Najbardziej przerażającym aspektem współczesnych aplikacji randkowych nie jest fakt, że zmieniły one sposób poznawania ludzi, tylko to, jaki wpływ mają na ich postrzeganie, traktowanie i naszą empatię względem nich. Bo kiedy relacje zaczynają przypominać połączenie gry mobilnej, sklepu internetowego i algorytmu rekomendacji, coś bardzo dziwnego dzieje się z naszym mózgiem.
Tinder zmienił wszystko
Internetowe randkowanie istniało długo przed Tinderem. Wcześniejsze portale randkowe próbowały jeszcze udawać, że chodzi o kompatybilność charakterów, zainteresowania czy „dopasowanie osobowości”. Ludzie wypełniali długie formularze, opisywali siebie i szukali kogoś, z kim naprawdę mogliby się dogadać. Była to trochę tradycyjna swatka lub agencja matrymonialna, tylko że online i z większym zasięgiem. Zamiast pani w średnim wieku, mieliśmy nasz własny komputer, a zamiast długopisu – klawiaturę. Ta forma dawała już od początku pewien punkt zaczepienia, bazując na informacjach, nie na zdjęciach.
Potem przyszedł Tinder i cały ten proces został sprowadzony do jednego ruchu palca.
Swipe w lewo. Swipe w prawo.
Niby brzmi to banalnie, ale właśnie wtedy relacje zaczęły przechodzić bardzo dziwną transformację. Aplikacje usunęły z randkowania praktycznie całe „tarcie”. Nie trzeba już było podejść do kogoś, ryzykować odrzucenia, czytać mowy ciała ani budować napięcia. Długie formularze? Po co to komu? Postawiono na zdjęcia i pierwsze wrażenie, a także na łatwy mechanizm „pójścia dalej”. Wystarczy sekunda i twarz drugiego człowieka znika z ekranu.

Tinder szybko rozprzestrzenił się po świecie, zmuszając inne aplikacje do działania. Był to dokładnie ten sam mechanizm, który w ostatnich latach obserwowaliśmy z TikTokiem. Krótkie, pionowe formy podbiły nasze serca, więc Instagram, YouTube i inne platformy zapragnęły uszczknąć sobie z tego tortu popularności. Trzeba było nadążyć za trendami. To właśnie działo się w poprzedniej dekadzie z apkami do randkowania. Tylko że w tym przypadku skutkiem nie było bezsensowne skrolowanie i marnowanie czasu, tylko całkowita zmiana sposobu, w jaki reagujemy na innych ludzi.
Aplikacje randkowe zrobiły z ludzi coś pomiędzy profilem społecznościowym a produktem w sklepie internetowym. Przeglądamy innych hurtowo, szybko i często kompletnie bezrefleksyjnie. Zdjęcie, wzrost, dwa zdania bio, decyzja. Następny. Następny. Następny…
Randkowanie zamieniło się w grę
Największy problem zaczął się jednak w chwili, w której randkowanie zaczęło zmieniać się w grę. Ich twórcy przeszli długą drogę do modelu, który można przyrównać do dziwnego połączenia społecznościówki z grą mobilną. Z jednej strony są prywatne wiadomości, powiadomienia i profile, a z drugiej masa animacji, superlajki i mechanizmy nagrody działające praktycznie jak miniaturowe kasyno w telefonie. Niektórzy ludzie nawet nie korzystają już z tych aplikacji po to, żeby naprawdę znaleźć partnera. Korzystają z nich dla dopaminy. Bo to właśnie jej wyzwalanie stymulują podobne funkcje, a nasz mózg bardzo lubi ten stan i chce do niego wracać.
Dopasowanie przestaje oznaczać „poznałem kogoś interesującego”, a zaczyna oznaczać „ktoś mnie chciał”. Ludzie są zwierzętami stadnymi, zależy nam na aprobacie, na poczuciu przynależności i akceptacji. Dlatego siedzimy w tym dalej, biorąc udział zarówno w roli „nagrody”, „niechcianego produktu” i samego gracza. Bo jeśli aplikacja działa jak gra, dostosowujemy się do tego, a to szybko przekłada się na to, jak traktujemy innych. Relacje stają się bardziej transakcyjne, bardziej powierzchowne i dużo mniej empatyczne.

