Pastwa w kilku głośnych aferach politycznych odegrał pierwszoplanową rolę. niespodziewanie wyciągał jakieś taśmy czy kwity, po których następowało trzęsienie ziemi.  Pojawiał się przy Wałęsie, Gudzowatym, Łyżwińskim.  Zwykły drobny oszust czy dużego kalibru hochsztapler? A może ciemna postać sterowana przez tajne służby?


Odnaleźliśmy go w zamojskim więzieniu. – Siedzi i jeszcze posiedzi – usłyszeliśmy. Prawdopodobnie nie wyjdzie przed rokiem 2017. Odsiaduje bowiem kolejno 10 wyroków za przestępstwa popełnione już w wolnej Polsce. Głównie za oszustwa i wyłudzenia skazywały go sądy z Warszawy, Krakowa, Tarnowa, Zamościa.


Moda na taśmy


Spotkanie z dziennikarzami to dla niego przerywnik w monotonnej odsiadce. – To nie Michnik wymyślił modę na nagrywanie. To ja, w 1995 roku – zaczyna. Pastwa wie, jak budować napięcie. Oszustwo ma we krwi.


Prawie sześćdziesiątka na karku, szczupły, krótkowłosy, o zmęczonej twarzy, ubrany w czarną szeroką bluzę i zielone spodnie. Jest dobrze przygotowany do spotkania z dziennikarzami. Na stoliku kładzie aktówkę i notatnik. Roztacza wokół siebie aurę człowieka dobrze poinformowanego i będącego w zażyłych kontaktach z ludźmi z pierwszych stron gazet, o których niby przypadkiem mówi po imieniu. Każde zdanie wypowiada wyraźnie i dobitnie.


– Kiedy siedziałem w więzieniu na Montelupich w Krakowie, do mojej celi wsadzili generała milicji Mieczysława Kluka – snuje opowieść. – Posadzili go ze mną, bo wiedzieli, że włos mu z głowy nie spadnie. Jestem oszust, ale nie gangster – podkreśla niemal z dumą. – I on mi powiedział: „Pastwa, jak powiesz, co wiesz, to skończysz jak Maziuk”.


Tadeusz Maziuk pseudonim Sasza to zawodowy zabójca, który na zlecenie wiedeńskiego mafioso ps. Baranina zastrzelił ministra sportu Jacka Dębskiego. Aresztowany, powiesił się w celi mokotowskiego aresztu. Istniało podejrzenie, że w samobójstwie ktoś mu pomógł, cela nie była monitorowana, a na ciele widniał znak jakby od paralizatora.


Z milicyjną legitymacją


– Chodzi o moje bezpieczeństwo – mówi tajemniczo Pastwa i zaraz dodaje. – Ale powiem jedno. Ja się sam nie powieszę. W komunistycznych więzieniach przeszedłem zaprawę życiową – tam człowiek był niczym.


Rzeczywiście większość dorosłego życia Pastwy upłynęła na oszustwach i odsiadywaniu wyroków. Pochodzi z Zamościa, gdzie urodził się 9 lipca 1952 roku. Chodził do podstawówki, zresztą naprzeciwko więzienia, gdzie teraz siedzi, razem m.in. z braćmi Superczyńskimi, w tym z Arnoldem, późniejszym komendantem stołecznym.


Oszukiwał, odkąd pamięta. Ukradł w hotelu dowód osobisty jakiegoś lekarza i podawał się za niego, wyłudzając od ludzi towary i pieniądze. Sprzedawał obrączki z tombaku jako złote. Handlował fałszywymi dolarami. Wielokrotnie umykał milicjantom. Na przykład wtedy, kiedy w Koszalinie wpadł w mieszkaniu kochanki.


Milicjant pozwolił mu ogolić się w łazience, a sam stał pod drzwiami i nasłuchiwał dźwięku golarki. Kiedy wreszcie zniecierpliwiony otworzył drzwi, okazało się, że Pastwa ulotnił się przez okno. Zniknął na kolejne lata. Wpadł dopiero w 1984 r. w Rzeszowie. Podawał się za sierżanta Walczaka z komendy stołecznej. Złapano go, kiedy próbował pod Peweksem zabrać bony cinkciarzowi i doszło do szarpaniny. Znaleziono przy nim fałszywą legitymację milicyjną.


