Wciąż pozostaje Agentem 007, lecz miał już sześć twarzy. Nie-możliwa do zapomnienia liczba to numer licencji na zabijanie i jednocześnie szpiegowski kryptonim. Tylko od przełożonych zależy, kogo pod nim ukryją. Filmowym szefem Bonda jest M, rzeczywistym –  producenci  i widzowie, których marzenia musi zaspokajać. By więc pozostać tym, kim chciałby być każdy mężczyzna i w którego ramio-na chciałaby się rzucić każda kobieta, Bond co pewien czas musi zmienić oblicze. 

DŻENTELMEN Z  UNIESIONĄ BRWIĄ

Pierwsze dał mu Sean Connery – rosły Szkot o sylwetce, której zawdzięczał trzecie miejsce w konkursie Mister Universum. To on stworzył wzorzec superagenta obowiązujący w ogólnym zarysie do dziś. Jego Bond był ikoną męskości lat 60. XX wieku, czyli wysokim brunetem o zabójczym spojrzeniu spod gęstych czarnych brwi. W zależności od okoliczności prezentował nienaganne maniery brytyjskiego dżentelmena albo brutalną siłę łagodzoną lub wzmacnianą sarkastycznym poczuciem humoru.

Connery wcielił się w rolę superagenta pięć razy i producenci uznali, że trzeba go zastąpić kimś jeszcze bardziej męskim. Wypatrzyli najlepiej wówczas opłacanego modela, Australijczyka George’a Lazenby.  Przystojniak bez aktorskiego doświadczenia starał się jak mógł; na planie filmowym tak się poświęcał, że złamał rękę. Też był postawnym brunetem i twardzielem, jednak publice nie przypadł do gustu. Zabrakło mu tego, co w apogeum zimnej wojny liczyło się najbardziej – emanującej z Connery’ego pewności siebie. Szkot musiał zatem wrócić. Po raz szósty i ostatni. Bo zmieniły się czasy, a wraz z nimi oczekiwania widzów wobec idola.

Świat wkraczał w epokę hippisów, pacyfistów, luzaków. Konserwatywny do bólu Bond już nie pasował do niego. Przybrał więc twarz Rogera Moore’a. Aktora o nienagannej aparycji, lecz z dużym dystansem do siebie i odtwarzanej roli. Nieustannie puszczał oko do widzów, dając im do zrozumienia, że wszystko co robi, to tylko zabawa. Momentami grał na pograniczu parodii, czego zresztą nie ukrywał, oświadczając w jednym z wywiadów: „moja metoda aktorska jest prosta, podnoszę lewą brew, potem prawą”. Krytycy wybrzydzali, jednak Moore podobał się widzom i wystąpił w rekordowej liczbie filmów z superagentem: aż w siedmiu!

BOND ZA KIEROWNICĄ (LISTA NIEPEŁNA)

Samochody 007 to nie tylko środki transportu, lecz także broń. Początkowo Bond korzystał z  Sunbeama Alpine i  – tak jak w po-wieściach Iana Fleminga – Bentley’a. Ze względów patriotyczno-reklamowych agent Jej Królewskiej Mości preferował marki angielskie. W  1964 r.  przesiadł się do kolejnego rodzimego produktu – Astona Martina DB5, któremu pozostał wierny w  pięciu filmach. Za kierownicą tego modelu zasiadali wszyscy Bondowie, z wyjątkiem Rogera Moore’a. Daniel Craig w  2006 r. („Casino Royal”) zrobił to już głównie ze względu na tradycję. Okazji do zareklamowania się za pośrednictwem kultowego filmu nie przeoczyli konkurenci z  zagranicznych firm samochodowych. W „Żyje się tylko dwa razy” (1967) Bond poprowadził Toyotę 2000GT. Amerykańskie Fordy (Galaxie, Mustang, Mondeo) Chevrolet Impala i  Lincoln  Continental Mark VII po-jawiły się epizodycznie. Znacznie dłuższy był flirt Bonda z  BMW. Największe wrażenie robił Z3 – można go było prowadzić zdalnie, za pośrednictwem telefonu komórkowego. W  2002 r. Bond wrócił do Aston Martina, wyposażonego przez Q w system aktywnego kamuflażu, który czynił model Vanquish niewidzialnym.

 

MARTINI I  PIWO

Pod koniec lat 80. świat spoważniał. Zrewoltowana, hippisowska młodzież dorosła, zapomniała o buncie i wzięła się za zarabianie pieniędzy; Ronald Reagan wykańczał komunizm, który stanowił tło dla wielu przedsięwzięć Agenta 007. Bond także przybrał więc bardziej dystyngowane oblicze – szekspirowskiego aktora Timothy Daltona. Nie na długo, bo jednak bohatera, który w pojedynkę nieustannie ratuje świat przed totalną zagładą, nie można było brać aż tak serio. Po dwóch epizodach przygoda Daltona skończyła się i nastała najdłuższa w bondowskiej historii przerwa.

