Barbarzyńcy z dalekiego kraju. Jak chiński cesarz upokorzył Wielką Brytanię

Wczesną jesienią roku 1797 w Pekinie pojawiła się licząca kilkaset osób grupa cudzoziemców, których dziwaczne ubrania i zachowanie budziły szczery ubaw miejscowej ludności. Sami zainteresowani nie widzieli w sobie nic śmiesznego – byli bowiem członkami świty lorda George’a Macartneya, przedstawiciela brytyjskiej korony, wysłanego do Państwa Środka, by objąć stanowisko pierwszego ambasadora Wielkiej Brytanii w tym kraju. Wywodzący się ze szkockiej arystokracji dyplomata, mający za sobą służbę w Rosji, Hiszpanii i Indiach, postrzegał tę misję jako ukoronowanie kariery. Przekraczając bramy Pekinu, nie przypuszczał nawet, że na chińskiej ziemi odniesie największą porażkę swego życia, która po powrocie do ojczyzny uczyni go obiektem niewybrednych żartów rodaków.
Barbarzyńcy z dalekiego kraju. Jak chiński cesarz upokorzył Wielką Brytanię

Początki angielskiej obecności w Azji związane są bezpośrednio z działalnością Kompanii Wschodnioindyjskiej, powstałej w roku 1600 na mocy przywileju wydanego londyńskim kupcom przez królową Elżbietę I. Celem spółki było nawiązanie kontaktów handlowych z, jak to wówczas określano, Indiami Wschodnimi.

Pierwsza angielska ekspedycja morska dotarła do wybrzeży Państwa Środka w roku 1637, kiedy do zarządzanego przez Portugalię chińskiego półwyspu Makau dobiła flotylla dowodzona przez kapitana Johna Weddella. W obliczu niechęci Portugalczyków do handlu z protestantami Anglicy nawiązali kontakty bezpośrednio z chińskimi urzędnikami z Kantonu, od których uzyskali prawo wstępu do miasta i uczestnictwa w jego życiu handlowym. Stałe przedstawicielstwo  Kompanii Wschodnioindyjskiej w  kantońskiej metropolii zostało ustanowione sześćdziesiąt dwa lata później, w roku 1699.

Lekceważenie, jakie przybyszom z Wielkiej Brytanii okazał faworyt Qianlonga, było zaledwie zapowiedzią tego, co miała przynieść przyszłość. Wkrótce po przybyciu lorda do Jeholu dworscy dostojnicy poinformowali go, iż zostanie przyjęty na audiencji 14 września, a następnie przekazali mu szczegóły dotyczące obowiązującego w jej trakcie protokołu. Gdy Macartney je poznał, omal nie dostał apopleksji. Chińczycy wymagali od przedstawiciela Jerzego III wykonania przed Synem Niebios tzw. koutotu, Anglik miał trzykrotnie upaść na kolana przed majestatem Tronu Smoka, za każdym razem uderzając po trzykroć czołem w podłogę. W Chinach był to zupełnie normalny sposób wyrażenia szacunku wobec majestatu władzy, jednak dla ambasadora Wielkiej Brytanii gest ten stanowił nieprawdopodobne poniżenie. Macartney stanowczo odmówił. Nieporuszeni mandaryni, którzy doszli do wniosku, że Anglik nie chce wykonać koutotu z racji niewygodnego ubrania ( kto widział nosić surdut, spodnie i pończochy?), dobrotliwie poinformowali barbarzyńcę (bo nim w ich oczach był angielski lord), że mogą mu pożyczyć na tę okazję chińskie szaty. Rozeźlony ambasador trwał w niezrozumiałym dla gospodarzy uporze, raz za razem podkreślając, że skoro nie bije czołem przed własnym królem, nie uczyni tego tym bardziej przed obcym monarchą. Dla Chińczyków jego upór pozostawał niezrozumiały – oczywiście, że Macartney nie wykonywał koutou przez Jerzym III, przecież władca Wielkiej Brytanii był tylko rządzącym plemieniem dzikusów kacykiem, więc na jego dworze z pewnością nie znano dobrych obyczajów. Teraz jednak wysłannik barbarzyńskiego wodza miał stanąć przez Synem Niebios panującym nad całym zamieszkanym światem!