Pastwę oskarżono o 78 oszustw i na 15 lat trafił do więzienia.

– Lubi pan te szwindle? – zapytaliśmy.

– Miałem z tego profity. W 1991 roku wyszedłem z więzienia. Później przez kilka lat nie popełniłem żadnego przestępstwa – podkreśla.

– To jak pan zarabiał?

– Handlowałem z wysokimi rangą oficerami radzieckimi spod Budapesztu. Braliśmy bardzo dużo rubli i w odpowiedniku naszego Orbisu, czyli Ibuszu, wymienialiśmy je tysiącami po niższej cenie.


Wałęsa wydany na pastwę losu...


Rzeczywiście przez jakiś czas było o nim cicho. Ale już w 1995 r. usłyszała o nim cała Polska. Trwała właśnie jedna z najostrzejszych prezydenckich kampanii wyborczych, a rywale w sondażach szli łeb w łeb i do ostatniej chwili nie było wiadomo, co przechyli szalę zwycięstwa na stronę któregoś z kandydatów. Nagle sztab Aleksandra Kwaśniewskiego wyciągnął asa z rękawa. Tym asem był właśnie Pastwa. Miał posłużyć do skompromitowania Lecha Wałęsy.


Oskarżenie było poważne – oszust po wyroku zbierał pieniądze na kampanię prezydencką Wałęsy. Miał pełnomocnictwo z kancelarii prezydenta oraz taśmę z rozmową z Jerzym Gwiżdżem, szefem sztabu wyborczego Wałęsy, dowodzącą kontaktów i żądania wpłaty pieniędzy. Dla dodania sobie powagi jeździł samochodem z tzw. policyjnym kogutem.


Skąd Pastwa wziął się w sztabie Wałęsy i jak trafił do ludzi Kwaśniewskiego?

– Mój serdeczny przyjaciel z lat szkolnych Arnold Superczyński został komendantem stołecznym. Przez niego trafiłem do sztabu prezydenta. Skontaktowałem się z panem Tomaszem Kwiatkowskim, szefem kancelarii Wałęsy, i razem zbieraliśmy podpisy poparcia dla prezydenta – opowiada Pastwa. Niechętnie mówi o pieniądzach. Tymczasem wiadomo, że Pastwa podawał się za szefa nigdzie niezarejestrowanego Ogólnopolskiego Społecznego Komitetu Wyborczego na rzecz Prezydentury Lecha Wałęsy i zbierał fundusze, rzekomo na cel jego reelekcji.

– No tak, były pieniądze. Wpłacali różni ludzie. Częściowo na mój komitet, częściowo na sztab wyborczy dla pana Gwiżdża – przyznaje Pastwa. – Pieniądze zbierałem z czystych pobudek – liczyłem, że będę mógł jakoś się zrehabilitować za całą przeszłość. Siedziałem kilkanaście lat w więzieniu – próbuje dodać ideologię do swoich oszustw.


Problem bowiem tkwił w tym, że Pastwa nie rozliczył się z pieniędzy zebranych rzekomo dla Wałęsy.

– Dziś nie mam wątpliwości, że to był zwykły oszust, który zdefraudował pieniądze sztabu Wałęsy i u nas szukał ratunku – mówi Jerzy Dziewulski, były poseł SLD, odpowiadający za ochronę kandydata na prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. Jak opowiada, Pastwa sam zadzwonił do sekretariatu sztabu Kwaśniewskiego i podał się za współpracownika sztabu Wałęsy. Powiedział, że ma jakieś ciekawe informacje. Sekretarka się wystraszyła, że to jakaś prowokacja i zadzwoniła do Dziewulskiego. – Poprosiłem, żeby nas umówiła. I rzeczywiście. Tego samego dnia późnym wieczorem w sztabie pojawił się nieźle ubrany, schludny mężczyzna – wspomina Dziewulski.


Pastwa stwierdził, że sztab Wałęsy zbiera nielegalnie pieniądze na wybory, a on jest skarbnikiem. Miał podpisy ludzi, którzy wpłacili pieniądze i pełnomocnictwo od Gwiżdża do ich zbierania. – Nagrałem go. Mówił, że ma tego dość, bo tam robione są przekręty i świństwa. Chciał pieniędzy za informacje i taśmę z rozmową z Gwiżdżem. Skierowałem go do redakcji „NIE”, bo oni mogli zapłacić – dodaje Dziewulski.


