Postawa i tragiczna śmierć [Emilii Malessy] nie budzą żadnych zastrzeżeń moralnych i są najwyższej rangi patriotyzmem – głosi komunikat Światowego Związku Żołnierzy AK z ubiegłego roku. Związek nie widzi więc przeszkód, by jej imieniem nazwać małe rondo na Żoliborzu. Tymczasem jeszcze ponad rok temu część środowisk AK sprzeciwiła się powieszeniu tablicy z jej imieniem obok tablicy poświęconej jej mężowi Janowi Piwnikowi „Ponuremu” w klasztorze w Wąchocku. Doszło do kuriozalnej wręcz sytuacji – tablicę poświęcono i odsłonięto, ale jej... nie zawieszono. Co więcej, szczątki Malessy, odznaczonej krzyżem Virtuti Militari, dopiero w 2005 r. przeniesiono na Powązki. Wciąż nie wygasły spory, które doprowadziły do jej śmierci.

PANI NA ZAGRODZIE

„Zostałam umówiona w małej kawiarence na rogu Chmielnej i Zgody. Podeszła do mnie młoda, atrakcyjna, elegancka kobieta i wymieniła hasło. Byłam zaskoczona. Spodziewałam się kogoś starszego i doświadczonego  – wspominała kurierka Izabella Kwapińska-Tańska, „Iwona” i „Czarna”, w relacji sporządzonej w 1972 r. na prośbę Komisji Historii Kobiet Walczących o Niepodległość (KHK). –  To była  szefowa komórki łączności  zagranicznej  AK »Marcysia«, czyli Emilia Malessa”. „Iwona” należała do wielkiej rodziny około 120 kurierów i kurierek, przemieszczających się po całej Europie z pocztą, pieniędzmi, mikrofilmami, mapami, oryginalnymi dokumentami niemieckimi, a nawet karabinem przeciwpancernym. Praca kuriera wymagała odwagi, sprytu, wytrzymałości psychicznej, niejednokrotnie także zdolności aktorskich. Za budowę systemu łączności zagranicznej odpowiadała Emilia Malessa (ps. „Miłasza”, „Maniuta” i „Marcysia”). „Marcysia” przeszła cały szlak bojowy 19. Wileńskiej Dywizji Piechoty – była kierowcą i organizatorem lotnych punktów sanitarnych i dożywiania. W październiku 1939 r. płk Tadeusz Rudnicki, którego kilkakrotnie woziła, wciągnął ją w działalność konspiracyjną w Służbie Zwycięstwu Polski (SZP) i jako  osobę energiczną i inteligentną polecił do pracy w komórce szyfrów. Wkrótce dowództwo SZP powierzyło jej zadanie zorganizowania działu łączności zagranicznej. Przywódcy cenili jej przedsiębiorczość, pomysły i… urodę. Kobiety podbijała uśmiechem i życzliwością.

Komórka łączności nosiła różne kryponimy: „Zenobia”, „Łzy”, „Załoga” i „Zagroda”. Zadaniem Emilii Malessy, często nazywanej „panią na Zagrodzie”, było skompletowanie i wyszkolenie kurierów, wyznaczenie tras i kontaktów pośrednich, wysyłanie poczty oraz zapewnienie bezpieczeństwa. „Marcysia” stale doskonaliła metody zabezpieczeń. Tworzyła sieć alarmową, punkty kontaktowe. O jakości systemu łączności świadczyło m.in. przygotowanie meldunków w postaci mikrofilmów. Wykonywano je w 5 egzemplarzach: dwa wysyłano przez kurierów różnymi trasami. W razie zaginięcia posłańców, wysyłano trzeciego. „Czwarty egzemplarz archiwizowano w KG AK, zaś piąty stanowił wysyłkę awaryjną” – tlumaczyła w swej książce „Łączność zagraniczna Komendy Głównej Armii Krajowej 1939–1944 Odcinek »Południe«” Helena Latkowska-Rudzińska, która była drugim zastępcą szefa „Zagrody”.

Przez całą wojnę system pracował w miarę stabilnie. Aresztowania i likwidacja poszczególnych punktów nie zagroziły organizacji. „Kierując się jakimś wewnętrznym przeczuciem »Marcysia« wydawała polecenia niezrozumiałe w pierwszej chwili dla innych: »ten pan lub pani musi zmienić lokal«, »musi zmienić dokumenty« – pisał po wojnie Witold Sowiński dla Archiwum i Muzeum Pomorskiego AK oraz Wojskowej Służby Kobiet w Toruniu (FAPAK), najprawdopodobniej jeden ze współpracowników „Marcysi”. – Dwa lub trzy dni później wpadało gestapo i zastawiało »kocioł«”. Dlatego – jego zdaniem – zdołała ujść z życiem podczas wielkiej wsypy, która doprowadziła w marcu 1944 roku do załamania systemu łączności z zagranicą.

MIŁOŚĆ I ŚMIERĆ

Przez krótki czas na przełomie 1941 i 1942 r. „Zagroda” przyjmowała żołnierzy przysyłanych do Polski drogą powietrzną. Pierwszy cichociemny wylądował na spadochronie pod Skierniewicami w nocy z 7 na 8 listopada 1941 r. Był nim przedwojenny policjant major Jan Piwnik, znany później jako „Ponury”. „Marcysia” osobiście go przejmowała. Piękna i inteligentna, zrobiła na majorze duże wrażenie. „Była bardzo uczuciowa. Potrzebowała ciepła i bliskości. Dlatego miała bogate życie osobiste, podczas gdy ja żyłam tylko służbą” – zwierzała się Elżbieta Zawacka, „Zo”, jej zastępczyni i jedyna kobieta cichociemna. Na temat związków „Marcysi” z mężczyznami „Zo” zostawiła wiele osobistych notatek, przechowywanych aktualnie przez Fundację jej imienia w Toruniu. Wynika z nich, że Malessę łączyły bliskie kontakty z niektórymi dowódcami z AK. Przez lata wojny zawsze była z kimś związana.

„»Marcysia« przyprowadziła do mego domu Tadeusza. Romans trwał krótko, a następnym adoratorem okazał się Walenty, który przyjechał jako emisariusz. W 1943 roku zerwał z nią. Od Luli Marczewskiej dowiedziałem się, że ma nową miłość – »Ponurego«” – donosił Urzędowi Bezpieczeństwa w 1949 roku „Malarz” (imię i nazwisko nieznane), współpracownik „Marcysi” w „Zagrodzie”. Zeznał też, że była zmienna w nastrojach, uparta, chorobliwie ambitna. Ta osobliwa charakterystyka kobiety żołnierza znajduje się dziś w zbiorach Instytutu Pamięci Narodowej. Zanim „Ponury” dostał przydział do organizacji dywersyjnej „Wachlarz”, przebywał w Warszawie. Wtedy zapewne ich znajomość rozkwitła. W czerwcu 1943 roku „Ponury” został szefem Kedywu Okręgu AK Kielce. To pewnie w tym czasie widywano go z „Marcysią” na Wykusie, w lasach w okolicy Wąchocka. Podczas jednego z wyjazdów służbowych do Warszawy w listopadzie 1943 r. wzięli ślub w kościele ewangelickim. Dwa miesiące później „Ponury” wyjechał na Nowogródczyznę, gdzie 16 czerwca 1944 roku zginął w walce pod Jewłaszami.

PRZYBRANY SYN