Mówią na niego Éric „Węgorz” Moussambani. Czarnoskóry mieszkaniec Gwinei Równikowej ma tylko jeden cel w życiu – zdobyć złoty medal w pływaniu stylem klasycznym. W biednym afrykańskim kraju, w którym są tylko dwa małe baseny, na pewno osiągnięcie tego nie będzie łatwe. Dlatego Moussambani trenował w zwykłej rzece. Potem przyszła iskierka nadziei. Decyzją Juana Antonio Samarancha mieszkaniec miasta Malabo otrzymał „dziką kartę” i jako przedstawiciel państw rozwijających się mógł za darmo wziąć udział w Olimpiadzie Sydney 2000. Szykował się dzielnie, ale nie miał trenera i o dyscyplinie, w której miał rywalizować, wiedział niewiele. Nikt mu nawet nie powiedział, że pływa się wyznaczonymi torami, a 50-metrowy basen w Sydney był pierwszym tak dużym basenem, jaki „Węgorz” widział w życiu. To, co działo się podczas igrzysk, przeszło do historii ludzkiego nieszczęścia. Moussambani zbłaźnił się jak nikt przed nim. Pływak nie wiedział nawet kiedy wystartować.

Podobnie jego dwóch rywali – pływaków z Tadżykistanu i Nigerii. Tych dwóch popełniło zresztą falstart, Moussambani zaś wskoczył do basenu – ku radości telewizyjnych komentatorów – z kilku dziesięciosekundowym opóźnieniem. „Stał na słupku i patrzył dookoła niewidzącym wzrokiem. Nie potrafił nawet założyć okularów” – napisały gazety. W końcu popłynął. Mało popłynął – dzielny Éric pruł basen jak krążownik, ale sił starczyło mu tylko na połowę dystansu. Potem bezładnie walił ramionami w wodę i mocno się jej opił, zanim dopłynął do mety. „Ostatnie 15 sekund było dramatyczne” – zwierzał się dziennikarzom. Gwinejczyk uzyskał czas o ponad minutę dłuższy od wyniku rekordzisty, Holendra Pietera van den Hoogenband! Był beznadziejny, ale dostał brawa, zyskał sławę i przydomek „Węgorz”. Podpisał też roczny kontrakt ze Speedo (producentem pływackiego wyposażenia) i jeździł po świecie, reklamując kąpielówki i okulary. Potem wziął się znowu do roboty, bo miał ambicję wystartować w kolejnej Olimpiadzie. Niestety do Aten w roku 2004 nie pojechał – władze Gwinei zagubiły gdzieś jego zdjęcie i Moussambani z powodów formalnych musiał zostać w domu. Drugiej fotki „Węgorz” niestety nie miał na podorędziu.

LEĆ, EDEK, LEĆ!

Cheltenham to średniej wielkości miasto w centralnej części Wielkiej Brytanii. Słynie głównie z trzech rzeczy: kiedyś była tam baza Rajdu Anglii, w okolicy można spotkać rzadką na Wyspach odmianę gołębia (Columba palumbus), no i mieszka tam Eddie Edwards – gwiazdor skoków narciarskich. Rudowłosy tynkarz z wąsikiem i w okularach ze szkłami jak denka od butelek zrobił karierę na skoczni. Oczywiście z przypadku – młody Brytyjczyk wziął się za trenowanie skoków podczas wyjazdu do USA (w Wielkiej Brytanii nie ma żadnej solidnej skoczni narciarskiej). Na początku Eddie wolał zjazd i slalom, ale szybko okazało się, że jego portfel nie wytrzymuje takiego obciążenia. „Orła” nie było stać na wyciągi i drogi ekwipunek narciarski, więc wybrał tańsze skoki. Edwards wygląda niepozornie, ale można go spokojnie porównać do Adama Małysza czy Mattiego Nykäenena, z którym Edwards rywalizował na igrzyskach w Calgary w roku 1988. Kłopot w tym, że ich rywalizacja była czysto formalna. Nykäenen wywalczył wtedy błyskotliwie trzy złote medale, Edwards zaś był najgorszym skoczkiem zawodów. On właściwie nie skakał, ale raczej spadał z progu skoczni, uzyskując odległości średnio o 20–30 metrów krótsze od tych najgorszych. Przy lądowaniu machał rozpaczliwie rękami, żeby utrzymać równowagę, i dlatego kibice przezwali go „Eddie the Eagle” (Edek-orzeł). Nykäenen wrócił z Calgary z medalami, ale sławę zgarnął Edwards. Występował w telewizji i reklamach, jego zabawną postać wykorzystano także w grze komputerowej, a piosenka „Fly Eddie Fly” (leć, Edek, leć) długo utrzymywała się na brytyjskich listach przebojów. Fatalne, choć wyjątkowo zabawne skoki wywołały efekt bumerangu – federacja narciarska zmieniła przepisy i wprowadziła nowy (obecnie stosowany) system kwalifikacji, który uniemożliwia start w zawodach rangi międzynarodowej nowicjuszom bez odpowiedniego doświadczenia. Eddie nie może już skakać, a pewnie mógłby jeszcze niejedno pokazać. Teraz lata dalej.

