„To rozwiązanie drogie, stwarzające problemy ekologiczne pod postacią odpadów radioaktywnych i na dodatek narażone na atak terrorystyczny” – tak działacze ekologiczni kwitują projekt budowy elektrowni atomowych w Polsce. Ich zdaniem lepiej postawić na tzw. odnawialne źródła energii, czyli ogniwa słoneczne czy geotermię. Prawda jednak jest taka, że „zielony prąd” zaspokoi, góra, 20 proc. naszego apetytu energetycznego – apetytu, który cały czas rośnie. Jeżeli chcemy uniezależnić się od dostaw ropy czy gazu zza granicy (zwłaszcza wschodniej), a przy tym zmniejszyć emisję gazów cieplarnianych do atmosfery, to mamy jedno wyjście – atom.

Wielu z nas dobrze pamięta katastrofę w Czarnobylu, do której doszło w 1986 r. Opad radioaktywny skaził wówczas pół Europy, a budowa wielu elektrowni atomowych – w tym polskiej w Żarnowcu – została wstrzymana. Jednak od tamtej pory nie doszło do żadnej katastrofy, a współczesne reaktory nuklearne są znacznie bezpieczniejsze. Ba – produkują nawet mniej odpadów radioaktywnych niż „węglówki”!

TRUCIE POD LUPĄ


Uczeni z Oak Ridge National Laboratory wyliczyli, że elektrownia węglowa emituje do atmosfery sto razy więcej materiału radioaktywnego niż elektrownia atomowa o tej samej mocy. To dlatego, że w paliwie powstałym z pradawnych roślin na milion atomów węgla przypada średnio jeden atom uranu i dwa atomy toru. W Polsce wydobywamy i spalamy rocznie 110 mln ton węgla, co oznacza uwolnienie do środowiska około 110 ton uranu i 220 ton radioaktywnego toru.

To znaczy, że gdybyśmy – mając elektrownię atomową – rozpylali część zużytego paliwa nad Polską, a resztę mieszali z piaskiem i składowali na hałdach, to i tak trulibyśmy mniej niż elektrownie węglowe, które jeszcze na dodatek emitują dwutlenek węgla i parę innych paskudnych zanieczyszczeń. Czy powinniśmy jak najszybciej zamknąć wszystkie „węglówki” z obawy przed promieniowaniem? Oczywiście nie. Choć 110 ton uranu rocznie brzmi groźnie, to stężenie tego pierwiastka w popiołach z elektrowni jest mniej więcej takie jak w przeciętnej, całkowicie naturalnej skale. To doskonały przykład na to, jak łatwo jest straszyć liczbami wyrwanymi z kontekstu.

W przypadku reaktora jądrowego odpady radioaktywne są skoncentrowane, a więc łatwiej je „przechwycić” i zabezpieczyć, by nie przedostały się do atmosfery ani wód gruntowych. Warto też pamiętać, że to, co wychodzi z elektrowni atomowych – i co budzi tak wielki strach w społeczeństwie – to raptem jeden procent wszystkich niebezpiecznych substancji produkowanych przez dzisiejszy przemysł. Nad tym, co dzieje się z pozostałymi toksycznymi odpadami, ludzkość aż tak się nie zastanawia – a przecież i ich trzeba się jakoś pozbyć.

IZOTOP DODA CI SKRZYDEŁ


Polska jest dziś atomową białą plamą w Europie. Niemcy mają 17 reaktorów, Czesi 6, Słowacy 5, Ukraińcy i Szwedzi po 12. Tylko Białoruś nie ma własnych elektrowni jądrowych, ale sąsiadująca z nią Rosja – aż 31. Dlaczego? Bo to się opłaca.

Energia atomowa wyzwalana jest podczas rozpadu jąder ciężkich pierwiastków. Proces jest skomplikowany, bo w wyniku różnych reakcji jądrowych uzyskuje się nie lżejszy, lecz cięższy pierwiastek (rozpada się uran, a produktem ubocznym jest pluton). Najważniejsze, że bilans energetyczny tej operacji jest dodatni. Jeden gram (!) uranu jest w stanie wytworzyć 20 megadżuli energii – czyli tyle, ile uzyskujemy ze spalenia 1,5 tony węgla. By zastąpić całe spalane w Polsce przez rok „czarne złoto”, wystarczyłoby 70 ton uranu, wartego ok. 10 mln dolarów. To niewielki wydatek w porównaniu z jakimiś 22 mld zł, które dziś rocznie przeznaczamy na zakup węgla do elektrowni (licząc po i tak korzystnym kursie 200 zł za tonę).

Oczywiście samo porównywanie cen paliwa jest demagogią. Elektrownie węglowe już mamy, natomiast atomowe dopiero trzeba wybudować, a to nie będzie tania impreza. Ta, która ma ruszyć w 2020 r., będzie kosztować ok. 25 mld zł. Ale może nie trzeba płacić aż tyle?

JĄDRÓWKA W KAŻDEJ GMINIE