Wstydliwy sekret elit. Biali niewolnicy Ameryki

Zanim w USA pojawili się Afrykańczycy, Amerykanie budowali potęgę swego kraju na niewolniczej pracy białych kolonistów

Niewolnikami było dwie trzecie emigrantów, którzy w XVII w. i XVIII w. przyjechali do brytyjskich kolonii w Ameryce Północnej. Koszty transportu za Ocean odpracowywali nawet przez 11 lat, harując najczęściej na plantacjach tytoniu. Zazwyczaj traktowano ich równie okrutnie jak czarnych niewolników na polach bawełny w XIX w. I to na białych kolonistach angielscy panowie dopracowali  system wymuszania wzrostu produktywności batem. Tylko w ciągu XVII w. wydajność białych pracowników na plantacjach tytoniu wzrosła – bez wykorzystania maszyn! – o 400 proc.  

 

BIEDNEMU WIATR W OCZY

Pierwsi angielscy koloniści w Ameryce nie pojawili się z własnej woli. Mało kto miał ochotę na ryzykowną podróż „na koniec świata”. W tej sytuacji trzeba było sięgnąć po tych, których można było do takiej podróży zmusić.  Jak piszą Don Jordan i Michael Walsh w książce „White Cargo: The Forgotten History of Britain’s White Slaves in America” (Biały towar: Zapomniana historia brytyjskich białych niewolników Ameryki), w latach 90. XVI w. z inicjatywy Lorda Sędziego Najwyższego Anglii i Walii sir Johna Pophama uchwalono tzw. prawo o biednych. Dzieliło ubogich na takich, którzy nie mogą o siebie zadbać ze względu na wiek lub chorobę, oraz takich, którzy mogą i powinni (czyli całą resztę). Ci ostatni mogli zostać za karę skazani na banicję i wywiezieni do przyszłych angielskich kolonii.

PIERWSZY SEJM ZA OCEANEM

Pierwszym zgromadzeniem ustawodawczym wybranym w Ameryce Północnej był tzw. Dom Mieszczaństwa. Stworzyła go w 1619 r. prywatna firma Virginia Company po to, by poprawić warunki życia w kolonii i zachęcić nowych kolonistów do przyjazdu. Co prawda gubernator mógł zawetować akty prawne przegłosowane przez przedstawicieli kolonistów, ale i tak był to postęp w stosunku do poprzedniej sytuacji (gdy nie mieli oni nic do powiedzenia). W 1624 r. król cofnął prawo do zarządzania kolonią Virginia Company, ale Dom Mieszczaństwa pozostał. W 1776 r. w związku z uzyskaniem przez Stany Zjednoczone niepodległości, przekształcił się w niższą izbę Zgromadzenia Ogólnego, władzy ustawodawczej stanu Wirginia.

Co istotne, Popham był głównym inwestorem w spółce akcyjnej Virginia Company of Plymouth, jednej z dwóch (druga to Virginia Company of London) spółek powstałych w 1606 r. z woli króla Jakuba I Stuarta (1566––1625), których zadaniem był rozwój angielskiego osadnictwa na wschodnim wybrzeżu Ameryki Północnej. Jeszcze w tym samym roku Popham rozpoczął masowe opróżnianie angielskich więzień (wcześniej wysyłkę osadzonych za Ocean prowadzono na mniejszą skalę). Samodzielnie ferował wyroki śmierci, jednocześnie dając skazanym możliwość ocalenia głowy, jeżeli zgodzą się na wyjazd do Ameryki i pracę tam na miejscu. Inni sędziowie poszli za przykładem zwierzchnika. Ich działania zaniepokoiły nawet hiszpańskiego ambasadora w Londynie Don Pedra de Zuniga, który obawiał się, że masowa migracja może zagrozić hiszpańskim interesom w tym regionie. Popham uspokoił go, że zamierza jedynie „pozbyć się złodziei z Anglii”, którzy mieli zostać „utopieni w morzu” (co oczywiście było nieprawdą).

W sierpniu 1607 r. do Ameryki dopłynął pierwszy większy transport skazańców – 120 osób. W sumie do końca XVII w. przetransportowano ok. 5 tys. więźniów, w XVIII w. kolejne 50 tys. (co ciekawe, Wielka Brytania zaczęła wysyłać więźniów do Australii dopiero wówczas, gdy Stany Zjednoczone odzyskały niepodległość, a więc to USA były pierwotną angielską kolonią karną!).

