Obiegowa opinia jest taka: gangster trafia za kratki, po jakimś czasie wychodzi na wolność i wraca na drogę przestępstwa. Bo nie umie żyć poza bagnem. Okazuje się jednak, że od tej reguły są wyjątki. Oto budujące historie LESZKA K. i JACKA P.

Było o nich głośno w całej Polsce, jeszcze zanim narodziła się ma a pruszkowska. Obaj pochodzą z jednego miasta, obaj przez chwilę rządzili zachodnią granicą, przy której jak grzyby po deszczu powstały przemytnicze fortuny. Leszek K. ps. Kasza i Jacek P. ps. Ślepak należeli do pierwszej ligi przestępczości zorganizowanej w Polsce po 1989 roku. Kiedyś wrogowie, dziś wolni ludzie niewchodzący sobie w drogę. Nigdy nie poszli na współpracę z prokuraturą, nikogo nie pogrążyli zeznaniami, nie okazali skruchy przed sądem. Tacy jak oni opuszczają więzienne mury w gangsterskiej chwale. Świat przestępczy stoi przed nimi otworem, a starzy kompani doceniają lojalność. Policja ma ich na oku, wykorzysta każdy błąd, by znów posłać za kraty (jak choćby Rympałka czy nieżyjącego już Jerzego W.  ps. Żaba z Pruszkowa). Ale Kasza i Ślepak przeciwstawili się stereotypom. Ich życie potoczyło się w nieoczekiwanym kierunku.


„MAŁE  FILOZOFIE” KASZY


Kasza nigdy nie uważał się za gangstera. Kiedy ktoś go tak nazywał – kierował sprawę do sądu. Jednak – czy tego chce, czy nie – pionierskimi machlojkami z podatkiem VAT na trwałe wpisał się do historii polskiej mafii.


„Liderzy zorganizowanych grup przestępczych często uchodzą za szanowanych biznesmenów, mają restauracje, hurtownie itp. Na przykład jeden z przywódców grupy w Szczecinie – Leszek K. ps. Kasza – jest współwłaścicielem kopalni kruszyw mineralnych, a jego grupa kontroluje agencje towarzyskie i zbiera haracze” – tak w roku 1997 mówił o Kaszy w rozmowie z Anną Marszałek z „Rzeczpospolitej” generał Adam Rapacki, wówczas zastępca komendanta głównego policji. Kasza otoczył się judokami i karatekami, byłymi milicjantami i pracownikami SB. Od swoich ludzi wymagał bezwzględnej lojalności i wojskowej dyscypliny.


–  Uchodził za jednego z najinteligentniejszych przestępców w Polsce. Do majątku i pozycji doszedł sprytem, a nie pięścią – mówi funkcjonariusz operacyjny CBŚ. – Pierwsze pieniądze zarobił na przemycie spirytusu z Francji, zaraz potem założył białe rękawiczki. Był przebiegły, korumpował oficerów komendy wojewódzkiej, którzy kserowali mu tajne akta. Dążył do stworzenia prywatnego archiwum, w którym miałby teczkę na każdego: konkurencję, policjantów, funkcjonariuszy UOP, urzędników i przedsiębiorców.


Konkurencyjny gang rozważał zlikwidowanie Kaszy. Mokrą robotę miał wykonać Rafał Ch. ps. Czarny – człowiek od narkotyków i „siłowych rozwiązań”. – Planowaliśmy odpalenie w centrum Szczecina pocisku przeciwpancernego, skierowanego w jego biuro. O co chodziło? Kasza zarabiał spore pieniądze, a my chcieliśmy, żeby się z nami dzielił – tłumaczy po latach Czarny. – Szef się wkurzył, bo Kasza odmówił.


Kasza czuł, że coś się święci. – Odczuwałem wtedy obsesyjną potrzebę zamontowania w biurze szyby przeciwpancernej – wspomina. – Wiedziałem, że mam wrogów, chociaż nie byłem żadnym gangsterem, tylko szefem firmy ochroniarskiej „Lechmal”. Prowadziłem działalność gospodarczą, miałem koncesję MSW. Moi ludzie nie byli bandytami, nikogo nie okradali, nie napadali, nie wywozili do lasu. Byłem normalnym bizesmenem, który swoją karierę zaczynał jak wielu innych – od handlu w Rosji i skupowania waluty.