Druga osoba zaczyna pełnić funkcję walidacji, rozrywki albo chwilowego zastrzyku uwagi. A kiedy przestaje dostarczać emocji? Po prostu przesuwamy dalej. To paradoks. Sami przecież odczuwamy emocje, gdy jesteśmy traktowani w ten sposób, ale jednocześnie robimy to innym. Co najgorsze – bezrefleksyjnie i odruchowo, bo właśnie tak zaprojektowano te interfejsy.
Czy bylibyście w stanie zrobić coś takiego na żywo? Zagadać do kogoś w parku, porozmawiać chwilę, a potem… po prostu odsunąć go na bok? Bez słowa wyjaśnienia, ale wciąż z kontaktem wzrokowym? Ja sobie tego nie wyobrażam.
Ghosting naprawdę boli. I to dosłownie
Umówmy się, ghosting jest paskudną praktyką i nikt z nas tego nie ludzi. Jednak samo chamstwo takiego zachowania to tylko jedna strona medalu. Drugą jest to, jak to działa na drugą osobę, zwłaszcza w kontekście relacji romantych lub tych, które w zamyśle właśnie tak miały się rozwinąć. Bo ghosting jest jedną z najbardziej nieludzkich form kończenia relacji. Nie ma rozmowy. Nie ma wyjaśnienia. Nie ma zamknięcia. Jest tylko cisza. A kiedy pojawia się cisza, mózg zaczyna sobie dopowiadać resztę.
Badania pokazują, że dla naszego mózgu społeczne odrzucenie aktywuje bardzo podobne obszary jak ból fizyczny. Takie kończenie znajomości bez słowa sprawia, że ofiara znajduje się w stanie „żałoby bez pogrzebu” – nie może przejść przez proces pożegnania, ponieważ nie otrzymała sygnału kończącego relację. Tymczasem na apkach randkowych to najbardziej optymalna metoda kończenia relacji – jest łatwa, nie wymaga konfrontacji ani emocjonalnego wysiłku wyjaśniania swoich motywów.
Skutki ghostingu są z kolei wielowymiarowe i mogą ostatecznie prowadzić do zaburzeń zdrowia psychicznego. Jasne, to nie dzieje się po pierwszym razie, jednak współcześnie korzysta się na raz z kilku aplikacji randkowych, więc takich przypadków może być bardzo dużo. Tak, jak wspomniałam wcześniej, jeśli nie dostaniemy od drugiej strony żadnych wyjaśnień, wtedy zaczynamy analizować na własną rękę i najczęściej kończy się to źle. Długoterminowo ghosting obniża poczucie własnej wartości i buduje mury nieufności, które utrudniają nawiązywanie przyszłych relacji. Mamy bardzo przykrą tendencję do szukania problemu w sobie, a jak wiadomo, im dłużej grzebiemy, tym zawsze coś znajdziemy.
Najbardziej przykre w tym wszystkim jest to, że tu nie ma jasnego podziału na „tych złych” i „tych dobrych”. Aplikacje randkowe bardzo mocno znormalizowały takie zachowanie. Bo kiedy poznawanie ludzi przypomina przewijanie katalogu, zniknięcie bez słowa zaczyna wydawać się „mniejszym problemem”. Często staje się wręcz naturalne i może dopiero po fakcie przychodzi refleksja, że właśnie potraktowaliśmy kogoś tak samo, jak potraktowano wcześniej nas. To jednak już niczego nie zmienia.
Po każdej stronie ekranu siedzi człowiek tonący w tym samym algorytmie i tak samo pozwalającym, by interfejs zmieniał jego zachowania. Może jestem tu nadmierną optymistką, ale sądzę, że większość użytkowników Tindera i podobnych apek w realnym świecie nigdy nie zachowywałaby się podobnie.