Zaczęły się żmudne negocjacje. Ambasador w pewnym monecie zaproponował, że uderzy czołem przed cesarzem, o ile jeden z mandarynów zrobi to samo przed portretem angielskiego króla. Propozycję tą odrzucono. W końcu stanęło na tym, że Macartney, stanąwszy przed Tronem Smoka, przyklęknie na modłę europejską na jedno kolano. Kiedy po długich debatach dwór wyraził zgodę na ten kompromis, lord uznał, że jest to wyraz cesarskiego szacunku dla Wielkiej Brytanii, zaś jego upór jasno pokazał Chińczykom, jak potężny jest kraj, który reprezentuje. Wysłannik Londynu nie mógł się bardziej mylić, gdy informacja o odmówieniu przezeń wykonaniu koutou dotarła do Syna Niebios, ten wściekł się i natychmiast wydał oficjalny edykt potępiający arogancję i chamstwo przybyłych doń dzikusów. Jako że poza panem Li i pobierającym u niego lekcji młodym Stauntonem nikt ze świty Macartneya nie znał chińskiego, burza, która przetoczyła się przez Jehol, przeszła obok Anglików niezauważona. Jej konsekwencje miały jednak być poważne.

14 września rano brytyjski ambasador w towarzystwie swego sekretarza i jego syna został przyjęty na audiencji przez cesarza. Przedstawiciela Londynu nieco zdziwiło, że w ozdobnym namiocie, w którym odbywała się cała uroczystość, obecni byli też posłowie kilku małych państw azjatyckich. Wszyscy oni zgodnie bili czołem o podłogę, co w opinii Macartneya świadczyło o ich niskim statusie, zupełnie odmiennym od tego, którym on sam, w swojej opinii, się cieszył. Prawda wyglądała zupełnie inaczej – to kornie korzący się przed Tronem Smoka wysłannicy lokalnych władców cieszyli się faworem Syna Niebios. Na Anglików uczestnicy audiencji spoglądali jak na barbarzyńskich dzikusów.

Kiedy przyszła jego kolej, brytyjski ambasador podszedł do cesarskiego tronu i złożył przed nim szkatułkę z chińskim tłumaczeniem listu króla Jerzego III. Następnie wręczył cesarzowi kilka zegarków i innych podarunków, informując, że najcenniejsze prezenty czekają na władcę w Pekinie. Qianlong, patrząc z kamienną twarzą na Macartneya, zapytał, czy ktoś z jego świty mówi po chińsku. Wtedy wystąpił George Thomas Staunton, który w trakcie długiego rejsu z Europy nauczył się podstaw języka i powiedział kilka zdań. Syn Niebios pochwalił chłopca i odpiąwszy od swojego pasa sakiewkę z nasionami betelu, wręczył mu ją w prezencie. Na tym audiencja się skończyła.

Wkrótce potem do kwater Brytyjczyków zaczęły napływać prezenty w postaci herbaty, jedwabiu i jadeitu. Macartney uznał to za znak cesarskiej przychylności i sukcesu swej misji. Biedak nie wiedział, że poselstwa przybywające na chiński dwór niejako z automatu obdarzano bogatymi podarunkami, które wysłannicy obcych monarchów, wróciwszy w rodzinne strony, mogli sprzedać z zyskiem. Co więcej, lord kompletnie nie rozumiał obowiązujących na Dalekim Wschodzie zasad dyplomacji. Tutejsi monarchowie wysyłali posłów do Pekinu nie po to, by nawiązywać równoprawne stosunki dyplomatyczne z Tronem Smoka, lecz w celu uzyskania  cesarskiej aprobaty dla swych rządów. W tej części świata prawomocnym monarchą był ten, kogo uznawał za takiego chiński cesarz, a uzyskanie przychylnego spojrzenia tegoż wymagało uznania się za jego wasala. I tak właśnie Qianlong zinterpretował brytyjskie poselstwo! W jego oczach Jerzy III, władca żyjącego na najdalszym końcu świata dzikiego plemienia rudowłosych Anglików, przysłał Macartneya do Chin celem zdobycia aprobaty Syna Niebios dla swych rządów, zaś przesłane przezeń prezenty stanowiły nic innego jak daninę zabiegającego o względy seniora wasala! Najlepiej świadczy to tym wiersz, który wkrótce po pamiętnej audiencji chiński monarcha skreślił swoim pędzelkiem:

Daninę złożyła już Portugalia/ Teraz i Anglia oddaje mi hołd/ Chwała i zasługi mych przodków musiały dotrzeć na odległe brzegi/ Choć ich danina jest zwyczajna, serce me przyjmuje ją szczerze/ Osobliwości i sprytne ich urządzenia nie są u mnie w cenie/ Przybysze z daleka przynoszą mi nikłe dary(…)

Przez następne kilka dni Anglicy podejmowani byli w Jeholu na ucztach i przyjęciach, lecz w końcu poinformowano ich, że  mają udać się do Pekinu i tam oczekiwać na cesarza. 21 września Macartney i jego ludzie byli już w chińskiej stolicy, a wkrótce potem zjawił się tam również sam Syn Niebios ze swoim dworem.

Nadeszła wielka chwila Jamesa Dinwiddiego. Uczony zaprosił Qianlonga na pokaz rozłożonych przez siebie przyrządów naukowych. Monarcha rzeczywiście przyszedł rzucił okiem na budowane przez trzydzieści lat planetarium, prześlizgnął się wzrokiem po reszcie sprzętu i … wyszedł po dwóch minutach, nazywając prezentowany mu dorobek zachodniej cywilizacji – zabawkami dobrymi dla dzieci. Dinwiddi poczuł się, jakby ktoś dał mu w twarz. Robiąc dobrą minę do złej gry, kontynuował pokaz przed pozostałymi w sali dostojnikami, ale i na nich prezentowane cuda nie zrobiły żadnego wrażenia. Tylko Heshen uznał, że skupiające światło słoneczne soczewki można wykorzystać praktycznie do… zapalania fajki.

Tymczasem Macartney, wciąż wierzący w rzekomy sukces dyplomatyczny, jaki odniósł w Jeholu, planował już szczegóły negocjacji z Synem Niebios, przekonany, że on i jego ludzie zostaną w Pekinie aż do wiosny. Jakie było jego zdziwienie, gdy 3 października otrzymał napisany na żółtym jedwabiu cesarski list do króla Jerzego III, a cztery dni później jemu i jego ludziom, grzecznie – aż stanowczo, kazano się wynosić. Aby jeszcze bardziej wzmocnić przekaz, do kwater Anglików wysłano służących, którzy nie bacząc na ich mieszkańców, zaczęli wynosić z nich meble!

Do króla barbarzyńców…

Jako że Lew i Hindustan aktualnie znajdowały się w Kantonie, świta Macartneya spędziła następne dwa miesiące, podróżując lądem ku największemu portowi południowych Chin. W trackiej tej wędrówki było dość czasu na to, by Li przetłumaczył swojemu pryncypałowi treść cesarskiego listu. Zapoznanie się z nią było dla ambasadora JKM jak kubeł zimnej wody wylanej na głowę. Qianlong pisał do Jerzego III, co następuję:

(..) poseł twój upraszał naszych ministrów o rozmowę z nami na temat waszego handlu z Chinami, jednakże jego propozycje są niezgodne ze sposobem postępowania naszej dynastii i nie mogą być brane pod uwagę.(…) Cesarstwo posiada wszystko w obfitości, a w jego granicach nie brakuje żadnych towarów. Nie mamy zatem najmniejszej potrzeby sprowadzania żadnych wyrobów spoza naszego kraju (…)Ponieważ jednak wytwarzane przez Niebiańskie Cesarstwo herbata, jedwabie i porcelana stanowią artykuły pierwszej potrzeby dla krajów Europy i dla was, dozwoliliśmy w ramach łaski, aby w Kantonie powstały zagraniczne domy kupieckie, tak byście mogli zaspokajać swoje potrzeby, a kraj wasz cieszył się naszą wspaniałomyślnością (…)

