Nie lubią określenia „mercenaries”, czyli najemnicy, bo laikom kojarzy się jak najgorzej - z pozbawionymi sumienia facetami, gotowymi zabijać za pieniądze wypłacane przez bananowych dyktatorów i finansowych magnatów. A to już przeszłość. Wolą być nazywani żołnierzami, agentami bądź operatorami prywatnych armii - służą w mundurach, ich pracę niejednokrotnie finansują demokratyczne rządy, a jedyne, co ich odróżnia od wojskowych regularnej armii, to to, że... społeczeństwo po nich nie płacze.

Kiedy w jakimś zapalnym zakątku świata ginie żołnierz, podnosi się wrzawa - media atakują rząd, a politycy są zmuszeni tłumaczyć się z tej tragedii, obiecując poprawę bezpieczeństwa armii. Kiedy ginie pracownik PMC (Private Military Company, czyli prywatna firma wyspecjalizowana w ochronie ludzi i mienia w krajach podwyższonego ryzyka), opłakuje go tylko rodzina. Jeśli w ogóle denat ją miał - często do takich korporacji trafiają mężczyźni skłóceni z życiem, uznający dwie wartości: męską przygodę i spore pieniądze.


Czytaj więcej: 


 

Media rzadko donoszą o śmierci współczesnych najemników (bo mimo wszystko są nimi) - dostali to, o co sami się prosili. Rzecz w tym, że znakomita większość pracowników firm w rodzaju Academi (następczyni najsłynniejszej prywatnej armii świata, czyli Blackwater) czy DynCorp International wywodzi się z regularnych armii, najczęściej z elitarnych jednostek. Komandosi z takich formacji jak amerykańska Delta Force, brytyjski SAS czy nawet nasz GROM nie muszą się z reguły martwić o pracę po odejściu ze służby. Prywatne armie poszukują takich jak oni, szczególnie jeśli mają za sobą pracę na misjach.

Rządom istnienie takich korporacji jest bardzo na rękę - po co wysyłać poborowych tam, gdzie można wysłać najemników? Dlatego niemal od początku konfliktu w Iraku, a potem w Afganistanie, obecni są tam agenci PMC - amerykański Departament Stanu łoży na ich utrzymanie gigantyczne sumy, wiedząc, że to doskonale rozwiązanie nie tylko z politycznego punktu widzenia. Najemnicy są po prostu bardziej doświadczeni i często lepiej wyszkoleni niż żołnierze. A poza tym, jak coś się stanie, to o odszkodowanie martwi się firma, a nie rząd. W 2006 roku w Iraku pracowało kilkadziesiąt tysięcy agentów PMC (według niektórych szacunków nawet do 100 tysięcy) - trudno powiedzieć, ilu z nich nosiło uniformy Blackwater.

Jeśli do kraju objętego działaniami wojennymi przyjeżdża wysoki przedstawiciel administracji amerykańskiej albo ONZ, z reguły nad jego bezpieczeństwem czuwają właśnie agenci prywatnej firmy. Wykonują także najniebezpieczniejsze zadania. Jak napisał jeden z autorów branżowego amerykańskiego magazynu „Soldier of fortune” (czyli Najemnik): „niektóre wielkie firmy ochroniarskie oferują wysłanie swoich jednostek o liczebności brygad, złożonych z byłych wojskowych i policjantów, na misje pokojowe. Są gotowe wykonywać zadania, których często nie podejmują się armie rządowe”.

To już nie są awanturnicy w stylu Boba Denarda, obalający niemal na własną rękę rządy egzotycznych watażków, ale pracownicy firm, działający na mocy międzynarodowych regulacji prawnych.

Gdyby nie wpadki, ich działalność byłaby niemal zupełnie ignorowana przez opinię publiczną. Niestety, od czasu do czasu zdarza się coś, co stawia pod znakiem zapytania zasadność istnienia takich organizacji. A także potwierdza tezę, że najemnik, choćby nie wiadomo jak szczytnym celom służył, zawsze będzie tylko najemnikiem - dobrze płatną maszynką do zabijania (agenci zarabiają nawet do 600 dolarów dziennie).