„Odczytano” stało się nową formą lęku
Zanim jednak dojdzie do ghostingu, musimy przebrnąć przez inny mechanizm – „odczytano”. Odkąd funkcja ta trafiła do komunikatorów, rozmowy stały się lepsze, bo od razu wiemy, czy ktoś odczytał naszą wiadomość. Jednak ta mała plakietka lub zwyczajny „ptaszek” ma również swoją ciemną stronę. Kiedy pojawia się „odczytano”, zaczynamy czekać. Mija dziesięć minut. Potem godzina. Potem zaczyna się festiwal nadinterpretacji.
W przypadku zwykłych rozmów z bliskimi nie jest to aż tak dotkliwe, bo może pokrywać się z naszymi informacjami na temat danej osoby. Jeśli wiem, że moja przyjaciółka pracuje od 8 do 16, to kiedy odczyta wiadomość w tych godzinach, nie muszę snuć teorii – jest w pracy. Kiedy moja mama zapomni odpisać, to po prostu wiem, że i tak zwykle nosi telefon dla dekoracji. Jednak z obcymi, których dopiero poznajemy, jest zupełnie inaczej. Nie mamy żadnych odpowiedzi, jedynie martwą ciszę i nadzieję.
Choć brzmi to absurdalnie, nasze mózgi naprawdę bardzo źle reagują na takie mikro-sygnały odrzucenia. Problem polega na tym, że aplikacje komunikacyjne stworzyły coś, czego wcześniej właściwie nie było: permanentną widoczność drugiego człowieka. Widzimy, kiedy ktoś był online, czy przeczytał wiadomość, kiedy odpisuje i kiedy nagle przestaje. Nawet małe „pisze…” potrafi wywołać emocje, jeśli po chwili znika bez odpowiedzi. To powoduje ogromne napięcie psychiczne, szczególnie u osób z lękowym stylem przywiązania. Ludzie zaczynają obsesyjnie interpretować cyfrowe sygnały, jakby były testem relacji.
Tutaj też pojawia się nowe zjawisko: komunikacyjne gry. Niektórzy bowiem specjalnie odpisują później, zostawiają na odczytanym albo ignorują wiadomości mimo bycia online. I najgorsze jest chyba to, że internet zaczął traktować takie zachowania jak „strategię randkową”, a nie zwykłe emocjonalne męczenie drugiego człowieka.
Love bombing wygląda jak bajka. Na początku
Nie zawsze jednak jest tak źle. Czasem trafiamy na osoby, które wydają się wręcz idealne. Ba! Nie boją się okazywać emocji. Wystarczy kilka dni rozmowy, a już mówią o bratnich duszach i nazywają nas kimś wyjątkowym. Brzmi dobrze, prawda? Cóż, czasem tak jest. Czasem można naprawdę trafić na kogoś, z kim zaiskrzy. A (więcej niż) czasem, możemy paść ofiarą kolejnego mechanizmu, tym razem o nazwie „love bombing”.
To bombardowanie miłością nie jest niestety oznaką głębokiego uczucia, tylko formą emocjonalnego osaczania. Aplikacje randkowe idealnie temu sprzyjają, bo nowoczesna komunikacja praktycznie nie ma już przerw. Można pisać cały dzień i całą noc, bez dystansu i bez czasu na ochłonięcie. Właśnie dlatego tak łatwo pomylić intensywność z prawdziwą bliskością.

Podczas gdy ghosting jest formą wycofania empatii, love bombing stanowi jej fałszywą nadwyżkę. Jest to toksyczny wzorzec zachowania, w którym jedna osoba zasypuje drugą nadmiernymi komplementami, prezentami i deklaracjami uczuć na bardzo wczesnym etapie znajomości. W ten sposób sprawca wytwarza w swojej ofierze zależność emocjonalną, a cały ten zalew „miłości” wywołuje euforię podobną czasem do działania narkotyków. W efekcie tracimy czujność i krytycyzm, oddając kontrolę nad relacją w ręce sprawcy.