Podczas treningów w Finlandii Edwards skoczył swoją „życiówkę” i poszybował na astronomiczną odległość 117,5 metra (w swoim czasie był to rekord Wielkiej Brytanii!). Z konieczności „Orzeł” musiał zmienić swoje życie. Wziął się za naukę (studiuje prawo), czeka też z utęsknieniem na komedię, którą na podstawie jego barwnej kariery chce nakręcić telewizja. Scenariusz tego „dzieła” pisze Simon Kelton, niegdyś znany dziennikarz zajmujący się narciarstwem. Producent twierdzi, że film będzie przesycony wyspiarskim humorem i będzie przypominać serię skeczów Latającego Cyrku Monty Pythona. Edwards wierzy, że film odniesie sukces. I bardzo chciałby, żeby w jego roli wystąpił sam Brad Pitt. Aktor chyba jeszcze nie wie, co go czeka. Czy „Orła” można naśladować? Teoretycznie to niemożliwe, ale wydaje się, że skoczek znalazł już następcę. Mowa o Dénesie Pungorze. Węgierski zawodnik ma tylko 20 lat. Po raz pierwszy wystartował w 2004 r., ale w każdym z konkursów, w którym brał udział jako reprezentant klubu SC Kőszeg, „przylatywał” wyłącznie na ostatnich miejscach. Pungor – jak niegdyś Edwards – szybuje na skoczni z lekkością spadającego żelazka.

ZIMA DOTARŁA DO TAJLANDII

 


Prawat Nagvajara jest Tajem. Ma 48 lat i na co dzień urzęduje w profesorskim gabinecie na amerykańskim Drexel University. Po raz pierwszy zobaczył śnieg w swoje 17. urodziny i wtedy postanowił, że zostanie wyczynowcem. Wybrał dziedzinę w Tajlandii ekstrawagancką – narciarstwo biegowe. Pan profesor uparł się do tego stopnia, że dopiął swego – po raz pierwszy wystartował w Salt Lake City w roku 2002. Był pierwszym Tajem, który wziął udział w zimowych igrzyskach, ale do mety 15-kilometrowego maratonu nie dojechał. „Kiedy przychodzi moja kolej, zwycięzcy są już zazwyczaj na mecie. To mnie motywuje do walki” – twierdzi Nagvajara. Na przykład do przejechania trasy w czasie 50 minut. To jest prawdziwe wyzwanie, choć innym pokonanie tego samego odcinka zajmuje tylko pół godziny. Nagvajara przepadł w Salt Lake City. Taj jest jednak uparty i podczas ostatniej Olimpiady w Turynie wyprzedzić się już nie dał. Dojechał wprawdzie ostatni, ale to nieważne, bo w każdym sporcie sprawdza się porzekadło: „zwycięzcy to ci, co dojechali do mety”. Dlaczego nie może pobiec szybciej? Może przeszkadza mu prawie pięć krzyżyków na karku? Zawodnik sam znajduje wytłumaczenie: „Nigdy nie miałem pieniędzy na lepszy sprzęt”. Prawat Nagvajara w Turynie dojechał w końcówce 15-kilometrowego biegu, ale na trasie nie walczył samotnie. Do Włoch wybrali się nie mniej egzotyczni narciarze z Kenii i Kamerunu: Philip Boit – brat olimpijskiego mistrza Mike Boita oraz Isaac Menyoli – biegacz amator, z wykształcenia architekt. Menyoli pobiegł na nartach, żeby zwrócić uwagę świata na kłopoty Kamerunu z AIDS. Narciarz niestety nie znalazł zrozumienia i to nawet we własnym kraju. „Moi przyjaciele twierdzą, że zupełnie zgłupiałem. Mówią, że w Kamerunie wszyscy znają tylko letnie igrzyska olimpijskie. Nikt nawet nie wie, że są olimpiady zimowe, bo u nas nigdy nie ma zimy”. W Turynie walczył też rudy Paul O’Connor – Irlandczyk mieszkający w USA. Jest praktykującym Mormonem, w wolnych chwilach komponuje celtyckie piosenki na gitarę, a do Ameryki przeniósł się, bo chciał zostać... wysokim blondynem. Irlandzki biegacz ma bzika, ale nie ma naśladowców i to wystarczyło, żeby trafił na łamy gazet.

