Okazja do takiej podróży w czasie nadarzy się już niebawem. Wytwórnia artysty zapowiedziała wydanie wyjątkowego albumu „David Bowie: The Shel Talmy Recordings”. Płyta, która ukaże się dziesięć lat po śmierci muzyka, nie jest jednak kolejnym skokiem na kasę za pomocą dobrze wszystkim znanych utworów. Wręcz przeciwnie, zbiera w jednym miejscu najwcześniejsze, nieznane dotąd szerzej nagrania z 1965 roku. To prawdopodobnie najbardziej kompletny portret narodzin jednej z największych gwiazd w historii rocka i coś, obok czego fani nie będą w stanie przejść obojętnie.
Czas, gdy David Bowie był jeszcze „Davie Jonesem”
Wszystkie zgromadzone na krążku utwory powstały w czasach, gdy nastoletni Bowie występował ze swoim zespołem The Lower Third i wciąż posługiwał się swoim prawdziwym nazwiskiem jako Davie Jones. Zmiana na słynnego „Bowiego” nastąpiła dopiero później – młody artysta chciał w ten sposób uniknąć wiecznych pomyłek z Davy’m Jonesem, wokalistą niezwykle popularnej wówczas grupy The Monkees. W sumie ja bym raczej pomyliła go z Davy’m Jonesem – legandarnym piratem, ale wiecie, o co chodzi.
Za konsoletą podczas tamtych sesji stanął nie byle kto, bo sam Shel Talmy – legendarny producent odpowiedzialny za brzmienie i gigantyczne sukcesy takich zespołów jak The Who (to on stał za kultowym „My Generation”) czy The Kinks („You Really Got Me”). Na płycie znajdziemy więc aż dziesięć zupełnie niepublikowanych i nigdy wcześniej niesłyszanych utworów. Jakby tego było mało, nie będzie to tylko sam Bowie, bo w nagraniach wzięła udział absolutna śmietanka ówczesnej brytyjskiej sceny muzycznej. W sesjach uczestniczyli m.in. Jimmy Page czy genialny pianista sesyjny Nicky Hopkins, który współpracował z The Rolling Stones czy Beatlesami.
Londyńska gorączka roku 1965
Już sama możliwość posłuchania tych utworów będzie dla każdego fana nie lada gratką, jednak powinny też zainteresować każdego, kto interesuje się tamtą epoką. Bo to dość specyficzne nagrania, których nie powinniśmy oceniać przez pryzmat doskonale nam wszystkim znanych hitów Bowiego z lat 70. Czy 80.

Są one również doskonałym dokumentem epoki. Te utwory brzmią dokładnie tak, jak tętniący życiem, ekscytujący i eksperymentujący muzycznie Londyn przełomowego 1965 roku. Słychać w nich surową energię młodego chłopaka, który dopiero uczy się pisać piosenki, ale już teraz ma w sobie to “coś”, co wkrótce zmieni oblicze muzyki. Tak, to prawdziwa okazja, by cofnąć się w czasie aż do narodzin legendy.
Wśród odkopanych z archiwum, nieznanych dotąd kompozycji, które trafią na tracklistę, usłyszymy m.in. takie tytuły jak: „You’ve Got A Habit Of Leaving”, „Cupid”, „Leave Her to Me”, „I Live in Dreams” oraz „I Do Believe I Love You”. Tu możecie posłuchać jednego z tych utworów:
Dla oddanych fanów Bowiego i muzycznych kompletystów ten album to więc absolutny święty Graal. Bo najważniejsze jest to, że to nie jest po prostu kolejna składanka z hitami, które wszyscy znamy na pamięć, ale fascynująca, intymna lekcja historii muzyki. „The Shel Talmy Recordings” pozwala nam wejść do studia z osiemnastoletnim Bowiem i usłyszeć ten pierwszy, czysty błysk geniuszu, który dekadę później rozpalił całą planetę. A za to naprawdę warto zapłacić. Premiera płyty zaplanowana została na 18 września, jednak w sklepach (także polskich) można zakupić go w przedsprzedaży.