 

SKAZANI NA WIRGINIĘ

Mimo intensywnej działalności wymiaru sprawiedliwości w koloniach ciągle brakowało rąk do pracy. Około 1613 r. John Rolfe (ten sam, który ożenił się ze słynną indiańską księżniczką Pocahontas) wyhodował pierwszą partię amerykańskiego tytoniu, co sprawiło, że i tak duży popyt na pracowników jeszcze wzrósł. W 1614 r. prawnik Virginia Company sir Richard Martin wystąpił przed członkami Izby Gmin i zaapelował, by poczynili większe starania o zwiększenie liczby kolonistów. Zwrócił uwagę, że Anglia już raz straciła szansę na budowę imperium w obu Amerykach, gdy Henryk VII odmówił wsparcia wyprawy Krzysztofa Kolumba. Na korzyść jego prośby działało to, że w Anglii było za dużo ludzi.

 

Kiedy w 1509 r. król Henryk VIII obejmował tron, kraj liczył trzy miliony mieszkańców. Osiemdziesiąt lat później jego córka Elżbieta miała już prawie cztery miliony poddanych. Henryk VIII zamknął klasztory, które pomagały biednym, co jeszcze zwiększyło problem z dużą ilością ubogich, którzy nie mogli znaleźć stabilnego źródła utrzymania. 

W tej sytuacji burmistrz Londynu uznał, że nadarza się świetna okazja do pozbycia się bezdomnych z miasta. 8 sierpnia 1618 r. pewien konstabl zabrał z ulicy trzech chłopców i dziewczynkę oraz oznajmił im, że wyrokiem sądu „za włóczęgostwo” zostali „skazani na Wirginię”. Przez następne sześć miesięcy 108 chłopców i 28 dziewczynek w wieku 8–16 lat dołączyło do nich na podstawie wyroków sądowych. Miasto płaciło Virginia Company pięć funtów (miały siłę nabywczą dzisiejszych 824 funtów, czyli 4400 zł) za każde dziecko wyekspediowane do Ameryki, rzekomo „na praktyki”. Virginia Company świetnie zarabiała na tym procederze. Nie dość, że pobierała zapłatę od władz miasta, to wynajmowała londyńskie dzieci do pracy kolonistom w Wirginii za 20 funtów tytoniu. Co ciekawe, zdarzało się, że takie dzieci miały rodziców, którzy ich szukali, najczęściej bez rezultatu.

 

BEZPŁATNE PRAKTYKI

Kryminaliści i bezdomne dzieci nie zaspokoiły potrzeb kolonii. Tym bardziej że z 300 nieletnich wysłanych do amerykańskich posiadłości Anglii od 1619 r. do 1622 r., w 1624 roku żyło tylko 12 (wysoką śmiertelność po-wodowały choroby, ataki Indian i ciężka praca). Ekspediowanie ludzi do Ameryki nabrało tempa, gdy w 1619 r. skarbnikiem Virginia Company został angielski polityk i biznesmen Edwin Sandys (1561–1629). Wpadł na pomysł, by przyznawać 50 akrów (ok. 20 ha) za każdego nowego osadnika. Z tym, że ziemie otrzymywał ten, kto opłacił podróż kolonisty. W efekcie od 1619 do 1624 roku transportem osób do Wirginii zajęły się 44 osoby albo grupy osób. W zamian za ziemię każda z nich sfinansowała podróż około 100 osadników.

W tym czasie do tej kolonii dotarło ok. 4,5 tys. kolonistów – tyle, ile przez poprzednie 12 lat. Prawie połowa z nich miała status tzw. praktykujących służących (ang. indentured servants) zobowiązanych do od-pracowania kosztów podróży przez 3–11 lat (krótsze okresy dotyczyły wysoko wykwalifikowanych pracowników, czyli zdecydowanej mniejszości). Zatrudniali się zazwyczaj u plantatorów, którzy wyłożyli pieniądze. Dokładny czas trwania „praktyki” zawarty był w umowie, którą służący zawierał ze swoim nowym panem w kolonii. Z 1200 pierwszych „praktykantów” z 1619 r. ponad 800 zmarło w ciągu pierwszego roku z tych samych powodów, które trapiły przybyłe na miejsce dzieci.

