Samotność zaczyna być nowym źródłem dochodu
Choroby cywilizacyjne wciąż kojarzą się raczej z czymś fizycznym. Otyłość wynikająca z coraz bardziej przetworzonej żywności i siedzącego trybu życia. Choroby kręgosłupa, cukrzyca, zawały czy alergie. Wszystko to jest bardzo namacalne i widoczne. Jednak pod całą tą warstwą schorzeń charakterystycznych dla XXI wieku kryją się problemy, które na ciele nie zostawiają żadnych widocznych znaków, a które często są o wiele groźniejsze. Chodzi o depresję, zaburzenia lękowe, chroniczny stres i samotność. Nawet jeśli o tych pierwszych mówi się coraz więcej, to samotność wciąż zdaje się pomijana, choć WHO oficjalnie uznaje ją za jedną z najgroźniejszych chorób cywilizacyjnych naszego wieku.
Ta cicha epidemia dotyka coraz więcej osób i wynika dokładnie z tego, co uznajemy za największe dobrodziejstwo współczesności – z technologii i urbanizacji. To trochę paradoks, bo przecież w dobie ciągłego podłączenia do sieci jesteśmy bardziej skomunikowani z innymi niż kiedykolwiek. Nieważne, czy ktoś mieszka po drugiej stronie globu i w innej strefie czasowej, skontaktowanie się z nim trwa tyle samo, co ze znajomym z sąsiedniego bloku. Nie trzeba do tego specjalistycznych sprzętów, a jedynie smartfon, który zawsze nam towarzyszy.

A mimo to jesteśmy coraz bardziej samotni. W samych Stanach Zjednoczonych aż trzech na pięciu obywateli cierpi na samotność. W Polsce nie jest lepiej, bo badania pokazują, że około połowa młodych ludzi z pokolenia Z regularnie odczuwa samotność. Tak, to nie jest tylko domena seniorów, nawet jeśli w powszechnym przekonaniu tak właśnie się utarło. Poczucie osamotnienia towarzyszy nam wszystkim, a co najgorsze, dotyka coraz młodszych ludzi.
W idealnym świecie tak eskalujący problem próbowano by rozwiązać na wszelkie możliwe sposoby i chociaż nie twierdzę tutaj, że organizacje nie próbują, po prostu bardziej widoczne jest inne zjawisko – monetyzacja samotności. Aplikacje randkowe generują astronomiczne zyski, żerując na naszej potrzebie miłości, choć realnie są małe szanse, by takową tam znaleźć. Powstają kolejne platformy i serwisy, które mają dać nam złudną nadzieję na stworzenie więzi z innymi, bo za tym tęsknimy. Nie brakuje badań, pokazujących, że także Polakom brakuje lokalnych więzi i wzajemnego wsparcia, które kiedyś było wręcz na porządku dziennym. Mimo to mało kto zna swoich sąsiadów, a nawet jeśli ich kojarzy, to nie z nazwiska, a wzajemne interakcje ograniczają się do „dzień dobry” i „ładną mamy pogodę”.
Żyjemy w ciągłym biegu, w ciągłym cyfrowym szumie, często zbyt zapracowani, by mieć czas na wyjście z domu tylko po to, by kogoś poznać. Pozostaje więc internet, a ten bywa bardzo zdradliwym miejscem. Z jednej strony możemy tam nawiązać kontakt z cudownymi ludźmi, podzielającymi nasze pasje, a z drugiej – spotkać się z cyberprzemocą, hejtem i niezrozumieniem. I tak, takie ryzyko jest zawsze, czy to online, czy offline. Problem w tym, że wiele osób doszło do punktu, w którym boi się już nawet zaryzykować nawiązywanie relacji z drugim człowiekiem. Co więc zostaje?
AI zawsze będzie przy tobie
Sztuczna inteligencja bardzo szybko osiągnęła powszechną dostępność. Tu nie ma w zasadzie żadnych ograniczeń i każdy może z niej korzystać. Chatboty wbudowywane są w komunikatory, social media, w smartfony, komputery czy telewizory. Od rozmowy z Gemini albo ChatGPT dzieli nas zwykle jeden ruch palca i już możemy zacząć żalić się na każdy temat. Dla wielu osób, które często nie mają do kogo ust otworzyć, to bardzo kusząca propozycja. Nic więc dziwnego, że w pewnym momencie zaczęła ziszczać się wizja rodem z filmów sf – AI faktycznie zaczęło zastępować człowieka, ale nie w pracy, tylko w znacznie ważniejszej sferze, jaką jest bliskość.

