
Zjawisko, o którym mowa, powtarza się mniej więcej co jedenaście lat, stanowiąc kluczowy element słonecznego cyklu aktywności. Tym razem proces ten, choć przewidywalny, okazał się wyjątkowo kapryśny i oporny na proste zamknięcie. Obserwacje prowadzone od dziesięcioleci pozwalają nam lepiej zrozumieć ten magnetyczny spektakl, choć wciąż pozostawia on przed naukowcami wiele pytań bez odpowiedzi.
Zamiast płynnej transformacji naukowcy zaobserwowali serię niespodziewanych wahań
Odwrócenie polarności pola magnetycznego Słońca to złożony taniec sił, który daleki jest od prostego przełącznika. Pole to, rozciągające się miliardy kilometrów w przestrzeń międzyplanetarną, tworzy rozległą, ale niezwykle rozrzedzoną strukturę zwaną warstwą prądu heliosferycznego. Gęstość prądu w tej warstwie jest tak minimalna, że trudno ją porównać z czymkolwiek na Ziemi. Sam proces przebiega etapami. Pola przy biegunach najpierw tracą na sile, następnie ich sygnał staje się niespokojny i zaczyna oscylować wokół zera, by w końcu odrodzić się z przeciwnym znakiem.

Obserwatorium Słoneczne Wilcox w Stanford śledzi te zmiany od 1976 roku i właśnie zarejestrowało piąte takie wydarzenie. Dane pokazują, że transformacja, której początki sięgają końca 2023 roku, zakończyła się dopiero niedawno. Szczególnie oporny okazał się biegun południowy, który do 2025 roku wykazywał niepokojące wahania, utrudniając naukowcom jednoznaczne stwierdzenie, kiedy nowa konfiguracja tak naprawdę się ustabilizowała. To pokazuje, że model stopniowego wygaszania i odradzania, choć ogólnie prawdziwy, w praktyce bywa znacznie bardziej skomplikowany.
Plamy słoneczne są kluczowym wskaźnikiem aktywności
Odwracanie się biegunów jest nierozerwalnie związane z 11-letnim tańcem plam słonecznych. Te ciemniejsze, chłodniejsze obszary na powierzchni Słońca to miejsca, gdzie silne pola magnetyczne przebijają się przez fotosferę. Moment największej liczby plam, czyli maksimum słoneczne, zazwyczaj zbiega się w czasie z zamianą biegunów miejscami. Co ciekawe, naukowcy potrafią dostrzec oznaki nadchodzącego cyklu jeszcze zanim obecny dobiegnie końca.
Na wyższych szerokościach heliograficznych mogą pojawić się regiony magnetyczne o odwróconej już polaryzacji, należące do przyszłego cyklu. Dzięki takim badaniom, jak te prowadzone przez dr Rachel Howe, wiemy, że ślady aktywności związanej z przyszłym Cyklem Słonecznym 26 były widoczne jeszcze przed tym, jak Cykl 25 osiągnął swój szczyt w październiku 2024 roku.

To właśnie retrospektywne określenie tego szczytu jest kluczowe – dopiero po kilku miesiącach analizy danych można stwierdzić z całą pewnością, kiedy aktywność była najwyższa. To w tym okresie najczęściej dochodzi do odwrócenia polaryzacji, po czym cały proces zaczyna zmierzać ku kolejnemu minimum, by za około jedenaście lat powtórzyć się z przeciwnym kierunkiem zamiany biegunów.
Faza spadkowej aktywności Słońca nie oznacza braku zagrożeń
Z punktu widzenia naszej technologicznej cywilizacji zakończenie okresu maksymalnej aktywności to generalnie dobra wiadomość. Operatorzy satelitów, sieci energetycznych i systemów nawigacyjnych mogą odetchnąć nieco łatwiej, ponieważ ryzyko związane z intensywną pogodą kosmiczną maleje. Warto jednak zachować czujność.
Nawet w fazie schyłkowej cyklu Słońce jest w stanie produkować silne rozbłyski klasy X czy masywne wyrzuty koronalnej masy, które mogą uszkadzać elektronikę na orbitach okołoziemskich, zakłócać komunikację radiową lub wywoływać spektakularne zorze polarne widoczne daleko od biegunów.

Monitorowanie stanu pola magnetycznego Słońca pozostaje zatem kluczowym elementem prognozowania tzw. pogody kosmicznej. Za jedenaście lat cały spektakl rozpocznie się od nowa. Ten pozornie chaotyczny, a jednak regularny rytm trwa od miliardów lat i będzie definiował relację Słońca z jego planetarną rodziną przez kolejne miliardy. Dla nas oznacza to konieczność ciągłego uczenia się i adaptacji, bo choć Słońce wchodzi w spokojniejszą fazę, jego kaprysy nigdy nie będą całkowicie przewidywalne.