Pierwsze zasady obchodzenia się z białymi niewolnikami ustalił tzw. Dom Mieszczaństwa (ang. House of Burgesses) – organ samorządowy stworzony w 1619 r. przez Virginia Company na terytorium przyznanym firmie (reguły dotyczyły także osób pracujących na ziemi należącej do osób prywatnych). Sprawa była pilna, ponieważ służący często uciekali. W latach 30. XVII w. wprowadzono karę 2 dodatkowych dni służby za każdy dzień poza majątkiem swojego pana. W latach 40. kara wzrosła do 5 dni. A w następnej dekadzie w stanie Maryland nawet do 10 dni. W rezultacie biały niewolnik, który uciekł na kilka tygodni w Maryland, musiał odsłużyć nawet 1,5 roku więcej.

Równocześnie ustalono prawo do wymierzania kar cielesnych „praktykantom”, którzy nie wykonywali poleceń swojego pana (do tego służyły pręgierze zainstalowane w każdej miejscowości, choć panowie mogli także wymierzać kary osobiście na plantacjach). Dodatkową sankcją za krnąbrność było przedłużenie okresu służby o dwa lata. O tym, jak traktowano służących w czasie uchwalania pierwszych praw dotyczących białych niewolników, świadczy przypadek „praktykanta” oskarżonego o „lubieżne kontakty z inną służącą”. Sąd sformowany z członków Domu Mieszczaństwa skazał go na zakucie w dyby na cztery dni, przybicie uszu do dyb oraz karę chłosty wymierzaną codziennie. W kolejnych latach uchwalono prawa zakazujące służącym praktykantom zawierania związków małżeńskich bez zgody panów oraz wprowadzono wydłużenie służby o dwa lata w przypadku zajścia przez służącą w ciążę (nawet wówczas, gdy ojcem dziecka był jej pan).

 

600 FUNTÓW TYTONIU I PÓŁ ŁÓŻKA

Surowymi karami szafowano na prawo i lewo, a osoby odpowiedzialne za nadużycia były uniewinniane, ponieważ ławy przysięgłych składały się z innych plantatorów. I tak w październiku 1624 r. niejaka Elisabeth Abbott (jedna z dziewczynek, która zabrana z ulic Londynu w 1618 r., przeżyła pierwszy rok w Wirginii) została zachłostana na śmierć na polecenie swojego pana za opuszczenie miejsca pracy (świadkowie naliczyli pięćset batów). Wiele o podejściu do służących w Wirginii świadczy fakt, że kiedy dziewczynka po wymierzeniu jej kary odczołgała się na sąsiednią farmę, sąsiad zaoferował, że zaprowadzi ją z powrotem do jej pana, by mogła go przeprosić za swoje zachowanie. Plantator odpowiedzialny za zarządzenie kary został postawiony przed sądem i uniewinniony ze względu na „krnąbrność” służącej.

O tym, że służący w angielskich koloniach w Ameryce byli traktowani jak rzeczy, świadczy fakt, że plantatorzy często zapisy-wali ich w spadku obok krów czy sreber rodowych. W testamencie niejakiego Abrahama Moora z Wirginii znalazł się chłopiec, który musiał odpracować trzy lata służby „warte 1200 funtów tytoniu”. Z kolei Elias Edmond w 1664 r. podawał, że do jego majątku należy służąca mająca osiem miesięcy do odpracowania, co zostało wycenione na 600 funtów tytoniu, połowę ceny łóżka, kocyków i zasłon. Co więcej, gdy biali niewolnicy umierali w czasie podróży, zapisywano to jako stratę towaru. Na przykład w 1655 r. płynący do Wirginii statek „Angel”  po burzy wylądował na wyspie Barbados. W raporcie napisano, że wśród ocalonych „dóbr” znalazło się „trzech służących wartych 30 funtów”.