Ostatecznie Kasza musiał ustąpić pola silniejszym. Korumpowanie policjantów i gromadzenie kwitów także nie wyszło mu na dobre, ponieważ tajne dokumenty z różnych śledztw i akt personalnych znalezione w jego biurze postawiły na baczność służby mundurowe. Prześwietlono firmę „Lechmal”. Ustalono, że banki udzielały pożyczek na żwirowisko, które było zwykłym wysypiskiem piasku. Powiązana z Leszkiem K. spółdzielnia inwalidów produkowała mikroprocesory, które miały służyć do okradania skarbu państwa.

– Tamte rzekomo tajne dokumenty zostały podrzucone do mojej rmy. Nie wiem, przez kogo – przekonuje Leszek K. – Leżały na parapecie... To były nieprzydatne kwity, po prostu śmieci, ale przez nie stałem się wrogiem publicznym, bo okazało się, że zbierałem papiery także na pułkowników.


Kasza spakował manatki i uciekł za granicę. Prokuratura wystawiła za nim międzynarodowy list gończy, zarzucając kolosalne wyłudzenia VAT i kredytów bankowych. To była jedna z pierwszych afer vatowskich w kraju. Media okrzyknęły Leszka K. pionierem przestępczości gospodarczej lat 90.


Policja złapała go w Niemczech w grudniu 1995 roku. Podczas procesu Kasza do niczego się nie przyznawał, trafił na sześć lat za kraty.


W więzieniu powstał pierwszy tomik jego poezji, zatytułowany „Współczesna obrona Sokratesa, czyli list otwarty do Ministra Sprawiedliwości” (wydany w roku 2001). Sporo w tej książce żółci, odważnych epitetów pod adresem sądu i prokuratury, ale też zabawnej autoironii. Na okładce znajdują się dwie fotogra e autora, jakby żywcem wzięte z czasów Ala Capone, oraz... Certy kat Uniwersytetu w Chicago (Wydziału Gangsterskiego).

– Zrobiono ze mnie gangstera, to się za takiego przebrałem – mówi autor tomiku.


Potem wydał „Bal w ogrodzie”, podpisując się pseudonimem Julian Mówim. „Jest on świadomie podporządkowany formie »Balu w operze« Juliana Tuwima, stanowi jednak utwór w pełni oryginalny i samodzielny, a użyte analogie i tematyczne zapożyczenia służą przede wszystkim potrzebie uwypuklenia wspólnej idei obu utworów: totalnej krytyki władzy” – napisał we wstępie Marian A. Kasprzyk ze Związku Literatów Polskich.


Teraz Kasza chce wydać zbiór opowiadań dla dzieci, nad którymi pracował – bagatela – kilkanaście lat.


TRZEŹWY ŚWIAT ŚLEPAKA


Mówiono o nich „chłopcy z Żabiej”. W gangsterskim CV taki wpis jest równy doktoratowi honoris causa. Wychowali się i zaprzyjaźnili na podwórku w robotniczej dzielnicy Szczecina. Postanowili, że już nigdy nie będą żyć w biedzie, więc przelewali najtańszy spirytus do butelek z etykietami Royala i pakowali trociny do pudełek Marlboro. Potem przyszli po haracz do powiązanych ze służbami przemytników, którzy właśnie drukowali wizytówki swoich rm. „Podzielisz się albo zaczniesz mieć kłopoty” – mówili każdemu z nich.


Byli jak „Chłopcy z ferajny”, sprytni i solidarni. Stworzyli gang, który przeszedł do historii polskiej przestępczości zorganizowanej. W latach 90. stali się sławni w całej Polsce. Grupą kierował Marek K. ps. Oczko – wytrawny przemytnik, właściciel żółtego ferrari, partner w interesach słynnego Henryka N. ps. Dziad, także przyjaciel Pruszkowa.


Jacek P. ps. Ślepak był w hierarchii zaraz po Oczce. Narwany i pyskaty, zaprzyjaźniony z Andrzejem Z. ps. Słowik z gangu pruszkowskiego, budził strach. Miał na koncie wyrok za ugodzenie człowieka nożem, co w półświatku tylko dodawało mu splendoru.

