniać, a nie osłabiać. To może być freelancer – słowo, które w czasach kryzysu ma lepsze niż wcześniej konotacje. Dominika lubi o sobie myśleć, że sprzedaje usługi. To pozwala jej czuć się trochę przedsiębiorcą. „Nigdy nie zazdrościłam znajomym, którzy zrobili kariery w korporacjach – są szefami działów czy nawet całych firm. Podziwiam tych, którzy zbudowali coś własnego, niekoniecznie wielkie przedsięwzięcia, ale ich” – mówi.

Natalia de Barbaro zaznacza, że trzeba odpowiedzieć sobie nie tylko na pytanie: „co chcę robić?”, ale też „czego nie chcę”: „Stephen R. Covey w książce »7 nawyków skutecznego działania« zaleca, by zadać sobie pytanie, co chciałoby się mieć napisane w nekrologu. Brzmi brutalnie, ale to bardzo dobre ćwiczenie. Gdy już zna się odpowiedź, warto się zastanowić, czy nasze codzienne wybory prowadzą nas do tego celu”.

 

Etap 3. Być szefem

Ważne jest, by smakować  wolność – pójść na kawę w środku dnia, na spacer, na rower

Najgorsza była zima. Realizacja tych wszystkich cudownych zadań, których podjęła się Dominika, oznaczała pracę od świtu w tygodniu i w weekendy, zaniedbanie relacji z bliskimi, towarzyskie wykluczenie. Przy okazji zmierzenie się ze znanym dotychczas tylko z Facebooka hasłem: „czekam na przelew”. I zmęczenie. „To wszystko było dla mnie bardzo pouczające, bo zrozumiałam, że wzięłam na siebie za dużo. I że muszę zweryfikować niektóre umowy, zanim coś zawalę. Bo jeśli mam budować swoją markę, nie mogę sobie pozwolić na to, by zawieść kontrahenta. A jeszcze kilka miesięcy w takim tempie na pewno odbiłoby się co najmniej na jakości mojej pracy, jeśli nie na zdrowiu” – opowiada.

Czy zrobiła błąd, biorąc na siebie zbyt dużo? Krzysztof Mazur twierdzi, że na początku nowego rozdziału należy angażować się w jak najwięcej nowych sytuacji, by móc wybrać, które nam najbardziej odpowiadają. Natalia de Barbaro zauważa, że freelancerzy mają skłonność do pogrążania się w bieżączce – brania kolejnych zadań, bo zawsze jeszcze znajdzie się wolne miejsce, by je wykonać. „A to jest niebezpieczne” – przestrzega i radzi: „Warto tak ustawić sobie życie, by nie stracić tego, co tak nam się spodobało po odejściu z korporacji. Nie stać się dla siebie gorszą szefową od tej, której się nie lubiło”. 

Dla Dominiki to przełomowa rada. „Wiele razy miałam do siebie pretensję, że źle organizuję czas, że podejmuję się zbyt wielu rzeczy, nie potrafię odpoczywać. Ale nigdy nie pomyślałam, że teraz to ja jestem swoją szefową i jeśli zechcę, mogę być dla siebie dobra” – przyznaje. Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. De Barbaro podaje swój przepis: „W którymś momencie założyłam sobie, jakiej liczby szkoleń w miesiącu nie przekroczę i twardo się tego trzymam. Dzięki temu tylko raz dokonałam trudnego wyboru rezygnacji z nadmiaru pracy, nie muszę szarpać się z tym za każdym razem. Warto wyznaczyć sobie reguły – na przykład, że dwa dni w miesiącu nie robię nic związanego z pracą i do tych dni dostosowuję harmonogram, a nie odwrotnie. Ważne jest, by smakować wolność – pójść na kawę w środku dnia, na spacer, na rower. Pracować według własnego zegara biologicznego, wyprowadzać pracę z domu – do kawiarni albo biblioteki. Znajdować przyjemność w robieniu tego, czego nie moglibyśmy robić, pracując w korporacji”.

A co, jeśli coś nie wychodzi? Tutaj de Barbaro jest bezwzględna: „Co to znaczy – nie wychodzi? Lepiej spytać: jakie moje wybory doprowadzają do tego, że nie wychodzi?”.  Bo być dobrym szefem nie oznacza być niewymagającym.