Praktykanci w angielskich posiadłościach w Ameryce byli także przedmiotami transakcji kupna–sprzedaży. W 1626 r. angielski kapitan Thomas Weston odmówił wzięcia na pokład służących i przewiezienia ich z Kanady do Ameryki, ponieważ „tam handluje się nimi jak końmi” (północno-wschodnia część Ameryki Północnej – dzisiaj część Kanady – znajdowała się wtedy pod zarządem Francji). Z kolei pewien holenderski kapitan opowiadał, że widział plantatorów z Wirginii, którzy grali w karty, używając jako waluty swoich praktykantów. Zszokowany miał im powiedzieć, że „nawet Turkowie nie traktowali tak swoich rodaków”. Co ważne, traktowanie służących w Wirginii radykalnie odbiegało od tego, w jaki sposób obchodzono się z nimi w Anglii. Na Wyspach kontrakty zawierano na rok i nie było możliwości wymuszenia ich przedłużenia. Służących traktowano też jak członków rodziny, a nie jak rzeczy. Oczywiście w XVII w. w Anglii zdarzało się, że wymierzano im chłostę, ale panom nie udałoby się tak łatwo jak w Wirginii wykręcić od konsekwencji za zachłostanie służącego na śmierć.

WSTYDLIWY SEKRET ELIT

1786 r. – dziesięć lat po ogłoszeniu Deklaracji Niepodległości przez USA – Thomas Jefferson pisał, że całkowita liczba przestępców wysłanych do amerykańskich kolonii była śladowa, w sumie nie więcej niż dwa tysiące osób, z których – jego zdaniem – większość toczyły różne choroby i nie mieli większych szans na założenie rodzin. Więźniów wraz z potomkami miało być nie więcej niż cztery tysiące, czyli mniej więcej jedna tysięczna wszystkich mieszkańców. Tak naprawdę w momencie uchwalania Deklaracji Niepodległości wysyłano rocznie do Ameryki około tysiąca brytyjskich skazańców, głównie do stanów Wirginia i Maryland. W sumie więźniów i ich potomków w USA żyło dziesięciokrotnie więcej, niż szacował Jefferson (czyli ok. 40 tys.). Problem polega na tym, że wiele najstarszych i najbogatszych amerykańskich rodów pochodzi właśnie z Wirginii i byłoby dla nich mało komfortowe odnalezienie wśród swoich przodków pospolitych przestępców.

KONIEC RZEŹNI

Na początku XVII w. większość służących w angielskich koloniach w Ameryce nie dożywała końca kontraktu. W 1619 r. na terytorium należącym do Virginia Company mieszkało 900 kolonistów. W ciągu kolejnych trzech lat dołączyło do nich 3570 mężczyzn, kobiet i dzieci, w sumie dawało do 4470 osób. W 1623 r. żyło zaledwie 900 spośród nich. Uwzględniając 347 kolonistów zabitych przez Indian, pozostaje około trzech tysięcy niewyjaśnionych zgonów. Te dane sprawiły, że król Jakub I powołał komisję śledczą. Jej przewodniczącym został „człowiek z zewnątrz” Nathaniel Butler, gubernator Bermudów. Jego zdaniem za sytuację w kolonii, którą nazwał „rzeźnią”, odpowiadały władze Virginia Company. Król Jakub I wycofał firmie zezwolenie na zarządzanie kolonią i władza wróciła do Londynu.

Jednak sytuacja praktykantów uległa tylko niewielkiej poprawie. Do końca  XVII w. do brytyjskich kolonii w Ameryce przyjechało 200 tys. osób. Zdecydowana większość z nich była „praktykującymi służącymi”. Po 1624 r. produktywność pracownika plantacji tytoniu wzrosła o 400 proc. –  z 400 funtów do 1900 funtów tytoniu rocznie pod koniec XVII w. Jednak nie wynikało to z wprowadzenia nowych metod uprawy albo sprzętu (w 1660 r. na plantacjach w Wirginii było 7 tys. pracowników i 150 pługów). Wszystko wskazuje na to, że wzrost produktywności wynikał z brutalnego wymuszania wydajności batem. Jedna czwarta z 5 tys. osób, które przyjechały do Ameryki w latach 1670–1680, zmarła przed końcem służby!

Co prawda 1300 otrzymało od pracodawców ziemię, kiedy odpracowali koszty swojego transportu, ale aż 900 od razu ją sprzedało, często dlatego, że nie mieli pieniędzy na zapłacenie za obmiar. Pracując za darmo, nie udało im się zaoszczędzić kapitału na przyszłość. Zmarły w 2013 r. amerykański historyk Edmund S. Morgan twierdził, że to właśnie na białych „praktykujących służących” dopracowano metody przemysłowego niewolnictwa, których w XIX w. doświadczyli czarni Afroamerykanie na plantacjach bawełny na południu USA.

Warto sprawdzić

Wczytuję wpisy...