Czytaj także:

Na szczyt po trupachZ Google na szczyty świata

Co takiego jest w tej górze, że człowiek ryzykuje życie, by się na nią wspiąć?

- Taka już jest natura ludzka. Cięgnie do pewnych ekstremów. Pragnie się zmierzyć ze sobą, poznać granice, być najdalej, najszybciej, najgłębiej, najwyżej - tłumaczy Leszek Cichy, taternik, alpinista i himalaista, pierwszy człowiek, który zdobył ten szczyt zimą.

Mount Everest jest nazywane trzecim biegunem. Przez miejscową ludność ten szczyt szczytów uważany za świętą górę - siedzibę bogów. Dla himalaistów to również wyjątkowe miejsce. W ubiegłym tygodniu alpinista Piotr Cieszewski wszedł na szczyt Everestu, by uczcić pamięć jego zdobywców.

33 lata temu Leszek Cichy i Krzysztof Wielicki jako pierwsi zdobyli ten ośmiotysięcznik zimą. Ekstremalne warunki panujące podczas wspinaczki na szczyt rekompensuje jednak rozpościerający się z niego widok. - Biorąc pod uwagę zakrzywienie kuli ziemskiej, gdy nie ma chmur, a zdarzają się takie momenty, widoczność przekracza dwieście kilometrów. Stojąc ponad światem człowiek czuje się szczęśliwy - przekonuje Leszczek Cichy.

Od czasów, kiedy Polacy zdobywali ten ośmiotysięcznik wiele się jednak zmieniło. Z powodu braku specjalistycznego sprzętu Krzysztof Wielicki korzystał na wyprawie i podczas ataku szczytowego z okularów spawalniczych, a inni uczestnicy używali gogli narciarskich.

- Takie były czasy. Okulary spawalnicze były wówczas dostępne niemal w każdym sklepie BHP, a przy tym wyposażone w szkła, które świetnie chroniły oczy przed promieniowaniem UV. Zapewniam, że dzisiaj też byłyby skuteczne. Może estetycznie nie był to szczyt mody, ale przeważał element praktyczny - dodaje polski himalaista.

Na szczycie odnalazł wówczas dość szczególną pamiątkę pozostawioną przez Raya Geneta – ostatniego zdobywcę Everestu latem 1979, który zginął podczas zejścia. Chińscy wspinacze trzy lata wcześniej wnieśli na szczyt trójnóg aluminiowy zrobiony z masztów namiotowych z dwumetrową sztycą. - Kiedy dotarliśmy na Mount Everest, z lodu wystawał tylko ułamany jej fragment, a w nim owinięta w folię kartka. Przez trzydzieści lat trzymałem ją u siebie w domu w roli pamiątki, teraz uzupełnia zbiory Muzeum Sportu w Warszawie. Co na niej było? Dość szczególna rekomendacja. Jeśli chcesz się dobrze zabawić zadzwoń do .... - Nie chodziło tu jednak o przyjaciółkę - zapewnia Cichy. Prawdopodobnie był to kontakt do prostytutki.


W pakiecie szczytowym polskich zdobywców Everestu również znalazły się kontrowersyjne przedmioty -  termometr rejestrujący temperatury minimalne i papieski różaniec z drewnianym krzyżykiem. - Właściwie można by nakręcić ciekawy film zatytułowany 'Historia jednego różańca' - i wbrew pozorom nie byłby to obraz religijny. Różaniec dostaliśmy od matki filmowca Staszka Latałły, który zginął tragicznie w czasie wyprawy na Lhotse w 1974 roku. Było to dokładnie na tej samej drodze, którą szliśmy Everest - opowiada Leszek Cichy.

Za pośrednictwem Radia Wolna Europa mały krzyżyk przy różańcu urósł do rozmiarów czterometrowego krzyża. Sprawa zrobiła się poważna. Ówczesny Pierwszy sekretarz PZPR Edward Gierek nawet nie podał ręki Andrzejowi Zawadzie w czasie przywitania uczestników wyprawy na lotnisku w Warszawie. -  Nie dostaliśmy medali, a emisja filmu o Evereście została wstrzymana i dopiero po pięciu, czy sześciu latach pokazano go widzom - mówi alpinista.

Co stało się z kłopotliwym różańcem? Kolejne wejście na szczyt Everestu miało miejsce latem. Wspięli się na niego Bask i Szerpa. Ten drugi na pamiątkę zatrzymał sobie termometr, a Bask różaniec. Trzy lata później Leszek Cichy spotkał się z nim w Kathmandu. Wspomniał, że ten drewniany paciorek stał się dla niego ważną pamiątką, a następnie prezentem dla jego bardzo wierzącej matki - katoliczki. Tak z rąk papieża Polaka, z komunistycznej Polski, trafił do Hiszpanii.

Chociaż od historycznego wejścia na Everest polskiej ekipy minęły ponad trzy dekady, Leszek Cichy wciąż myśli o ponownym wejściu na jego szczyt. - Ta góra ciągnie, wzywa ludzi kochających ten sport. Wiek nie ma tu znaczenia - przyznaje. - Miałem nawet taki pomysł, aby wybrać się na Everest jako najstarszy człowiek, który spróbuje osiągnąć wierzchołek. Japończycy pokrzyżowali mi plany. Bardzo wysoko podnieśli poprzeczkę - śmieje się Cichy. Niedawno 80-letni Japończyk Yuichiro Miura zdobył Everest latem. Zimowe wejście w tej kategorii wiąż jest do zrobienia, ale polski himalaista studzi entuzjazm.

- Szanse wejścia zimą na jakiś ośmiotysięcznik są rzędu 10 procent, nawet dla młodych, dobrych himalaistów. Latem ma się 50 - 60 procent. Tak więc z czysto statystycznych względów, a jestem przecież finansistą, nie będę jednak ryzykował 10 kolejnych wypraw, aby po raz drugi zaliczyć go zimą. Tymczasem utrzymuję kondycję i wierzę, że jeszcze stanę po raz drugi na szczycie najwyższej góry świata - zapewnia Leszek Cichy.

(Źródło: MenStream.pl)