Rzeczywiście lewicowy tygodnik wiedział, jak zagrać tą sprawą. Urządzono medialne show, podczas którego po raz pierwszy w historii w siedzibie tej redakcji pojawili się na konferencji dziennikarze wszystkich mediów.


Pastwa był rzekomo ukryty gdzieś za wschodnią granicą. Zorganizowano telekonferencję z Pastwą, który twierdził, że znajduje się w hotelu Rossija w Moskwie, co szybko wykluczyli rosyjscy korespondenci polskich gazet.


Odtworzono też fragment nagrania Gwiżdża. – To skandal – grzmieli lewicowi politycy. – Ja nic o tym nie wiem. Ja się na żadną Pastwę losu nie wydawałem – bronił się Wałęsa. Jak wiadomo, wybory przegrał.

– Czy Pastwa sam wymyślił tę grę, by skompromitować Lecha Wałęsę?

– Były pogłoski o jego powiązaniach ze służbami, ale dokumentów współpracy nie widziałem – wspomina Dziewulski.


Za kasę od Urbana


Po wyborach sprawa przycichła. Pastwa zniknął, co ułatwiły mu dolary, które dostał od Jerzego Urbana za taśmę z nagraniem rozmowy z Gwiżdżem.


Ile tego było? – tego ani Pastwa, ani Urban nie ujawnili.

– Jakby prześledzić tylko hotele i przeloty lotnicze, to rachunki za nie idą w dziesiątki tysięcy dolarów. Więc pal licho, za ile sprzedałem taśmy redaktorowi Urbanowi. Wtedy wyjechałem do Rosji i na Białoruś i tam byłem zabezpieczany przez panów z „NIE” – opowiada Pastwa.


Andrzej Pastwa prawdopodobnie ukrywał się właśnie na Białorusi. Zasłynął tam przez chwilę, kiedy w lutym 1996 r. powiedział białoruskiemu korespondentowi „Komsomolskiej Prawdy”, że zwolennicy Lecha Wałęsy chcieli mu zlecić zamordowanie Aleksandra Kwaśniewskiego. Twierdził, że „jakieś siły jego rękami” chciały usunąć w 1995 r. przyszłego prezydenta Polski. Wymieniał w tym kontekście nazwisko Mierzejewski – rzekomego pracownika UOP i Biura Bezpieczeństwa Narodowego, który miał od niego zażądać „zorganizowania usunięcia Kwaśniewskiego”, bo inaczej trafi do więzienia za oszustwa. W rewelacje oszusta nikt jednak w Polsce nie uwierzył. Sam Pastwa wpadł

– Jeździliście panowie razem po Polsce z Kwiatkowskim i zbieraliście pieniądze na kampanię?

– Nie do końca. Raz tylko zostaliśmy zatrzymani, kiedy jechaliśmy na spotkanie, bodajże z Alkiem Żaglem... chyba z Alkiem... – zastanawia się Pastwa. – Bo potem Żagiel dawał mi pieniądze na kampanię Wałęsy... (Aleksander Żagiel i Andrzej Kuna, polscy biznesmeni – ich nazwiska stały się głośne w kontekście afery Orlenu, to oni też mieli zaaranżować wiedeńskie spotkanie Jana Kulczyka i rosyjskiego szpiega Władimira Ałganowa – przyp. red.).


W każdym razie policjanci kwestionowali, dlaczego w moim samochodzie, za którego kierownicą siedział mój kierowca i kole-a Marek Jaworowski, jest sprzęt zura (policyjny kogut).

– Znał pan dobrze Wachowskiego? – pytamy, bo Pastwa mówi o nim Mietek, a sam Wachowski zapewniał, że nie byłby nawet w stanie go rozpoznać.

– On mówi, że mnie nie zna. Ale ja jego znam. Poznałem go przez Arnolda – twierdzi.


I właśnie Arnold Superczyński został nieoczekiwanie jedyną ofiarą afery z Pastwą w 1995 r. – stracił stanowisko szefa stołecznej policji za użyczenie oszustowi policyjnego koguta.


Działacz Samoobrony


Na pewien okres wszelki słuch po Pastwie zaginął. – Mieszkałem jakiś czas na Białorusi. Mieszkałem też w Atenach, w Moskwie, w Kijowie, w Bukareszcie, w Hanowerze. Miałem tam sam swoje interesy, ale też jeździłem towarzysko – opowiada.

