Więcej artykułów o tematyce kryminalnej w nowym magazynie:

NR 3/2011 Już w sprzedaży

Komisarz Bernard z dumą przeglądał kolejny już raz pismo z Komendy Głównej Policji, skierowane bezpośrednio do niego. Został zakwalifikowany na kurs ofensywnej pracy operacyjnej, czyli tylko krok dzielił go od zostania przykrywkowym superagentem. Był już znużony pracą w wydziale do walki z terrorem kryminalnym. Kolejne zatrzymania bandziorów przy przejmowaniu okupów stały się standardem; skończyła się adrenalina, a zaczęła rutyna. Satysfakcja, najsilniejszy bodziec do ponoszenia ryzyka, umykała pod naporem pracy przy kolejnych – nader licznych – zdarzeniach. Ciśnienie w robocie podnosili pryncypałowie, domagający się coraz lepszych wyników, nie bacząc na to, że nikt lepszych wyników w polskiej policji dotąd nie miał.

W głowie Bernarda pojawiła się myśl: a może by tak zmienić wydział?

Plan był prosty – wypłynąć na szersze wody niż stołeczne! Pewna nowa formacja kusiła wprost nieograniczonymi możliwościami. Adrenaliną i satysfakcją. Obowiązująca od niedawna nowa forma pracy operacyjnej, czyli tzw. pracy pod przykryciem, spowodowała powstanie nowej komórki organizacyjnej w strukturach Centralnego Biura Śledczego. Zastosowano specyficzną formę naboru: chętni byli kwalifikowani pod względem przydatności, a następnie ci najlepsi kierowani na kurs. Później to już różnie bywało, czyli... przepustkę stanowił standardowy układ znajomości (nie potwierdza tego agent Tomasz Kaczmarek. Czytaj wywiad na s. 34 – przyp. red.).

Do pokoju dynamicznie wparował podekscytowany naczelnik i krzyknął od progu: – Chciałeś wypłynąć na szerokie wody? No to wszystko przed tobą! Benek w pierwszej chwili pomyślał, że przełożony zna treść listu gratulacyjnego z KGP, więc ostentacyjnie podsunął go bliżej jego oczu.

Tu miała nastąpić oczekiwana reakcja – tyrada na temat tzw. fabryki kurzu, czyli Centralnego Biura Śledczego, o tym, jak CBŚ przechwytuje sprawy wykryte przez prawdziwych gliniarzy; jak niezasłużenie spija medialną śmietankę, ciesząc się społecznym zaufaniem prawie w takim samym stopniu jak detektyw Krzysztof Rutkowski.

Ale jednak nie o to chodziło... Fakt, przełożony rzucił okiem na pismo z KGP i powiedział, niby to nawiązując do treści dokumentu: – No to już za chwilę będziesz miał szansę z przykrywkowcem podziałać.

A wychodząc dorzucił jeszcze: – My to realizujemy, więc nie zapomnij, że robimy po naszemu skutecznie. Za pięć minut odprawa.

Na odprawę stawiło się kilka osób, w tym wyluzowani funkcjonariusze CBŚ. – Jest sprawa na biegu – zagaił prowadzący. W godzinę należało przekazać okup w imieniu jednej z największych firm spożywczych na świecie. W odprawie uczestniczył oficer z Zarządu Operacji Specjalnych, czyli agent przykrywkowy, który odbierał SMS-y od szantażystów i już się z nimi umówił co do kwoty i sposobu przekazania okupu.

– Wsiadacie do firmowego samochodu dostawczego i ruszacie – padło polecenie.

Ku zdziwieniu Bernarda, przekazano mu telefon i kluczyki, nikt nie oponował i nikt prócz antyterrorystów nie rzucił się w wir akcji. Cóż, jedni są od wytyczania planów, inni od realizacji. Tak to działa.

Bernard pomyślał: – Teraz to mnie kupią w całości i będę tacy jak oni. Zostałem przykrywkowcem. No, prawie...

Akcja miała standardowy charakter, ale przykrywkowiec był nieco podgorączkowany. Benka zbiło z tropu, że ten wysportowany i wszechstronnie przygotowany agent ciągle stawia dziwne pytania typu: „a dlaczego nie przekazaliśmy okupu w tym pierwszym miejscu, co się umawialiśmy, dlaczego jeździmy w kółko i gdzie Benek ma precyzyjnego GPS-a?”.

Benek nie odpowiadał, sądząc, że to tylko sposób sprawdzenia jego profesjonalizmu, a agent to wszystko ma w małym palcu. W końcu po paru godzinach, z torbą pełną kasy, wylądowali w dużej restauracji w centrum handlowym, oczekując na dalsze dyspozycje.

Rozglądający się po sali agent zapytał: – Gdzie jest Zespół Bliskiego Wsparcia?

Benek nie bardzo wiedział, o co chodzi.

– No, agenci nas zabezpieczający – odparł przykrywkowiec, tłumacząc, że powinni być otoczeni specjalistami, pracującymi standardowo przy takim zdarzeniu. Ale prawdopodobnie nie mieli szans na zmieszczenie się w tej restauracji.

– Co będzie, jak nas wezmą z okupem, przecież nie mamy specjalnych środków łączności, a kto zatrzyma szantażystów, jak przyjdą po okup? – tak brzmiało kolejne pytanie. Benek wskazał na jeden ze stolików, przy którym siedział Misiek z Rosówką, a potem na drugi – tam byli obecni Olszówa i Amen (dla niezorientowanych – chodzi o ksywy policjanów).

– Co? Oni? Ci rachityczni komandosi, chudzi jak wycior do karabinowej lufy? Oni mają kogokolwiek zatrzymać? – oburzenie i zdziwienie agenta nie miało granic. Najwyraźniej poczuł, że sukces akcji stanął pod znakiem zapytania i dalej nerwowo rozglądał się po sali.

Benek nie wytrzymał: – Oni są policjantami, jak poczują zagrożenie, żaden z nich nie odpuści, rzucą się jak wściekłe psy. Żaden z nich nigdy nie zawiódł, nawet gdy musieli się narażać – powiedział z godnością.

Agent coś mówił o specjalistycznych wyjazdowych szkoleniach wg amerykańskich wzorców, pytał, jak często mają strzelanie, sztuki walki, zajęcia na macie, jak często chodzą na siłownię. Kto ich szkoli, od kogo się uczyli.

Daremnym trudem było tłumaczenie, że najlepszym nauczycielem ich rzemiosła była policyjna praktyka. Liczne uprowadzenia, wymuszenia, szantaże, przekazywanie okupów oraz masa innych czynności operacyjno-rozpoznawczych to prawdziwa policyjna akademia. A nie amerykańska siłownia.

 

Forpoczta wydziału terroru kryminalnego swoją fizycznością nie przykuwała bynajmniej oczu niewiast... Fakt, że posiadali żony, świadczył raczej o innych walorach niż uroda amanta filmowego. Wygadani nie byli, od nawiązywania kontaktów mieli negocjatora. Żaden z nich nie miał szans zostania bohaterem kolorowej prasy. To tylko zwykli policjanci. Ale cholernie skuteczni, zapewniam.

Kolejne czynności przy sprawie spożywczej obyły się już bez agentów specjalnych, a Benek zrezygnował z kariery przykrywkowca.