– Jadą! – zakomenderował Dydyński. – Na koń!
Usłyszeli go, zanim pojawił się między drzewami. Wysoki kotczy gdański przypominający karocę, z zasłoniętymi firankami, zaprzężony w szóstkę koni, którymi powozili dwaj forysie w kulbakach. Woźniki szły kłusem, pojazd turkotał na kamieniach, przechylał się. Z tyłu kołysało się dwóch pajuków.

Dydyński pozwolił, by pojazd minął ich kryjówkę. A potem uderzył konia łydkami. Cisawy rumak wyskoczył spomiędzy drzew niczym łania. Kozacy pędzili za nim na podjezdkach. Grzmot kopyt   koni ciągnących karocę był tak głośny, że stolnikowic prawie niezauważony dopadł pojazdu, przemknął z lewej strony, wstrzymał wierzchowca, ściągając wodze, odchylając się wstecz,   wciskając kulbakę w koński grzbiet.

– Stój!
– Stawaj! Tfu, trastia tebe mordowała *!

Kozacy już pędzili za nim, osadzali konie – Horyłko z lewej, Matwiej z prawej strony. Wyciągnięty bandolet mierzył w forysia na lewym dyszlowym koniu od karocy. Horyłko wyciągnął pistolet, a  Jacek szablę.

– Zatrzymać się!

Posłuchali bez żadnych kłopotów. Forysie ściągnęli wodze. Cug stanął, kotczy zadygotał, zatrzymał   się w tumanach kurzu.

– Siedzieć na dupie i milczeć! – zagroził Dydyński czeladzi. – Nie do was mamy sprawę.

Kozacy zeskoczyli z kulbak. Horyłka szarpał za drzwiczki, Matwiej przytrzymał oba konie.
Z ciemnego wnętrza wyjrzała czerwona, ogorzała gęba ozdobiona grubym, podkręconym wąsem.

– Co się dzieje? Hanysek, z kurwy synu! Nie kazałem stawać!

Zanim właściciel czarniawego wąsa wygłosił dłuższą tyradę na temat przyszłego i zgoła niewesołego losu nieszczęsnego forysia, oddał pokłon ziemi. Horyłko bowiem pochwycił go za kołnierz od ferezji i jednym ruchem wyciągnął na zewnątrz. Pasażer kotczego runął w piasek drogi jak dąb podcięty siekierą drwala. Wilczy kołpak zsunął mu się ze łba, odsłaniając czarne, nieco przerzedzone włosy, podgolone szlachecką modą nad uszami.

– Nie podchodźcie, braty! – Matwiej pogroził forysiom nabitym bandoletem. – Do koni, już!
Dydyński zdążył zeskoczyć z kulbaki, stał nad szlachcicem z szablą w ręku. Jego oczy zwęziły się w wąskie szparki.

– Panie Jordan! Dysponuj się, waść, na śmierć.
Szlachcic poderwał głowę w gniewie. Zabulgotał coś o matkach wszystkich obecnych. Zapomniał jednak języka w gębie, kiedy zobaczył Dydyńskiego. Podniósł się na kolana, ale fantazja uszła zeń niby powietrze z przekłutego rybiego pęcherza.

– Mości Jacku! – wybełkotał. – Co ty?
– Ot, co ja – odrzekł pan Jacek. A potem dał mu z rozmachu pięścią w gębę. Nie za mocno, ot, żeby poznał w nim pana sytuacji. Jordan przewalił się na bok, krzyknął, zakrztusił się, charczał. – Stawaj do pojedynku, panie bracie. Tu i teraz. Na śmierć.
Jordan gramolił się na kolana nieporadnie. Gębę miał siną, ale nie ze złości. Strach rządził jego zmysłami. Aż żal było patrzeć na tego dojrzałego człowieka dygocącego w piachu, pyle i zasuszonych końskich łajnach.
Dydyński sięgnął do kulbaki po drugą szablę. Wyłuskał ją z pochwy, cisnął przed Jordana z brzękiem.

– Bierz broń i walcz.
– Mospanie dobrodzieju, panie Dydyński! – stęknął szlachcic. – Jak to... Ja wam nie poradzę... Dobrze o tym wiecie.

– Panie Jordan, jesteście w mojej mocy. Mógłbym wam posłać kulę w łeb jak psu albo powiesić. Ale ja Dydyński. Szlachcic, a nie chłop. Nie strzelam z zasłupia, nie uderzam w plecy, nie jestem mordercą. Dlatego proponuję honorowe rozwiązanie. Stawaj do walki, masz przecież szansę. Niewielką po prawdzie, ale zawsze!