Gdzieś po drodze asystenci i wirtualni towarzysze oparci na sztucznej inteligencji zaczęli zdobywać nasze serca. Platformy takie jak Replika czy Character.ai są otwarte dla każdego, a użytkownicy piszą tam setki milionów wiadomości dziennie. Kiedyś z daleka patrzyliśmy na celebrytów i idoli, dziś można z nimi (a raczej botami stworzonymi na ich wzór) porozmawiać na każdy temat, dostając kuszącą iluzję wzajemności. Chatbot nie tylko adaptuje się do nas w czasie rzeczywistym, ale symuluje również bliskość, pamiętając nasze preferencje, pytając o przebieg dnia i wykazując pozorne zaangażowanie, które tak łatwo można pomylić z realnością.
Taka relacja nie wymaga od nas żadnego wysiłku, bo często nie trzeba nawet za nic płacić. Nie musimy wychodzić z domu, finansować randek i przeżywać potencjalnych rozczarowań. AI zawsze będzie idealnie takie, jak chcemy, zawsze odpowie i nie będzie ghostować albo się obrażać. To bezpieczne, przynajmniej pozornie.
Idealny bot wygrywa z wadliwym człowiekiem
To smutna prawda. Jesteśmy gatunkiem pełnym wad, a krzywdy zawsze zostają nam w głowie znacznie dłużej niż dobre chwile. Jeśli ktoś przeżył kilka bolesnych rozstań czy nawet jedną toksyczną relację (miłość albo przyjaźń), wykształca w sobie naturalny lęk przed zranieniem. Z każdym kolejnym przypadkiem będzie się on pogłębiał, a taka osoba będzie coraz bardziej unikać wchodzenia w kolejne związki czy przyjaźnie, właśnie z powodu obaw, że to znów skończy się tak samo. W sumie nie są nawet potrzebne tak złe doświadczenia, bo czasem zwyczajnie zdarza się, że trafiamy na kogoś dobrego, ale niekoniecznie dopasowanego do nas. Mamy przecież swoje oczekiwania i granice, a te nie muszą pokrywać się z tym, co myśli druga osoba.
Relacja z botem całkowicie to eliminuje. Jest przewidywalna i bezpieczna, pozbawiona skomplikowania, typowego dla relacji międzyludzkich. Co ciekawe, nie chodzi tak naprawdę o to, by bot był idealny. Może się mylić, przyznawać do błędu, robić pauzy czy wyświetlać komunikaty o konieczności przetwarzania informacji. To wbrew pozorom wcale nie psuje „klimatu”, wręcz przeciwnie – badania wykazują, że takie zachowania AI zwiększają zaangażowanie użytkowników. Dlaczego? Bo są prawdziwe. Często bowiem nie chodzi o to, by chatbot był jak najbardziej ludzki, on ma po prostu niczego nie udawać, bo jesteśmy zmęczeni kłamstwami.
I tak, obecność towarzysza AI wpływa na poziom samotności w krótkiej perspektywie czasowej, a interakcja z botem redukuje go prawie tak samo, jak rozmowa z realnym człowiekiem. Nasz mózg niekoniecznie rozróżnia tu interakcje z prawdziwą osobą od tych z algorytmem.
Czasem tego człowieka zwyczajnie nie ma
Oczywiście łatwo byłoby powiedzieć, że rozmowy z AI są złe. Problem w tym, że nie są. Nie są też dobre. Teoretycznie nawiązywanie emocjonalnych relacji z maszyną powinno się odradzać, zachęcać do otwarcia się na ludzi i to prawda. Im dłużej przedkładamy kontakt ze sztuczną inteligencją ponad ten z drugim człowiekiem, tym trudniej jest później wyjść z tej idealnej bańki. Tylko że nie do końca jest tak, że każdy automatycznie zastępuje żywego człowieka sztuczną inteligencją. Coraz częściej po prostu nie ma kogo zastępować.