–  Jacek i Oczko znali się od dziecka i chyba ze względu na tę bliskość Ślepak był w hierarchii gangu zaraz po szefie – opowiada Czarny, wówczas człowiek gangu. – To inteligentny facet, ludzie się z nim liczyli. W tamtych czasach mógł wiele zdziałać i zajść wysoko, ale się stoczył przez alkohol i narkotyki. Nie panował nad sobą, wpadał w furię, był niebezpieczny, choć nie miał zapędów do zabijania. Kiedyś uprowadziliśmy i torturowaliśmy pewnego gościa, niejakiego Koguta: ja ciąłem go nożem, a Jacek okładał po głowie. Wychodziłem wtedy z założenia, że niepokornych i wrogów trzeba zabijać, bo to uchroni nas przed kapusiami i zdradą. Ale Jacek się z tym nie godził. On się do mokrej roboty nie nadawał.


„Chłopcy z Żabiej” wpadli w 1998 roku, dwa lata później usłyszeli surowe wyroki. Jacka P. skazano za rozboje, haracze, porwania dla okupu i hurtowy handel kokainą. Kara łączna – 15 lat.


Opuścił więzienie dwa dni przed Wigilią 2010 roku, dwadzieścia miesięcy przed upływem całej kary. Dziś wydaje się wyższy i lepiej zbudowany niż przed laty, zachowuje się też inaczej niż kiedyś.

– Wreszcie panuję nad sobą, chociaż gębę wciąż mam niewyparzoną, ale z natury jestem impulsywny – przyznaje szczerze. – Staram się zmieniać na lepsze. Nie piję od czterech lat, ani kropli! Powiedziałem kiedyś mojemu ojcu, którego kocham i szanuję: „tato, póki żyjesz, nie tknę tego gówna, daję ci słowo gita”. Ojciec mi uwierzył. Znaleźli się ludzie, którzy pomogli mi stanąć na nogi, dlatego teraz ja pomagam innym.


Zanim opuścił więzienie, był instruktorem w ruchu AA, podobno jednym z najlepszych w kraju. Jest restrykcyjny i odrzuca półśrodki, bo „skoro wymaga od siebie, ma prawo wymagać od innych”. Przemianę z alkoholika w neofitę przechodził pod okiem Leszka Podoleckiego, wiceprezesa świeckiego stowarzyszenia „Bractwo więzienne”, prowadzącego za kratami spotkania Wspólnoty Trzeźwości i Modlitwy Arka.

–  Spotkaliśmy się w Zakładzie Karnym w Nowogardzie na jednym z cyklicznych spotkań naszego bractwa – opowiada Podolecki.

– Na jego widok nogi się pode mną ugięły. Ten facet to ważna postać w kryminale. Patrzyłem na niego z niedowierzaniem, bo tacy rzadko do nas przychodzą.

Tymczasem on miał szczere spojrzenie i podał wszystkim rękę na powitanie. Rozmawialiśmy wtedy o życiu w trzeźwości, które nie polega wyłącznie na odstawieniu alkoholu. Mówiłem, że można nie pić, a nie myśleć trzeźwo. Jacek słuchał i krzesło go parzyło, nie zgadzał się widać z moimi tezami. Jednak przyszedł po raz kolejny. Z czasem na stałe włączył się w ruch AA.

–  Charakterny z niego facet, ma zasady, jak da słowo, to go dotrzyma – mówi o nim Artur Bojanowicz, oficer z Zakładu Karnego w Nowogardzie. – Cieszy się szacunkiem więźniów, jest dla nich autorytetem.


Jacek P. był już grubo po czterdziestce, gdy zrozumiał, że życie przecieka mu przez palce. Właśnie minęło 11 lat z wyroku, kiedy po raz pierwszy wystąpił o przedterminowe warunkowe zwolnienie. „Nie wiem, co musiałby pan zrobić, żebyśmy pana puścili” – usłyszał na wokandzie od prokuratora. Wrócił do celi, wlepił wzrok w sufit. „Nigdy stąd, kurwa, nie wyjdę” – myślał sobie. Sposób na skrócenie kary znalazł jego adwokat.

– Wolontariat w hospicjum, nie wiem tylko, czy dasz radę – powiedział mu przez telefon.

–  A dlaczego nie? – spytał więzień.

– Wiesz, jak jest...W hospicjum wszyscy wymiękają...

–  Spróbuję. Przez dziewięć lat pracowałem w szpitalu dziecięcym, to się napatrzyłem. Byłem ślusarzem w warsztacie ortopedycznym, robiłem aparaty dla pacjentów, lekko nie było.

– W hospicjum masz śmierć.

–  Tam też była. Pamiętam chłopca z rakiem kości, przygotowywałem dla niego odlew na kikuta. Cieszył się, że z aparatem będzie mu lżej, nie wiedział, że umiera, ale ja wiedziałem. Jak wtedy dałem radę, to teraz też dam.