– Z czego się pan utrzymywał?

– Z tych pieniążków, które wziąłem za taśmy sprzedane tygodnikowi „NIE”.

Aż tu nagle objawił się koło 2000 roku jako... polityk.

– Należę do Samoobrony już od kilku lat. Współpracuję blisko z Andrzejem Lepperem – chwalił się dziennikarzom w 2002 r. Do Sejmu wchodził bez problemu na przepustkę wystawioną przez Samoobronę. Twierdził, że na zaproszenie Leppera przyjechał z Białorusi do Polski.

– Poznałem pana Leppera, Wandę i Stanisława Łyżwińskich, Krzysia Filipka, panią Wiśniowską, pana Aszkiełowicza Mietka, pana Witaszka. Byłem nawet w zarządzie krajowym Samoobrony – opowiada nam Pastwa.

– Chciałem pomóc wodzowi. Byłem przekonany, że kiedy dojdą do władzy, to mi pomogą w prowadzeniu firmy nastawionej na handel ze Wschodem, na przykład płodami rolnymi.


Ale Pastwa miał odegrać jeszcze inną rolę. O co chodziło? Miał być kolejnym świadkiem lidera Samoobrony, który wpadł w kłopoty po słynnej historii z Klewek, kiedy z trybuny sejmowej pomówił polityków o łapówki.

– Lepper chciał, abym świadczył w prokuraturze o korupcji polityków – potwierdza Pastwa. Co dokładnie sprzedał Lepperowi? Pastwa nagle traci pamięć. – Nie pamiętam – mówi. Co miał dostać w zamian? Pieniądze? Stanowiska?

– Możliwe, że miejsce na liście. Chciałem być posłem – przyznaje w końcu.


Kiedy jednak zrobiło się głośno o kolejnym oszuście w Samoobronie, Lepper nie wpuścił Pastwy na listy. Doszło też do konfliktu o pieniądze.


Były poseł tej partii i znany restaurator Zbigniew Witaszek opowiedział nam taką anegdotę. Przyjeżdża kiedyś Pastwa do jego zajazdu i krzyczy:

– Jest Łyżwa? – Nie ma.

– A Andrzej jest? – Też nie.

– A kasa? – Jaka kasa?

– No za materiały dla Leppera, żeby z Klewkami sobie poradził.

– Nic nie wiem.

– No to jadę.

Oszust przyjechał do zajazdu Witaszka w Czosnowie pod Warszawą w 2001 r.

– Żadnych pieniędzy mu nie dałem, bo nie wiedziałem o jakiejś jego umowie z Łyżwińskim i Lepperem – wspomina Witaszek.


Świadek przeciw Łyżwie


Od 1995 r. nikt nie brał już poważnie opowieści Pastwy. Mimo uszu puszczono jego zeznania, jakoby Stanisław Łyżwiński, poseł Samoobrony, zlecił mu porwanie byłego wspólnika. O opowieściach Pastwy i jego taśmach – ten swoim zwyczajem nagrał Łyżwińskiego – przypomniały sobie organa ścigania dopiero w 2007 r., kiedy stawiały Łyżwińskiemu zarzuty w seks-aferze. Dołożyły mu jeszcze jeden – zlecenie porwania byłego wspólnika.


Pastwa – jak zwykle zresztą – postanowił na swoich taśmach zarobić. W 2000 r. zgłosił się do owego wspólnika Łyżwińskiego i jego kolegi. Spotkali się w hotelu Marriott. Pastwa twierdził, że Łyżwiński obiecał mu połowę z 500 tysięcy złotych okupu, który spodziewał się dostać.


Zapewniał, że on nie zamierza go porywać, i chętnie odsprzeda nagrania swoich rozmów z Łyżwińskim. Dostał za nie 6 tysięcy złotych.


Łyżwiński mówi na nich o porwaniu byłego wspólnika: „Trzeba podjechać, wziąć gościa, wsadzić gdzieś do obory czy gdzieś, jednego człowieka przy nim, nie dać mu żryć tam przez trzy dni i wszystkie te sytuacje, które mu się da, ma zrealizować. I on zrealizuje. I go później wypuścić i ch... Mnie ma to oddać. A ja już w tym czasie to alibi mam...”.