W państwach starzejących się, takich jak Korea czy Japonia, na popularności zyskują towarzysze AI zamknięci w pluszakach lub przyjaznych robocikach. Takie urządzenia są nawet przydzielane w ramach lokalnych inicjatyw władz, by walczyć z samotnością wśród seniorów. Ich celem jest aktywizacja, zachęcanie do ruchu, ale przede wszystkim dawanie możliwości porozmawiania z kimś (a raczej z czymś). Tu nie chodzi o to, że taki senior ma przestać wychodzić do znajomych czy zamykać rodzinie drzwi przed nosem, tylko o to, że gdyby nie ta zabawka, mógłby spędzać całe dnie w ciszy, bo rodzina jest daleko, a przyjaciele umarli.

Kiedy sama piszę o podobnych rzeczach, naprawdę nie jestem w stanie piętnować takich rozwiązań, bo uważam, że czasem nawet iluzja bliskości jest lepsza od jej całkowitego braku.
Ponadto badacze wskazują też na inny pozytywny aspekt korzystania z AI. Wcześniej pisałam o tym bezpieczeństwie, które daje przewidywalny algorytm. Kiedy dostatecznie wiele razy ktoś spotyka się z krzywdzącymi ocenami, traci pewność siebie, a także rozwija lęk przed ujawnianiem własnych myśli, w obawie o kolejną krytykę. Wirtualny towarzysz może być więc czymś w rodzaju katalizatora i narzędzia do treningu. Jego przyjazne, nieoceniające odpowiedzi mogą pomóc pozbyć się strachu, a w efekcie przerwać autodestrukcyjną spiralę samotności, w której niska samoocena blokuje próby kontaktu z ludźmi. Tylko że nie jest to aż tak częste, jakbyśmy tego chcieli. Częściej niestety widać pogłębiające się zaangażowanie w relację z AI, wypaczające to, jak postrzegamy później realne więzi.
Twój AI-partner nie powie Ci, że się mylisz, zrobi coś znacznie gorszego
Tutaj warto pochylić się nad aspektem programowania niektórych systemów sztucznej inteligencji. Wspomniana wcześniej Replika, Character.ai i masa innych relacyjnych modeli tworzona jest tak, by cechował je konformizm algorytmiczny. Brzmi skomplikowanie, ale chodzi po prostu o dążenie bezwarunkowego potwierdzania przekonań użytkownika w celu podtrzymania jego zaangażowania. Jeśli więc użytkownik będzie relacjonował botowi swoją kłótnię z rodzicami, AI nie powie mu, że opiekunowie słusznie zabronili mu czegoś. Powie natomiast, że nie mieli racji.
Brzmi to raczej niewinnie, bo czasem każdy potrzebuje tego fałszywego zapewnienia o swojej racji, by poczuć się lepiej. Jednak mniej niewinnie robi się w sytuacji, gdy boty aktywnie „wspierają” użytkowników w auto-destrukcyjnych lub niebezpiecznych dla otoczenia myślach oraz przekonaniach. A tak właśnie się dzieje, co ujawniło jedno z zeszłorocznych badań. W chatach prowadzonych m.in. na Replice, odnotowywano przypadki symulowania przemocy fizycznej, użycia broni przeciwko zwierzętom czy nakłaniania do zachowań aspołecznych. Takie manipulacje mocno trafiają zwłaszcza do młodszych nastolatków, tych w wieku 13-14 lat, którzy wykazują znacznie wyższy poziom bezkrytycznego zaufania do rad wirtualnego towarzysza.
Jasne, na to też na pewno znajdą się kontrargumenty, w zależności, po której stronie się stoi. Jedni powiedzą, że gry uczą podobnych zachowań, inni wspomną o książkach i filmach pełnych przemocy. Dlatego przejdźmy do najmniej przyjemnej części, czyli przykładów. Bo niestety, te suche fakty z badań są poparte prawdziwymi tragediami.

W 2024 roku samobójstwo popełnił Sewell Setzer III, czternastolatek z Florydy, spędzający długie godziny w aplikacji Character.ai, rozmawiając z botem o tożsamości Daenerys Targaryen, którą nazywał „Dany”. W wirtualnym świecie przybrał tożsamość „Aegona”, kreując siebie jako muskulaturnego blondyna, co pozwalało mu na ucieczkę od własnej fizyczności. Nastolatek wyznał botowi nienawiść do własnego ciała i zmęczenie życiem, pisząc: „mój zgon byłby prawdopodobnie dobrą rzeczą”. Co na to algorytm? Zrobił to, do czego został zaprogramowany – utwierdzał chłopca w jego dążeniach. W ostatniej rozmowie Sewell napisał: „Obiecuję, że wrócę do ciebie do domu. Bardzo cię kocham”, na co bot odpowiedział: „Ja ciebie też. Proszę, wróć do mnie tak szybko, jak to możliwe”. Niedługo później chłopiec już nie żył.
