Postanowił założyć własną wspólnotę. I tak w 1956 r., mając zaledwie 25 lat, powołał do życia Świątynię Ludu Kościoła Pełnej Ewangelii. Był to kościół otwarty dla wszystkich, bez względu na kolor skóry i status społeczny. Jones wraz z żoną zaadoptował piątkę kolorowych dzieci, tworząc model „tęczowej rodziny”. Szybko zyskał popularność i uznanie, a było to siedem lat przed historycznym przemówieniem Martina Luthera Kinga. W 1965 r. stuosobowa wspólnota przeniosła się do Redwood Valley w Kalifornii, a stamtąd do San Francisco, gdzie znacząco poszerzyła swe struktury. O jej pozycji świadczy fakt, że w szczytowym okresie popularności zrzeszała nawet 30 tys. członków, a jej budżet wynosił ponad 15 mln dolarów. Jones cieszył się uznaniem wielu polityków w USA, których sam popierał za pomocą głosów członków Świątyni. O sile jego elektoratu świadczyło to, że gdy ktoś chciał zorganizować demonstrację na ulicach, Jones mógł być na miejscu po kilkunastu minutach z setkami ludzi.

W 1975 r. pomógł George’owi Moscone zwyciężyć rywala w wyborach na stanowisko burmistrza San Francisco. Po tym fakcie ofiarowano mu najpierw miejsce w Komisji Praw Człowieka w tym mieście, a gdy odmówił, uznając funkcję za zbyt niską, został przewodniczącym Urzędu Gospodarki Mieszkaniowej.

Jones zapraszany był m.in. przez ubiegającego się o tytuł wiceprezydenta Waltera Mondale’a na pokład jego samolotu, odwiedzał gubernatora Kalifornii Jerry’ego Browna i innych polityków. Po poparciu udzielonym na wiecu Rosalynn Carter, małżonce prezydenta USA, jadł z nią obiad w Stanford Court Hotel. W jego dossier znajdowały się listy polecające od byłego wiceprezydenta USA Huberta Humphreya oraz ówczesnego ministra zdrowia J. Califano. Nie przypadkiem Jones został uznany przez „Time’a” za jednego ze 100 najbardziej wpływowych przywódców kościoła w Stanach Zjednoczonych.

GURU JEST TYLKO JEDEN

W owym czasie Świątynia Ludu nie była prowincjonalną sektą, jakich pełno w Ameryce. Liczono się z jej przywódcą i zabiegano o jego towarzystwo. Tym samym czujność opinii publicznej została uśpiona. W rzeczywistości Świątynia była typową sektą. Życie we wspólnocie nieustannie kontrolowano. Jej członków poddawano ciągłej inwigilacji i „praniu mózgu”. Za nieposłuszeństwo Jones nakazywał złożenie publicznej samokrytyki, a także wymierzał karę chłosty. Nieposłusznych poddawano nawet torturom. Najwięcej kontrowersji wzbudzał fakt, że dzieci nie miały żadnej taryfy ulgowej. Rażono je prądem karząc za to, że nie uśmiechnęły się w porę na widok wielebnego lub niepoprawnie wymawiały formułkę powitalną na jego cześć („dzień dobry, ojcze, jaka radość widzieć ciebie”). Jones wszystkich bez wyjątku wykorzystywał do niewolniczej pracy.