– Dlaczego Łyżwiński zlecał panu porwanie?

– Uznał, że mam układy na Białorusi i w Rosji. Ale ja nie zamierzałem nikogo porywać. Zadzwoniłem do tego wspólnika Łyżwińskiego i zostawiłem numer telefonu. Oddzwonił do mnie jakiś jego znajomy biznesmen. Potem okazało się, że to gangster z grupy karateków czy coś takiego.


Świadek porwania Gudzowatego


– Uczestniczyłem w wielu intrygach. Poznałem tylu szubrawców i łapserdaków, rozgryzłem ich na drobną mączkę, przejrzałem na wylot. Mógłbym sobie odświeżyć pamięć, ale tylko przy profesjonalistach – mówi Pastwa, pytany, czy ma coś nowego do opowiedzenia.  Daje do zrozumienia, że dziennikarzom nie powie, ale gdyby ABW czy prokuratura chciały go wysłuchać, to opowiedziałby niesamowite rzeczy.

– Kwity przeciwko politykom z prawej lub lewej strony, żebym miał na chleb i coś do chleba, to mogę ujawnić. Zwłaszcza kiedy mam wiarygodne dokumenty – podkreśla. – Ale żebym miał zorganizować grupę i kogoś porywać? To nie. Wiem, jaka kara jest za wyłudzenie, a jaka kara za porwanie – dodaje.


Nawiązuje tym samym do sprawy biznesmena Aleksandra Gudzowatego i jego syna. To jest bowiem kolejna historia, w której odegrał niebagatelną rolę.


Ochrona biznesmena nagrywała jego rozmowy, m.in. z Józefem Oleksym. Ujawnienie ich stało się kilka lat temu sensacją.

– Musiałem się bronić. Chciano porwać mi syna – tłumaczył niekonwencjonalne zachowania Aleksander Gudzowaty. Zarzucił też prokuraturze, że nic nie robi w sprawie zagrożenia życia jego rodziny. Skąd wiedział o planowanym porwaniu? Otóż właśnie od... Pastwy. Ten bowiem zadzwonił do firmy potentata gazowego i twierdził, że był świadkiem knowań dotyczących planów zabicia ojca i porwania syna. Wskazywał przy tym na sprawców, którymi mieli być dwaj biznesmeni.


Prokuratura zbadała sprawę i… oskarżyła Pastwę o składanie fałszywych zeznań. Uznała, że planów zabójstwa i porwania nie było, a jedynie niepoważna wymiana zdań między drobnymi przedsiębiorcami, zawiedzionymi, że nie udało im się podpisać jakiejś umowy z firmą ubezpieczeniową związaną z Gudzowatym.


Zdjęcia ze ściany zajazdu


Skargi Gudzowatego na bezczynność organów ścigania spowodowały jednak, że sprawą ponownie zajęła się warszawska prokuratura. Pastwę ponownie wzięto na przesłuchania.


Gudzowaty był przekonany, że oszust nie działał sam. Być może nie istniało realne zagrożenie porwaniem, ale komuś zależało, by go nastraszyć i dlatego kazał Pastwie do niego się zgłosić. Tym kimś miały być służby specjalne.


Pastwie odpowiada taka interpretacja. Pomaga budować mit, który chce wokół siebie stworzyć.

– Ktoś panem manipuluje? Jest pan uwikłany w jakąś grę? – pytamy w sali widzeń zamojskiego kryminału.

– Wszyscy to wiedzą. I ja, i dziennikarze, i prokuratorzy. Tylko trzeba znaleźć kto.

– Kogo ma na myśli? – Boję się powiedzieć niektóre nazwiska. Wiecie państwo, jaka rzesza odeszła po Macierewiczu. Jakie mają możliwości?

– To oni?

Pastwa rozkłada ręce i milczy, dając wzrokiem do zrozumienia, że nie jesteśmy sami. Kilka metrów dalej siedzi strażnik i przysłuchuje się rozmowie.


Autorka: Anna Marszałek - dziennikarka śledcza, publikowała m.in. w „Rzeczpospolitej” i w „Dzienniku”. Zasłynęła artykułami ujawniającymi nieprawidłowości w MON, kulisy afery starachowickiej czy zabójstwa gen. Marka Papały. Laureatka najważniejszcyh nagród dziennikarskich.