OSZCZEPNIK Z PRZYPADKU


Archipelag Samoa leży daleko od Europy. Trzeba lecieć wiele godzin samolotami, które czasem się spóźniają i – w konsekwencji – sportowcy mogą wpaść w tarapaty. Tak było z kulomiotem Shaka Solą. Sportowiec pomylił samoloty i spóźnił się na kwalifikacje w Helsinkach w 2005 r. Nie było z kim walczyć, więc Sola postanowił wziąć udział w konkursie rzutów oszczepem. Miał mięśnie i warunki, ale oszczepem nigdy wcześniej nie rzucał. Samoański oszczepnik z przypadku uzyskał beznadziejne wyniki. Kiedy zwycięski Rosjanin Siergiej Makarow przekroczył granicę 85 metrów, Sola dorzucał ledwie do połowy takiego dystansu. Fińscy widzowie oszaleli z radości. Sola wiedział, że się zbłaźnił, ale w szaleństwie zachował zimną krew. „Teraz długo będziecie czekać, aż znowu zobaczycie mnie z oszczepem w ręku. No chyba, że przyjedziecie na Samoa, a ja właśnie będę polować na ryby” – przekonywał na konferencji prasowej. Sola dostał brawa, ale to nie on w Helsinkach najbardziej się zbłaźnił. Dużo gorzej wypadł skoczek o tyczce Matti Mononen , który swój występ zamienił w cyrkowy pokaz. Fin był tak stremowany, że kiedy przy skoku odbił się od ziemi, nie mógł za żadne skarby dosięgnąć przeszkody. Na pomoc wezwano Siergieja Bubkę, który zaproponował, żeby na czas próby Mononena obniżyć poprzeczkę o kilkadziesiąt centymetrów. To też nie pomogło – biedny Matti nie mógł oderwać się od ziemi. I pewnie zostałby „pechowcem zawodów”, gdyby nie przypadek Liu Feilanga. Chiński skoczek odbił się przy skoku tak fatalnie, że przy lądowaniu nie trafił na amortyzujące upadek poduchy. Feilang spadł na plastikowy fotel, złamał sobie rękę i zakończył zawody bez punktów. Z powyższych przykładów wynika, że kibice lubią antyprzykłady. Słabi sportowcy też mogą liczyć na brawa, ale braki w wyszkoleniu muszą nadrobić elokwencją lub talentem aktorskim. Wywołują w ten sposób śmiech, który tuszuje potknięcia i pozwala łatwiej wybaczać takie błędy, które innym wytykamy bez taryfy ulgowej. Kibice bywają bezlitośni, ale sport to nie tylko walka, ale także zabawa.

Leszek Belke