Niewykluczone, o królu, że nie masz świadomości zasad panujących w naszym państwie i wyrażając owe szalone pomysły i nadzieje, nie miałeś zamiaru ich pogwałcać.(…) Jeśli po otrzymaniu niniejszego posłania, które nie pozostawia miejsca na wątpliwości, przychylisz ucha temu, co mówią twoi poddani i dozwolisz swym barbarzyńskim kupcom, by ruszali do Zhejiangu i Tianjinu celem wyjścia tam na brzeg i handlu, nasze Niebiańskie Cesarstwo kierować się będzie  niezwykle jasnymi wytycznymi(…). Nie mów potem, że nie zostałeś w porę ostrzeżony! Słuchaj z pokorą i weź to sobie do serca!

Załamany Macartney z Kantonu pożeglował z powrotem Wielkiej Brytanii. Nieszczęśliwie dlań jego kamerdyner przejawiał ambicje literackie i w trakcie długiej i gorzkiej dla lorda podróży spisał relację z całej eskapady i przygód swego pana na cesarskim dworze. Gdy Lew i Hindustan dobiły w końcu do brzegów Wesołej Anglii, obrotny sługa szybko znalazł wydawcę dla swoich wspomnień. Błyskawicznie stały się one bestsellerem, zaś nieszczęsny Macartney, który w podróż do Chin wyruszał jako bohater narodowy, wróciwszy w ojczyste strony, stał się obiektem powszechnych drwin. Pisano o nim prześmiewcze piosenki, rysowano jego karykatury, a na łamach pewnej gazety pojawił się artykuł, którego autor dowodził, że ambasador JKM doprowadził do poniżenia króla i ojczyzny przez ludzi tak głupich, że nie znają nawet alfabetu.

Najmłodszy członek ekspedycji Macartneya George Thomas Staunton (tu z matką i chińskim służącym)wkrótce miał powrócić na Daleki Wschód by zacząć pracę dla Kompanii Wschodnioindyjskiej jako jeden z jej agentów w Kantonie/Źródło: Wikimedia Commons, domena publiczna

Kanton pozostał jedynym otwartym dla Brytyjczyków portem przez następne cztery dekady. Zmienił to dopiero wybuch I wojny opiumowej w roku 1839, po klęsce zadanej im przez Brytyjczyków Chińczycy zgodzili się pozwolić obcokrajowcom handlować też w czterech innych miastach i przekazali Wielkiej Brytanii niewielką skalistą wysepkę, na której w następnych latach wyrosnąć miała jedna z największych metropolii Dalekiego Wschodu – Hongkong.

Dla młodziutkiego Goerge’a Thomasa Stauntona wyprawa do Chin okazała się doświadczeniem decydującym o reszcie życia, Kilka lat później zatrudnił się w Kompanii Wschodnioindyjskiej. Pracując w faktorii w Kantonie, doskonale opanował język chiński, stając się pierwszym angielskim sinologiem i niekwestionowanym autorytetem w zakresie Państwa Środka. Już jako dojrzały mężczyzna przełożył na angielski i opatrzył komentarzami kodeks karny dynastii Qing.

A co stało się z wartymi fortunę prezentami wysłanymi przez brytyjski rząd cesarzowi Qianlongowi? Gdy w roku 1860, w czasie II wojny opiumowej, wojska angielsko-francuskie wkroczyły do położonego pod Pekinem pałacu letniego, w jego magazynach znaleziono dziesiątki pokrytych kurzem skrzyń. Znajdowało się w nich rozłożone na części planetarium i inne przywiezione przez Macartneya cuda techniki. Całkowicie zapomniane przeleżały w schowku sześćdziesiąt siedem lat, nie budząc niczyjego zainteresowania na cesarskim dworze.

Łukasz CzarneckiŁ
Napisane przez

Łukasz Czarnecki

Historyk, publicysta i pisarz, pasjonat odkrywania tajemnic przeszłości. Absolwent Instytutu Historii UJ, spod jego pióra wyszło ponad 300 artykułów popularnonaukowych które ukazały się m.in.