Wtedy, po takim okresie idealizacji, następuje brutalne ściągnięcie na ziemię. Gdy ofiara jest już zaangażowana, sprawca nagle zmienia dynamikę – staje się chłodny, krytyczny lub stosuje ghosting. Ten nagły spadek poziomu „miłości” wywołuje desperacją chęć powrotu do tej perfekcyjnej fazy i tak zaczyna się cykl uzależnienia od toksycznego partnera. Zostajemy wciągnięci w emocjonalny rollercoaster, który niczym nie przypomina zdrowego związku, jedynie nas niszczy kawałek po kawałku.
Nigdy wcześniej nie mieliśmy tylu opcji. I nigdy nie byliśmy tak zmęczeni randkowaniem
Teoretycznie aplikacje randkowe powinny ułatwiać znalezienie partnera. W praktyce coraz więcej ludzi czuje się nimi kompletnie wypalonych. Winnym tego stanu rzeczy może być paradoks wyboru. Kiedy mamy nieskończony katalog ludzi, nasz mózg przestaje odczuwać satysfakcję z wyboru. Bo zawsze pojawia się myśl: „A może następna osoba byłaby lepsza?”. To prowadzi do bardzo dziwnego zjawiska. Ludzie coraz rzadziej inwestują emocjonalnie w relacje, bo aplikacje stale podsuwają im iluzję, że idealne dopasowanie jest „jeszcze jeden swipe dalej”. Być może dlatego współczesne randkowanie tak często przypomina ciągłe poszukiwanie czegoś lepszego, zamiast budowania czegoś z kimś konkretnym.
Rozwiązaniem tego problemu może być tzw. prioridating – podejście polegające na świadomym ograniczeniu liczby interakcji i skupieniu się na kluczowych wartościach zamiast na powierzchownych „zachciankach”. Niektóre aplikacje próbują zaimplementować u siebie te zasady, ograniczają liczbę dziennych profilów, co ma na celu przywrócenie jakości i empatii w procesie poznawania się. Jednak to tylko drobne zmiany, które nie sięgają zbyt głęboko. Dlaczego?
Prawda jest smutna – algorytmy nie chcą znaleźć ci miłości
Może się to na pozór kłócić z tym, po co aplikacje randkowe zostały stworzone. Jednak rzeczywistość jest taka, że ich celem nie jest stworzenie szczęśliwego związku. Ich celem jest zatrzymanie użytkownika jak najdłużej. Jeśli znajdziemy swoją drugą połówkę, to zrezygnujemy z subskrypcji, odinstalujemy apkę i przestaniemy przynosić firmie zysk. To zaś coś, czego twórcy chcą uniknąć.
Dlatego algorytmy podbijają emocje, manipulują widocznością profili i stale utrzymują użytkownika w stanie: „może jeszcze chwilę poscrolluję”. To dokładnie ten sam mechanizm co na TikToku czy Instagramie. Chodzi o to, byśmy zostali z apką jak najdłużej. A nasze zdrowie psychiczne, miłość? To nasz problem. Brutalne, wiem, ale niestety tak to działa.
Niektóre badania sugerują nawet, że część aplikacji ogranicza widoczność wybranych użytkowników, by zwiększyć ich frustrację i skłonić do wykupienia płatnych funkcji. I jeśli mam być szczera, to właśnie tutaj robi się naprawdę ponuro. Bo okazuje się, że nasze poczucie atrakcyjności, samotność i potrzeba bliskości stały się częścią modelu biznesowego. Jasne, nie pierwszy i nie ostatni raz, jednak to trochę boli, że nawet z miłości i chęci bliskości robi się coś takiego.
