Dlaczego dawne przepisy pozwalały na ołów?
Problem z rynkiem retro polega na tym, że prawo nigdy wprost nie zakazało stosowania ołowiu w ceramice. W Stanach Zjednoczonych pierwsze ograniczenia pojawiły się dopiero wokół 1971 roku, a rygorystyczne normy wprowadzono w 1992 roku. U nas było podobnie, bo dopiero na przestrzeni lat 70. I 80. XX wieku pojawiły się pierwsze obostrzenia, chociaż to dopiero Unia Europejska i GIS ostatecznie uporały się z ołowiem w naczyniach przeznaczonych do kontaktu z żywnością. Co ciekawe, instytucje kontrolne, takie jak FDA, nie mierzyły całkowitej zawartości ołowiu w talerzu, lecz badały jedynie poziom jego wypłukiwania w kwaśnym roztworze laboratoryjnym na fabrycznie nowym egzemplarzu.
Jak też można się domyślać, testy te zupełnie nie brały pod uwagę też tego, jak naczynie zachowa się po trzydziestu czy pięćdziesięciu latach używania. Mycie w zmywarkach, powstające zarysowania od sztućców, odpryski czy stały kontakt z kwaśnymi potrawami sprawiają, że warstwa ochronna glazury z czasem ulega uszkodzeniu. Teraz temat ten wraca, bo styl retro znów jest na fali, a stara porcelana jest rozchwytywana na pchlich targach i z babcinych kredensów.

Od razu jednak was uspokoję. Jak zauważają eksperci, zjedzenie jednego świątecznego posiłku z tradycyjnego talerza nie zrobi nikomu krzywdy. Prawdziwe zagrożenie stanowi długotrwała, codzienna ekspozycja – na przykład jedzenie śniadań z takiego naczynia każdego poranka przez dekadę. Czyli od święta tak, ale na co dzień raczej nie. Pytanie tylko, skąd mamy wiedzieć, czy akurat nasza zastawa zawiera ołów?
Na które retro naczynia trzeba szczególnie uważać?
Wysokie stężenia ołowiu dotyczą wielu kultowych wzorów i marek, które dawniej były absolutnymi klasykami w milionach domów na całym świecie. Teraz na te marki poluje wiele osób, więc warto mieć to na uwadze.
Niezwykle popularna ceramika typu transferware oraz angielski kamionka– w tym cenione przez kolekcjonerów marki takie jak Johnson Brothers, Masons, Adams czy kultowa seria Christmas Tree marki Spode – wykazują w testach poziomy ołowiu od 40 000 do 70 000 ppm. Z kolei słynny wzór Blue Willow uzyskuje złe wyniki niezależnie od tego, jaki producent go wytworzył. Podobnie rzecz wygląda w przypadku ręcznie malowanej azjatyckiej porcelany eksportowej. Bogate zdobienia w stylach famille rose, Imari czy Satsuma opierają się na emaliach nakładanych na glazurę, które niemal w każdym teście wykazują ogromne stężenia ołowiu. Problem dotyczy także popularnych naczyń z połowy XX wieku. Nawet klasyczna porcelana kostna bywa niebezpieczna na dłuższą metę

W Polsce ołowiu były powszechnie stosowane przez takie zakłady i manufaktury jak Ćmielów, Chodzież, Tułowice czy Wałbrzych, a więc te marki, na które teraz kolekcjonerzy i amatorzy starzyzny tak chętnie polują. Co jednak ciekawe, najwyższe stężenia osiąga jednak szkło kryształowe. W vintage kryształach ołów nie jest powłoką, lecz buduje strukturę samego szkła. Tradycyjny kryształ musiał zawierać co najmniej 24% tlenku ołowiu by uzyskać tę nazwę, stąd popularne kryształowe kieliszki czy karafki z dawnych lat wykazują ponad 33% zawartości tego pierwiastka.
Ogólnie warto mieć na uwadze, gdy widzimy mocno szkliwione, pełne żywych, kolorowych malunków naczynia. Szczególnie czerwień, pomarańcz, żółć i zieleń były kiedyś uzyskiwane dzięki barwnikom na bazie ołowiu i kadmu, więc warto zwracać na nie uwagę.
Nie wszystkie stare naczynia są niebezpieczne
Dlatego właśnie, szukając bezpiecznych naczyń w stylu vintage, których będzie można używać na co dzień, warto stawiać na przedmioty, w których materiał jest jednolity i pozbawiony farb czy dodatkowych powłok. Świetnie sprawdzą się też wyroby ze szkła nieliniowanego, zielonkawe szkło jadeitowe oraz dawne naczynia wykonane z surowej porcelany bez warstwy glazury.

Jeśli jednak w waszej kolekcji znajdują się już piękne, stare naczynia z ołowiem, wcale nie trzeba wyrzucać ich do kosza. Eksperci przypominają, że domowe sposoby (jak gotowanie w occie czy traktowanie wybielaczem) nie usuną problemu, a naczyń nie da się zaimpregnować. Najlepszym rozwiązaniem jest zmiana ich przeznaczenia i uczynienie z nich efektownej dekoracji wnętrza. Stare miski, kubki czy półmiski fantastycznie sprawdzą się jako podstawki pod biżuterię, świeczniki, pojemniki na zapałki, doniczki na sukulenty lub małe osłonki na cięte kwiaty. W ten sposób zachowamy piękno i duszę dawnego rzemiosła, dbając jednocześnie o pełne bezpieczeństwo w naszej codziennej kuchni.
Natomiast, jeśli nie macie pewności, czy ołów faktycznie w tych zastawach się znajduje, to w aptekach lub marketach budowlanych można kupić domowy test kropelkowy na obecność ołowiu, który rozwieje wszelkie wątpliwości.
