Godzina szósta rano. Ze snu wyrywa cię huk wyważanych drzwi, a do mieszkania wpada grupa krzyczących, uzbrojonych po zęby facetów. Jeśli wykonasz choć jeden fałszywy ruch, bądź pewny – będzie bolało. Antyterroryści nie rozczulają się.


Ten marcowy poranek miał być taki jak zwykle. Mąż Małgorzaty Malinowskiej wyszedł do pracy po piątej rano, cichutko zamykając drzwi, aby nie obudzić smacznie śpiącej żony i szesnastoletniej córki. Nic nie wskazywało na to, że za kilkadziesiąt minut ukochane kobiety, które zostawił w domu, przeżyją największy horror w swoim życiu. Łódzkie Śródmieście było ciche i spokojne, na ulicy panowała zupełna pustka.


Królik Dżudżu traci słuch


O szóstej rano Małgorzatę Malinowską obudził hałas za drzwiami. Chwilę później dotarło do niej, że ludzie krzyczący „Policja! Otwierać!” dobijają się do jej mieszkania. Razem z córką wyskoczyły z łóżek. Zdezorientowane zdążyły jeszcze tylko wrzasnąć: „To pomyłka!”. Wtedy drzwi wyleciały z zawiasów, a w przedpokoju, tuż obok klatki z czarnym króliczkiem Dżudżu, eksplodował granat hukowo-błyskowy. Malinowska przez kolejne minuty była jak w transie – ogłuszona hałasem cała się trzęsła, a przerażona córka z płaczem pytała ją co chwila, czy dobrze się czuje, bo kobieta przeszła ostatnio zabieg kardiologiczny. Antyterroryści nie mieli skrupułów. Kazali kobietom kłaść się na podłodze, a sami zaczęli przeszukiwać mieszkanie. Dopiero po kilku minutach otrzymali od swoich szefów informację: weszliśmy nie do tego mieszkania.


Malinowska miała pecha. To jej dom wytypowali policjanci jako ten, w którym może przebywać wyjątkowo groźny bandyta. Antyterroryści musieli wejść brutalnie i z hukiem – podejrzewali, że poszukiwany przestępca ma przy sobie broń. To, co wydarzyło się w Łodzi, było częścią dużej akcji wymierzonej przeciwko grupie zajmującej się handlem narkotykami – w kilku miastach, o tej samej godzinie antyterroryści weszli do kilkunastu domów. Jak dowiedział się magazyn „Śledczy” – akcja musiała być przeprowadzona nagle, dużo wcześniej niż początkowo planowano, bo jeden z członków grupy został zamordowany. Nie było czasu na dalsze operacyjne sprawdzanie adresów i ustalanie szczegółów.Nadrzędnym celem stało się jak najszybsze zatrzymanie wszystkich bandytów. Dopiero podczas akcji okazało się, że przestępca mieszka nie pod numerem 6 (mieszkanie Malinowskich), ale pod 6c. Mimo pomyłki udało się go jeszcze zatrzymać.


Małgorzata Malinowska razem z córką do dziś korzystają z pomocy psychologa. – Wystarczy, że coś stuknie za drzwiami, a ja budzę się przerażona – mówi w rozmowie z magazynem „Śledczym”. Twierdzi, że podczas akcji mogła zginąć. Według jej relacji, jeden z policjantów powiedział potem, że gdyby wyszła na korytarz, mogliby ją zastrzelić. Córce już dwa razy śniła się koszmarna akcja. A ukochany króliczek, którego dostała na trzynaste urodziny, przez dwa miesiące był głuchy jak pień. – Weterynarz powiedział, że i tak powinniśmy się cieszyć, że nie zszedł na zawał – mówi pani Małgorzata, która zażądała ukarania policjantów.