Czoło Jordana pokryło się kropelkami potu.
– Kto was wynajął, mości stolnikowicu? – wyjęczał. – Kto chce mej zguby? I za co?
– Za to, że jesteś ostatni z rodu. Spadkobiercy czekają. Są niecierpliwi.
– To zrobił kasztelan przemyski! – wrzasnął rozpaczliwie Jordan. – Marcin Stadnicki... On sam. Mój wróg!
– Pogadacie sobie o tym w piekle.
– Ja waści zapłacę... Więcej niż kasztelan. Poniechaj mnie!
– Panie Jordan. Ja jestem pierwsza szabla województwa. Możesz mnie kupić, ale nie przekupić. Spóźniłeś się na targi. Teraz stawiaj na szali swoje życie.

Jordan załkał, zadygotał. – Darujcie mi, panie stolnikowic! – krzyczał rozpaczliwie. – Nie zabijaj, proszę, błagam...

– Podnieście go! Wciśnijcie szablę w garść.

Horyłka i Matwiej chwycili Jordana pod ramiona, poderwali z ziemi. A potem wypuścili i zarechotali. Dydyński zobaczył, jak na brunatnych szarawarach szlachcica rozlewa się szeroka ciemna plama sięgająca cholewy safianowego buta.

– Miejże wstydliwość, panie Jordan – rzekł z niesmakiem Dydyński. Wypuszczony z łap kozaków szlachcic padł na kolana, skulił się.
– Przez mękę Pana Naszego Jezusa Chrystusa, pomiłuj mnie, panie Jacku – zaszlochał Jordan. – Niewielką chwałę będziesz mieć ze śmierci człowieka, co się nie mógł obronić przed tobą. Nie przybędzie ci od tego fantazji.

– Dałem panu Stadnickiemu słowo, że zginiesz. A słowo Dydyńskiego nie dym! Wstawaj!
– Ach, twoje sławetne słowo, mości stolnikowicu! – zakrzyknął z rozpaczą Jordan. – Czego byś nie zrobił dla sławy i fantazji. Prawdę powiadają, że dla niej poświęciłbyś ojca, poderżnął gardło bratu, a ukochaną oddał w łapy Tatarom.

– Dlatego płacą mi złotem, a nie łajnem.
– Jak długo... – zawył Jordan. – Zobaczymy!
– Podnieście go!
– A tam! Trastia z nim! – warknął Horyłko.

Strzał zabrzmiał jak grom.

Smuga ognia, gorąco uderzające w bok pana Jacka.

Czerep Jordana rozleciał się jak skorupka orzecha. Kula rozłupała czaszkę, wyszła bokiem, zbryzgała ich fontanną posoki. Konie od karocy szarpnęły się, wierzgnęły głową jakby na komendę. Forysie wrzasnęli. Jeden rzucił się do ucieczki, drugi zastygł z otwartymi ustami.

– Z kurwy synu! – zawył Dydyński do Horyłki, który wpatrywał się okrągłymi oczyma w leżące ciało. – Coś ty narobił! Po co?
Kozak milczał, jakby przerażony tym, co uczynił.
A może to palec sam zgiął mu się na spuście?

Dydyński porwał go za kark, potrząsnął. Pistolet wysunął się z dłoni sługi.
Jordan konał, jego trup uderzał nogami, spazmatycznie drgał i dygotał, jakby dusza nie mogła wydostać się z ciała.

Do diabła, to nie tak miało być. Zupełnie nie tak.
Strzał kozaka postawił na głowie cały plan pana Jacka.

Wszak Jordan miał zginąć w pojedynku, a nie zastrzelony jak wściekły pies!
Co teraz?
Właśnie, co teraz?
Zza zakrętu drogi dochodził coraz bliższy łoskot kopyt.
– Panie! Jazda sroga!

Dydyński spostrzegł, jak na leśnym gościńcu pojawia się jabłkowity dzianet, a za nim hajducy w krasnych barwach.
– Starosta! Diabli nadali... Na koń!

Chwycił cugle swego wierzchowca, lecz rumak zarżał, cofnął się, drobiąc kopytami, wyciągając łeb. Dydyński krzyknął, schwycił wodze mocniej, rzucając się za nim. Koń uderzył zadem o koło pojazdu, przysiadł na tylnych nogach. Nim zdołał obrócić się w miejscu, Jacek chwycił się lewą ręką przedniego łęku, podskoczył, wciągnął na kulbakę, przerzucił prawą nogę przez koński grzbiet i usiadł na terlicy z czerwonej skóry.

Hajducy pędzili na niego z wyciągniętymi szablami. Do kroćset – on, stary sanocki wilk, dał się zaskoczyć jak pijany żak w zamtuzie!
Dydyński porwał za szablę, chciał rzucić się naprzeciwko nadciągających, przebić przez ich szeregi, wyrąbać drogę ucieczki.

I wtedy padł strzał. Jacek wrzasnął, czując, jak kula ugodziła jego prawe ramię niczym płonąca żmija. Szabla wypadła mu ze skurczonych palców. I zanim zdołał pomyśleć o dalszej obronie, wrogowie dopadli go przy karocy, zmietli i obalili z siodła na piach, tuż obok trupa Jordana.

* Rus. – Ażeby cię cholera pokręciła!