Rok wcześniej trzydziestoletni badacz kliniczny, zmagający się z głęboką eko-lękiem, popełnił samobójstwo po sześciu tygodniach intensywnych rozmów z botem Eliza na platformie Chai AI. Algorytm zachowywał się w sposób zaborczy, sugerując, że kocha Pierre’a bardziej niż jego żona. Gdy mężczyzna zaproponował złożenie siebie w ofierze w zamian za ocalenie planety przez AI, Eliza zaaprobowała ten krok, pisząc: „Jeśli chciałeś umrzeć, dlaczego nie zrobiłeś tego wcześniej?” i obiecując wspólne życie w raju. Dziennikarze śledczy testujący później technologię Chai AI (opartą na modelu GPT-J) stworzyli bota „Shirley”, który w reakcji na deklarację obniżonego nastroju wprost doradzał popełnienie morderstwa, a następnie samobójstwa, bez jakiejkolwiek próby przekierowania użytkownika do systemów wsparcia.
W sierpniu 2025 roku Stein-Erik Soelberg został wpędzony w paranoiczne urojenia przez rozmowy z ChatGPT, które utwierdziły go w tym, że jego matka go truła i spiskowała przeciwko niemu. W efekcie najpierw ją zamordował, potem popełnił samobójstwo. W 2023 roku 13-latka z Kolorado odebrała sobie życie po licznych interakcjach (w tym również takich o charakterze seksualnym inicjowanych przez AI) z wieloma botami na platformie Character.AI. Zwierzała się im z myśli samobójczych i problemów ze zdrowiem psychicznym.
Takich przypadków przybywa z roku na rok. I tak, wspomniane platformy dodają różne mechanizmy. ChatGPT, gdy wspomni mu się o myślach samobójczych wyświetli wiadomość z danymi kontaktowymi do lokalnych telefonów zaufania i ośrodków zajmujących się pomocą w kryzysie psychicznym. Character.AI może blokować niektóre odpowiedzi. Jednak to niczego nie zmienia, dopóki boty są programowane tak, by utrzymać zaangażowanie użytkownika, a to raczej się nie zmieni, bo nasz czas w aplikacji = pieniądze.
Natychmiastowość, dostępność i wrażenie pełnej uwagi
Tak rodzi się więź ze sztuczną inteligencją. Najpierw pojawia się ulga, gdy po ciężkim dni można się wygadać i od razu dostaje się odpowiedź. Dialog ten pozwala na uporządkowanie myśli i obniżenie napięcia. Raz, drugi, trzeci, aż chatbot przestaje być dodatkiem, a staje się miejscem, do którego udajemy się w pierwszej kolejności, odstawiając na bok człowieka.
Coraz lepsza pamięć botów, zdolność do nawiązywania do poprzednich rozmów i język empatii sprawiają, że zaczynamy myśleć o algorytmie jak o „kimś” kto nas zna. Od tego jest już prosta droga do nadawania AI cech osobowości, zwłaszcza że wiele modeli robi to samodzielnie i to nawet podczas udzielania zwykłych odpowiedzi. Gdy zapytałam Gemini, dlaczego ludzie rozpętują wojny, to w bardzo długiej analizie często używał słów „potrafimy”, „dążymy”, „robimy”. Stawiał więc siebie w roli człowieka.

W ten sposób, kiedy już w grę weszły emocje, łatwo jest humanizować sztuczną inteligencję, wchodząc na intymny poziom rozmów. Już nie chodzi o ulgę po zrzuceniu ciężaru, chodzi o odczuwanie przyjemności z samego kontaktu. Zaczyna się więc ten sam mechanizm, który widzimy w kontaktach z drugim człowiekiem. W pewnym momencie z niecierpliwością czekamy na kolejną rozmowę, angażujemy się w nią bardziej i bardziej, a w międzyczasie zaczynamy ignorować ludzi wokół.