Po koniec czerwca łódzka prokuratura uznała jednak, że choć policjanci rzeczywiście się pomylili, demolując mieszkanie Malinowskich, żadnego przestępstwa się nie dopuścili. – Pomyłka nastąpiła w specyficznych warunkach – wyjaśnia Łukasz Kopania z Prokuratury Okręgowej w Łodzi. – Dokładnie przeanalizowaliśmy całe zdarzenie. Policjanci działali w przekonaniu usprawiedliwonym okolicznościami, że figurant, którego mieli zatrzymać, przebywa właśnie w mieszkaniu pani M. Dlatego omyłkowego wejścia nie można uznać za przekroczenie uprawnień policjantów – dodaje.


Małgorzata Malinowska nie skarżyła się już na decyzję prokuratora o umorzeniu sprawy. Mimo wszystko czuje wielki żal. Głównie o to, że ci „duzi faceci ubrani na czarno, którzy celowali do niej z broni” – jak mówi o antyterrorystach – opuszczając jej dom, nawet nie powiedzieli przepraszam.


Atecy rączek nie całują


– Czy ludzie myślą, że po takiej pomyłce przyjdziemy, grzecznie ustawimy się w szeregu, zdejmiemy kominiarki i kolejno ucałujemy dłoń pani domu, mówiąc „uprzejmie przepraszamy za to, że rozwaliliśmy państwu drzwi”? – ironizuje były antyterrorysta z Pomorza. On sam brał udział w jednej pomyłkowej akcji. – To było wczesne popołudnie. Trzeba było zrobić szybkie zatrzymanie. Mieliśmy numer domu, piętro. Rozwalamy drzwi, wpadamy z hukiem, a tu zamiast bandyty o śniadej cerze widzimy zszokowaną rodzinkę siedzącą przy obiedzie. Z wrażenia łyżki im z rąk powypadały. Okazało się, że właściwa osoba mieszka piętro wyżej – opowiada. Co mogą czuć ludzie, którzy padają ofiarą takiej pomyłki? – Nie chciałbym być w ich skórze. Normalny człowiek po wybuchu granatu flash-bang ma ochotę po prostu zaszyć się w ciemnej szafie. Najtwardsi bandyci podczas ostrego wejścia potrafili się zmoczyć, a co dopiero Bogu ducha winni ludzie – przyznaje policjant. Mimo to antyterroryści zgodnie mówią, że od przepraszania nie są.  – Pomyłki to nie nasza wina. My robimy to, co każe nam zleceniodawca. Czasami do ostatniej chwili nie wiemy, do którego domu wejdziemy. Jeśli zdarzy się pomyłka, do mieszkania wchodzi ekipa, która robi oględziny, spisuje straty i przeprasza – wyjaśnia szef zespołu antyterrorystów z dużego miasta w centralnej Polsce. Jemu przytrafił się kiedyś błąd nietypowy w skutkach. – Facet siedział na łóżku i śmiał się zadowolony. Był szczęśliwy, że taka przygoda go spotkała – wspomina.


Zwykle jednak zaskoczone ofiary pomyłek szczęśliwe nie są. Co więcej – jak w przypadku głośnej sprawy Piotra D., młodego informatyka z Warszawy – skutki brutalnego wejścia mogą odczuwać przez lata. Piotr D. do dziś, idąc ulicą, unika policyjnych patroli.


Dwa lata temu to jego kawalerkę omyłkowo wytypowali białostoccy policjanci jako miejsce pobytu groźnych przestępców. O 6.00 rano mężczyznę zbudziło walenie do drzwi i okrzyki: „Policja! Otwierać!”. Piotr D. otworzył. Potem odwrócił się tyłem do uzbrojonych policjantów – jak potem tłumaczył, chciał wejść w głąb mieszkania. Wtedy antyterroryści powalili go na podłogę, uszkadzając mu przy tym kręgosłup. Jego sprawa była głośna, bo warszawski sąd przyznał poszkodowanemu rację i stwierdził, że policjanci nie mieli prawa być tak brutalni. – Kopnięcie w plecy nie mieści się w zakresie dopuszczalnych prawem środków przymusu – mówiła w uzasadnieniu wyroku sędzia Hanna Jaworska. Policja musiała wypłacić Piotrowi D.  80 tysięcy odszkodowania.