AI może być kolejnym etapem
Myśleliście, że to koniec? Zmartwię was – jeszcze nie. Dochodzimy bowiem do chyba najbardziej niepokojącego elementu tej randkowej historii. Bo gdy ludzie zaczęli męczyć się prawdziwymi relacjami i aplikacjami randkowymi, technologia zaproponowała nowe rozwiązanie: partnerów AI.
Towarzysze oparci na sztucznej inteligencji zawsze odpisują, zawsze słuchają i nigdy nie mają gorszego dnia. Nie stawiają granic, nie odrzucają i są dostępni 24/7. Brzmi komfortowo? Trochę za bardzo. W taką relację nie musimy wkładać żadnego wysiłku. Wystarczy zapłacić subskrypcję, by odblokować sobie wszystkie funkcje, a to i tak mniej niż jednorazowe wyjście na obiad na mieście. Daje za to coś, czego brakuje wielu osobom w relacjach na apkach randkowych czy nawet w realnym świecie – bezpieczeństwo.

Tak, to pozorne bezpieczeństwo, ale po ghostingu, braku odpisywania i love bombingu, oddawanie swoich danych korporacjom zdaje się mniej groźne niż zaufanie człowiekowi. AI będzie tym partnerem idealnym, z którym będzie można nawet porozmawiać przez telefon, bo jest wiele stron, które taką funkcję oferują. A fizyczna bliskość? To bardzo przygnębiające, że wiele ludzi jest w stanie z tego zrezygnować, by nie czuć się tak całkiem samotnym. W ten sposób zaczynamy wybierać łatwiejszą drogę, powoli oduczając się czegoś fundamentalnego: relacje z prawdziwymi ludźmi są trudne właśnie dlatego, że inni ludzie mają własne emocje, granice i potrzeby. AI tego nie ma. AI jest lustrem.
Kiedyś rozpiszę się na ten temat więcej, bo obecnie wychodzi sporo interesujących badań związanych z budowaniem „relacji” ze sztuczną inteligencją. Teraz jednak chcę tylko powiedzieć, że nie jestem w stanie nikogo ganić za wybranie takiej prostszej i bezpieczniejszej drogi. Chcę jedynie przestrzec – to tylko pozory. Owszem, AI może czasem pomóc uporządkować myśli, nawet dojść do siebie po rozstaniu, ale nie zastąpi drugiego człowieka. Zamknie was w miękkiej, ciepłej bańce, która powoli będzie dryfować w pustce, dając iluzję bliskości. A samotność nie zniknie, zostanie tylko zagłuszona przez starannie dobrane, sztuczne słowa.
Problemem nie są tylko aplikacje. Problemem jest to, co zaczęły robić z nami
Na koniec wrócę jeszcze do naszego głównego tematu. Najgorsze w tym wszystkim jest chyba to, że większość tych zmian zachodzi bardzo powoli. Nie budzimy się pewnego dnia z myślą: „straciłem empatię przez Tindera”. Fajnie by było mieć aż taką samoświadomość, ale to tak nie działa. Te wszystkie rzeczy dzieją się stopniowo.
Swipe po swipe. Powiadomienie po powiadomieniu. Ghosting po ghostingu.
Nagle okazuje się, że trudniej nam prowadzić trudne rozmowy, łatwiej znikamy bez słowa, boimy się odrzucenia bardziej niż kiedyś, a drugiego człowieka coraz częściej widzimy jak profil, a nie osobę. Technologia nie stworzyła samotności ani problemów w relacjach. Ba! Zapewne większość z tych mechanizmów w tej czy innej formie istniała również w czasach, gdy porozumiewaliśmy się na odległość tylko listownie. Teraz po prostu wszystko to zostało zwielokrotnione. Technologia nas otacza, smartfony są praktycznie przedłużeniem naszych rąk, a mimo to, coraz bardziej oddalamy się od ludzi.
Cyfrowy świat bardzo skutecznie nauczył nas unikać emocjonalnego dyskomfortu, z jakim wiążą się prawdziwe relacje. Bez tego jednak nie istnieje żadna prawdziwa bliskość.