 

Etap 4. Nowe możliwości

Ani przez chwilę nie żałowałam, że mnie wyrzucili

Jedno z zobowiązań Dominiki wymaga od niej spędzenia raz na jakiś czas miesiąca w biurze i bycia w zespole, czyli przypomina to, od czego przez lata tak bardzo chciała uciec. „A jednak teraz jest zupełnie inaczej” – podkreśla Dominika. Podjęła się tego zadania, gdy była jeszcze w euforii i wierzyła, że ustawić świat na swoich warunkach to nic trudnego. Wyznaczyła więc ramy – powiedziała, że to dla niej jedna z kilku prac i nie może jej poświęcić całego swojego czasu. Zadziałało. Projekt okazał się bardziej czasochłonny, niż się zapowiadał, ale też o wiele ciekawszy. „Paradoksalnie fakt, że nie jestem tam w relacji służbowej, nikt nie rozlicza mnie z czasu spędzonego w biurze, nie pyta, co robię po pracy, i nie wymaga utożsamienia z firmą, sprawił, że potrafię się w to zaangażować bardziej niż kiedykolwiek na etacie” – mówi.

Przez blisko rok dowiedziała się o sobie wielu rzeczy. Utwierdziła się w przekonaniu, że etat ją ograniczał, i najlepiej funkcjonuje, gdy ma różnorodne zadania. Ze zdziwieniem zauważyła, że zmienił się jej stosunek do pieniędzy. Ma ich mniej i wpływają nieregularnie, a jednak rzadko się tym denerwuje. „Gdy zaczął się kryzys i ścięto nam wszystkim pensje o kilka procent, panikowałam. Teraz dbam o to, by mieć na rachunki, a reszta jakoś się układa. Traktuję ten czas w swoim życiu jako rodzaj inwestycji – robię rzeczy, które mnie interesują, i wierzę, że kiedyś przełoży się to na pieniądze. Bo nie jest tak, że pokochałam ascezę” – uśmiecha się. „Nie zrobiłam w życiu rewolucji, ale ewolucyjnie zmierzam do tego, by było lepiej” – dodaje. I najważniejsze – pozbyła się strachu. „Etat bardziej niż złudne poczucie bezpieczeństwa dawał mi wiele absurdalnych korpolęków, na przykład, że będzie źle widziane, jeśli z tą, a nie inną osobą zjem obiad, i jeden zasadniczy: przed utratą pracy” – wspomina. „Teraz to zniknęło. I choć od czasu euforii minęło już wiele miesięcy, ani przez chwilę nie żałowałam, że mnie wyrzucili.  A wspomnienie tej euforii wciąż daje mi energię”.

Delektuje się małymi radościami. Tym, że wreszcie przestała marzyć, by kupować ekologiczne jedzenie, tylko naprawdę raz na dwa czy trzy tygodnie odwiedza warszawskie ekotargi i robi zapasy. Po latach zapisała się w końcu na siłownię. Po kilku tygodniach pracy non stop może sobie zrobić wolny czwartek i piątek, pójść do fryzjera o piętnastej, do kina o dwunastej, poczytać gazety w kawiarni. „Teraz jeszcze muszę popracować, by nie mieć z tego powodu wyrzutów sumienia” – śmieje się. Etap, na którym jest teraz Dominika, Natalia de Barbaro nazywa byciem na ruchomych piaskach: „Wyszła z koleiny i ma przed sobą otwarte wszystkie drogi, może formować życie jak plastelinę”. Chodzi o to, by formując je, mieć w tyle głowy ów tekst nekrologu, o którym pisze Stephen R. Covey.

Dominika wiele rzeczy zrobiła dobrze: zmieniła myślenie o sobie, podjęła nowe wyzwania, ale – jak sama przyznaje – zatraciła się w doraźnych zleceniach, odkładając na bok to, co dla niej ważne. Oprócz wykupienia domeny i kilku spotkań z ewentualnymi współpracownikami, nie zrobiła nic, by uruchomić projekt internetowy. „Praca nad czymś, co nie przynosi natychmiastowego efektu, co więcej, której od nas nikt nie oczekuje, jest szczególnie wartościowa” – zachęca Natalia de Barbaro. „Planując kalendarz, warto oprócz dni wolnych zaznaczyć dni na inwestycje i potem twardo się tego trzymać”. Dominika, patrząc w kalendarz, zaznacza zbliżające się urodziny. Czterdzieste. „To dobry moment, by zacząć coś nowego” – zamyśla się.