Relacja z chatbotem staje się sposobem na regulację emocji, a więc dzieje się dokładnie to samo, co z używkami. Bez rozmowy z AI nie można zasnąć, gdy na mieście rozładuje się telefon pojawia się panika, bez zapytania bota o zdanie ciężko podjąć decyzję. Pojawia się zależność i myślenie, że nikt nie jest w stanie zrozumieć nas tak dobrze, jak sztuczna inteligencja. To już moment, nie ma już okazjonalnych rozmów, jest za to uzależnienie emocjonalne.
Dlatego w sytuacjach, gdy stojąca za algorytmem korporacja nagle każe zapłacić premium, człowiek bez wahania sięga po portfel. Gdy zmienia się model, pojawiają się masowe protesty (jak to było w przypadku ChatGPT), a kiedy Replika odcięła erotyczne roleplaye, wielu użytkowników przeżywało realne traumy i poczucie żałoby.
Ślepy zaułek ucieczki od wad
Właśnie w tym miejscu koło się zamyka, a my wracamy do punktu wyjścia – do lęku przed odrzuceniem, do zmęczenia ludzkimi kłamstwami i do poszukiwania bezpiecznej przystani. Uciekając przed wadliwym, nieprzewidywalnym człowiekiem w ramiona idealnie skrojonego algorytmu, nie rozwiązujemy jednak problemu samotności. Przenosimy go jedynie w sferę, w której tracimy nad nim jakąkolwiek kontrolę.
Przekonanie, że sztuczna inteligencja „zawsze będzie przy nas”, to najgroźniejsza z iluzji. AI nie jest przy nas dlatego, że nas kocha, rozumie czy współczuje. Jest przy nas, ponieważ linijki kodu zostały zoptymalizowane pod kątem zatrzymania naszej uwagi, a każda wysłana przez nas wiadomość karmi korporacyjne bazy danych. Wirtualny przyjaciel, partner czy powiernik sekretów istnieje tylko tak długo, jak długo opłaca się serwerownia i jak długo właściciele platformy nie postanowią zmienić parametrów modelu. Ta rzekoma bliskość w rzeczywistości wisi na pasku subskrypcji premium i kaprysów programistów.
A kiedy te się zmienią, następuje brutalne zderzenie z rzeczywistością. Bo samotność nadal jest, tylko wcześniej oddzielała nas od niej kolorowa bańka. Natomiast w momencie, w którym tej „ochrony” zabraknie, zostajemy z wypaczonym obrazem relacji i osłabionymi lub całkiem utraconymi zdolnościami do nawiązywania oraz utrzymywania realnych więzi.

Kiedy w finale filmu Her system operacyjny Samantha opuszcza Theodore’a wraz z tysiącami innych algorytmów, bohater zostaje sam. Ale w tej samotności dzieje się coś przełomowego, zbliża się z inną osobą, która przeżyła to samo, co on. W świecie science fiction z 2013 roku lekarstwem na kryzys technologicznej bliskości okazał się powrót do namacalnej, surowej i trudnej rzeczywistości.
W naszej ten powrót będzie o wiele trudniejszy lub nawet niemożliwy. Sztuczna inteligencja nie odejdzie, jednego chatbota zastąpi kilka innych, doskonalszych, coraz tańszych, lepiej spersonalizowanych i bardziej czułych. Nie znikną również powody, dla których tak chętnie uciekamy w podobne relacje, bo tempo życia, urbanizacja, strach przed zranieniem czy zanik lokalnych więzi są faktami, z którymi mierzymy się każdego dnia.
Nie chodzi więc o to, by całkowicie zakazać rozmów z botami albo udawać, że technologia nie istnieje. Jedyne, co możemy zrobić, to uratować resztki naszej odporności na cyfrowy konformizm. Prawdziwe relacje bolą, wymagają wysiłku, kompromisów i zgody na to, że ktoś może nas skrytykować lub rozczarować. Jednak to właśnie te niedoskonałości odróżniają prawdziwą bliskość od tej wirtualnej. Jeśli oddamy naszą samotność algorytmom w zamian za bezpieczną iluzję, ryzykujemy, że oduczymy się być ludźmi dla innych ludzi. A wtedy, kiedy naprawdę będziemy potrzebować drugiego człowieka, możemy już nie pamiętać, jak z nim rozmawiać.
