Autobus pospieszny do Sanoka podjeżdża na stanowisko numer pięć – zaskrzeczał megafon na rzeszowskim dworcu PKS. Kolejka pasażerów ożywiła się, mężczyźni chwycili toboły, kobiety wzięły za ręce dzieci. Po chwili zza dworcowego budynku wytoczyło się niebiesko-białe pudło autobusu o niezwykłych amerykańskich kształtach. Pojazd kursował na tej linii już od dwóch tygodni i za każdym razem budził zachwyt pasażerów przyzwyczajonych do rozklekotanych topornych pojazdów epoki tużpowojennej. Ten autobus był jak ze snu. Wyglądał jak luksusowy turystyczny wagon kolejowy. Silnie przeszklony, z okienkami wzdłuż dachu na całej długości kabiny, pozwalał pasażerom podziwiać piękny bieszczadzki krajobraz”. Tak mogłaby zaczynać się powieść, której akcja toczyłaby się na południowo-wschodnich rubieżach Polski na początku lat 60. XX w. Niestety, futurystyczne autobusy z Sanoka nigdy nie wyjechały na drogi. Choć mało brakowało...

 

Na skrzydłach

Był rok 1955, gdy do Sanockiej Fabryki Wagonów „Sanowag” trafił absolwent Wydziału Architektury Politechniki Krakowskiej. Otrzymał posadę plastyka (dziś pewnie byłby to product design manager), miał odpowiadać za kształt nadwozi autobusów. Nazywał się Zdzisław Beksiński. Ponad sto lat wcześniej, w 1832 r., jego pradziadek Mateusz uruchomił w Sanoku warsztat rzemieślniczy, który z czasem przekształcił się w fabrykę znaną z produkcji autosanów. Teraz potomek założyciela znalazł posadę w państwowym już przedsiębiorstwie.

Młody Beksiński zaczął pracę z przytupem. Miał zaprojektować autobus turystyczny, względnie luksusowy, przeznaczony do poważniejszych zadań. Pod koniec 1957 roku gotowy był prototyp o nazwie SFW-1 „Sanok”. Kiedy patrzy się na jego zdjęcia, w pierwszej chwili trudno zorientować się, gdzie jest przód, a gdzie tył. Autobus miał nietypowo umieszczony silnik – z tyłu, w wystającej części karoserii. Takie rozwiązanie umożliwiło lepszy rozkład ciężaru, ponieważ w autobusach przednia oś podlega większemu obciążeniu niż w samochodach cię- żarowych (a z podwozi tych ostatnich wówczas korzystano). Poza tym, ponieważ silnik napędzał tylne koła, znikała konieczność montowania długich wałów napędowych, które zabierały miejsce i stanowiły źródło drgań.