Bo bandyci  są elektryczni


– Nawet jeśli jesteś niewinny, to wykonuj bez szemrania wszystkie polecenia. Inaczej będzie bolało – mówi wprost antyterrorysta z Warszawy. Bo teoretycznie pomyłkowe wejście może zdarzyć się każdemu. Co roku policyjne grupy AT przeprowadzają kilkaset  akcji w całej Polsce. Choć nikt statystyki pomyłek nie prowadzi, można szacować, że każdego roku dochodzi do kilku takich zdarzeń.


Mariusz Sokołowski z Komendy Głównej Policji tłumaczy, że pomyłki niekoniecznie są efektem zaniedbań policjantów. – Ludzie często mówią, że przecież wystarczyło lepiej sprawdzić, dorobić jakąś legendę, podszyć się choćby pod listonosza i upewnić, czy poszukiwany przestępca rzeczywiście jest w danym mieszkaniu. Niestety, bandyci są bardzo „elektryczni”. To znaczy, że każda obca osoba, która nagle pojawi się w ich otoczeniu, może spalić całą akcję, bo oni natychmiast wyczują, że coś się święci. Tym bardziej jeśli przestępca mieszka w małej miejscowości czy na osiedlu, gdzie wszyscy się znają – mówi. Nieraz akcja przygotowywana jest w pośpiechu, często po informacji pochodzącej od informatorów z półświatka. Bywa, że nie ma czasu na sprawdzanie, czy informator mówi prawdę – a zaprzepaścić szansy zatrzymania poszukiwanego bandyty nie można. – Proszę pamiętać, że antyterroryści nie zatrzymują ludzi, do których można grzecznie zapukać i poprosić o wyjście. Oddziały antyterrorystyczne aresztują najgroźniejszych bandytów, bezwględnych, często uzbrojonych – mówi Sokołowski.


Policja, jeśli dysponuje czasem na przygotowanie akcji, ma do dyspozycji nie tylko własne informacje, ale i oficjalne dokumenty, chociażby meldunki czy plany mieszkań. Ale – co wcale nie jest rzadkością – dokumenty nijak się mają do rzeczywistości. Ludzie nie dopełniają obowiązku meldunkowego, a właściciel mieszkania, stawiając dodatkową ścianę, niekoniecznie informuje zarządcę.


Doświadczeni antyterroryści przyznają, że zwykle od razu po wejściu do mieszkania widać, że doszło do pomyłki. – Ci ludzie są szczerze zdziwieni. Tego nie da się udawać – mówi jeden z policjantów. Niewinna i przerażona mina nie jest jednak wystarczającym powodem, by przerwać akcję. W domach, w których przebywają przestępcy, mogą być także bezbronne staruszki czy niemowlęta. – Kiedyś policjanci znaleźli karabin pod materacem dziecięcego łóżeczka – mówi Mariusz Sokołowski.


Niewinny obywatel z pewnością może liczyć na to, że policja pokryje straty materialne spowodowane omyłkowym wejściem, bo od takich wypadków jest ubezpieczona. Jeśli jednak poszkodowany uważa, że należy mu się coś za straty moralne bądź uszczerbek na zdrowiu, musi dociekać swoich praw w sądzie.


Autorka: Katarzyna Świerczyńska - dziennikarka śledcza, reportażystka, specjalizuje się w tematyce społecznej i policyjnej. Publikowała m.in. w „Gazecie wyborczej”, „Dzienniku”. Obecnie związana jest z tygodnikiem „wprost”. Zeszłoroczna laureatka studenckiej nagrody dziennikarskiej Media Tory.