Od tamtej rozmowy minęły dwa lata. Jacek P. odnalazł wśród chorych swoje powołanie. Ktoś mu powiedział, że jest aniołem, że ma wielkie serce i ogromną wrażliwość. Nigdy wcześniej nie słyszał na swój temat choćby jednego dobrego słowa. Ksiądz Eugeniusz Leśniak, dyrektor hospicjum im. Jana Ewangelisty w Szczecinie, bacznie go obserwuje, ale nie ze względu na przeszłość w kryminale.

–  Jacek jest przykładem człowieka, który wpuścił do swego serca Boga, chociaż on sam tego tak nie nazywa. Jeśli ktoś nie ma czystej motywacji, to w takim miejscu jak hospicjum długo nie wytrzyma. Jacek nigdy nie dostawał przepustek „na hospicjum”, lecz dzielił swój krótki czas poza murami pomiędzy dom a chorych. Zdarzyło się, że nie przyszedł na dyżur, bo miał sporo nauki. Wtedy wszyscy o niego pytali, tak bardzo jest lubiany.


Kilka miesięcy temu, po długiej nieobecności w domu, pojawił się w Szczecinie stary przyjaciel Jacka z Żabiej Marek K. ps. Oczko. Dostał przepustkę z więzienia, przyjechał do mamy. Była śmiertelnie chora, często traciła przytomność. Od wielu tygodni czekała na miejsce w hospicjum. Jacek zadzwonił gdzie trzeba i wolne miejsce się znalazło. Starsza pani na moment odzyskała przytomność, po raz pierwszy od dawna miała na twarzy rumieńce. Wyglądała na szczęśliwą, wreszcie miała przy sobie syna, a jego wierny przyjaciel z podwórka spełniał każdą jej prośbę. Starsza pani umarła następnego dnia.

–  Co jest teraz w twoim życiu najważniejsze? – proszę Jacka P. o szczerość.

–  Zrobić maturę i dostać się na studia, na resocjalizację.

–  Po co ci szkoła na stare lata?

–  Uczę się po to, by urzędnicy, od których coś zależy, traktowali mnie poważnie. Na razie jestem dla nich tylko kryminalistą, chociaż już coś mi się udało, bo skończyłem zaocznie szkołę średnią. Kiedy odbierałem świadectwo, to normalnie się popłakałem, takie to były emocje.

–  Co będziesz robił po maturze?

–  Natychmiast złożę papiery na uniwersytet, za kilka lat będę miał magistra i założę dom dla takich jak ja.

–  Byłych gangsterów?

–  Dla ludzi po wyrokach.

Żeby nie pałętali się bez sensu po ulicach. Widziałem kiedyś człowieka, który nie chciał opuścić celi, łudził się, że jeszcze coś mu wyszperają, znajdą stare grzechy, że jeszcze posiedzi. Bał się wolności, bo nie wiedział, co go czeka. U mnie tacy jak on znajdą schronienie na parę nocy, dostaną ciepły obiad, przez pośredniaka pomogę im w znalezieniu pracy. Oczywiście pod warunkiem, że nie będą pić i różne tam...

–  A jak będą cię oszukiwać albo cię okradną?

–  Trzeba mieć trochę wiary w ludzi. Podam im rękę, bo wiem, że warto.

–  Dasz radę żyć uczciwie?

–  Spróbuję. Wyszedłem z więzienia po raz czwarty w życiu. Przesiedziałem cały AWS, całe SLD, pół rządów PiS i spory kawałek PO. Już dość.

Leszek Podolecki wierzy, że mu się uda: – Jacek ma w sobie niewyczerpane pokłady dobrej energii, „zaraża” nią innych, ludzie mu ufają. Wszystko, co robi, jest autentyczne. On nie udaje kogoś innego.

Policjant z CBŚ, który zna Ślepaka ze starych czasów, sceptycznie patrzy na jego metamorfozę:  – Pożyjemy, zobaczymy. Może mu się uda. Cuda czasami się zdarzają.


Autorka: EWA ORNACKA - dziennikarka śledcza związana z tygodnikiem „Wprost”, współautorka serialu i filmu „Alfabet mafi i”, autorka scenariusza do fi lmu „Świadek” w reż. Andrzeja Kostenki o narkotykowym handlarzu ps. Czarny, który złamał zasadę milczenia o poczynaniach mafii.