Co ciekawe, członkowie wspólnoty nie mieli własnych pieniędzy, bo wszystkie zarobki automatycznie przechodziły na rzecz Świątyni. Dopiero z czasem zaczęto wydzielać im kieszonkowe w wysokości pięciu dolarów tygodniowo. Jim Jones dla wyznawców był guru i bezwzględnym autorytetem moralnym. Jego megalomania pogłębiała się jednak z każdym rokiem. Uważał się za Mesjasza i otoczył się dwunastoma uczniami. „Jeśli widzisz we mnie przyjaciela, będę twoim przyjacielem, jeśli widzisz we mnie ojca, będę twoim ojcem, jeśli widzisz we mnie boga, będę twoim bogiem” – lubił powtarzać.

Choć wielebny zakazał seksu pozamałżeńskiego wśród członków Świątyni, nie przeszkadzało mu to regularnie łamać ustanowione przez siebie prawo. Sypiał zarówno z kobietami, jak i mężczyznami, tłumacząc, że robi to tylko dla nich. Dzięki cielesnej bliskości mogli zmysłowo zbliżyć się do boga, twierdził. Z wiekiem zaczęły się u niego wzmagać także lęki przed obcymi. Zawsze byli jacyś „oni”, którzy spiskowali. Paranoję pogłębiały narkotyki, którymi się faszerował, choć nawet sobie wmawiał, że zażywa lekarstwa na uśmierzenie nerwów. Biorąc pod uwagę liczebność grupy, a także zwiększającą się represyjność wobec jej członków było tylko kwestią czasu, kiedy ludzie zaczną uciekać i dzielić się wrażeniami z pobytu. Wszelkie zarzuty wobec Jonesa traktowane były początkowo jako oszczerstwa i próby podważenia budowanego przez lata autorytetu wspólnoty. To dlatego materiał dowodowy zebrany przez dziennikarza Marshalla Kildua czekał na publikację rok. Żadna z gazet nie śmiała rzucić oskarżenia pod adresem wielebnego. 1 sierpnia 1977 roku zdecydował się na to dopiero „New West Magazine”.

Dzięki szerokim kontaktom wielebny Jones wiedział o materiałach Kildu a. Przez kilka miesięcy przygotowywał się więc do opuszczenia Ameryki. Kupił po okazyjnej cenie kawałek
dżungli w Gujanie i tam zamierzał z grupą wyznawców założyć plantację. Nowa osada została zresztą nazwana na jego cześć – Jonestown. Pierwszy tysiąc wyznawców przeniósł się od razu, kolejni mieli dołączać z czasem. Co ciekawe, Jones opuścił San Francisco na sześć godzin przed ukazaniem się kompromitującego tekstu Kildua.

NOWE ŻYCIE, STARE PROBLEMY

W Stanach oczywiście wybuchł skandal. Ludzie szybko zaczęli się odwracać od Jonesa, a jego ucieczka tylko potwierdzała nie do końca czyste sumienie. Kolejny rok spędzony w Gujanie wcale nie poprawił sytuacji grupy. Zamiast rozkwitać wspólnota zaczęła wegetować. Wszystko należało posiać samemu, a karczowana dżungla niechętnie oddawała ziemię, która szybko zarastała. Zaczął się zwyczajny głód i niedostatek. Dostawy z USA trafiały tylko do Jonesa i jego najbliższych ludzi. Wielebny zaczął oskarżać członków Świątyni o nieposłuszeństwo i uleganie prymitywnym instynktom. Z pewnością łatwo było mu to mówić z pełnym żołądkiem. Jones lubował się także w długich przemówieniach. Tradycją stały się tzw. białe noce, w trakcie których zwoływał wszystkich osadników i przemawiał do nich do późnych godzin nocnych.