Trwała sześć lat, w czasie których kino akcji przeszło rewolucję. Gdy w 1962 r. kręcono pierwszego Bonda, efekty specjalne kosztowały fortunę; kilka wybuchów i pościgów samochodowych pochłonęło 10–15 proc. budżetu filmu. Dzięki technice cyfrowej dużo bardziej widowiskowe sceny nie tylko realizowano taniej, ale na ekran można było przenosić wszystko, co zrodziło się w wyobraźni scenarzystów – nawet przeskakiwanie z motocykla do samolotu. Widownia oczekiwała takich tricków i dostała, czego chciała. Wymogom dynamicznego kina akcji, w którym ważniejsze są efekciarskie popisy niż aktorstwo, sprostał Bond o twarzy Pierce’a Brosnana.

Irlandczyk o podobnej posturze, lecz delikatniejszej urodzie niż Szkot Connery przeniósł z czarującym uśmiechem agenta Jej Królewskiej Mości w XXI wiek. Ale po czterech naszpikowanych niewiarygodnymi wyczynami filmach też musiał ustąpić miejsca Bondowi nowej generacji. Bo wiele gadżetów, którymi on i poprzednicy imponowali widzom, niepostrzeżenie stało się przedmiotami powszechnego użytku. 007 musiał więc ponownie stać się bardziej człowiekiem niż postacią z komiksu. To zadanie powierzono Danielowi Craigowi, który przełamał kilka bondowskich stereotypów.

Pija nie tylko martini z wódką, lecz również piwo; podporządkowuje się kampanii antynikotynowej i nie pali papierosów jak Connery ani cygar jak Moore; przebiera się z szytych na miarę garniturów i smokingów w pospolite sportowe kurtki. Jest także najniższym z wszystkich Bondów – tylko 178 cm (żaden z poprzedników nie miał mniej niż 187), pierwszym Bondem blondynem, i raczej nie oczarowuje urodą.

Mimo początkowych wątpliwości, coraz częściej właśnie jego uznaje się jednak za najlepszego odtwórcę tej roli. Bo nie działa jak automat, nie ukrywa emocji, potrafi  zachować się w sposób nieprzewidywalny, gdyż walczy nie tylko z czarnymi charakterami, lecz również z mrokami własnej duszy.

ZABÓJCZY KAPELUSZ

Bond nie stałby się bohaterem masowej wyobraźni, gdyby nie cuda techniki, które każdy chciałby mieć, ale miał tylko on. W pierwszym, nakręconym w 1962 r. filmie „Doktor No” było ich jeszcze niewiele, a takie urządzenia jak wykrywający promieniowanie radioaktywne przenośny licznik Geigera nie wywierały przesadnego wrażenia.

Rok później w „Pozdrowieniach z Rosji” Bond otrzymał już walizeczkę kryjącą cały arsenał: składany karabin snajperski, zapas amunicji, nóż, pojemnik z gazem paraliżującym. Drobiazgiem wzbudzającym wówczas zazdrość, a dziś co najwyżej pobłażliwy uśmiech, był pager, za którego pomocą centrala przekazywała mu polecenia niezależnie od miejsca, w jakim się znajdował. W epoce telefonów stacjonarnych był to nie lada luksus. 

Przełom, od którego zaczęła się prawdziwa bondowska gadżetomania, przyniósł zrealizowany w 1964 r. „Goldfinger”. Agent Jej Królewskiej Mości otrzymał w tym filmie godny siebie samochód – sportowego Astona Martina DB5 z radarem, GPS-em,  karabinami maszynowymi ukrytymi za reflektorami, mechanizmem zmieniającym tablice rejestracyjne i urządzeniem rozlewającym na drodze olej, żeby ścigający go złoczyńcy wpadali w poślizg. Nieźle wyposażeni zostali także przeciwnicy 007; szczególną uwagę przyciągał kapelusz z metalowym rondem, którym chiński ochroniarz tytułowego Goldfingera rzucał tak sprawnie, że odcinał nim głowy.

W te niezwykłości wyposażał Bonda pracujący dla brytyjskiego wywiadu lekko zwariowany, dobrotliwy naukowiec o kryptonimie Q. Chociaż pokazywał się na ekranie średnio przez dwie minuty w każdym filmie, stał się jedną z najbardziej lubianych postaci. Niestety, grający go aż siedemnaście razy Desmond Llewelyn zginął w wypadku samochodowym. Odtąd Q w niemal każdym filmie miał już inne oblicze, nawet tak kpiarskie jak Johna Cleese‘a, gwiazdy „Latającego Cyrku Monthy Pytona”.

 

ROLEX TO ZA MAŁO

W „Operacji Piorun” z 1965 r. Bond pojawił się z gadżetem, o jakim marzyli duzi i mali chłopcy – odrzutowym plecakiem umożliwiającym natychmiastową ewakuację z niebezpiecznego miejsca. Domorośli majsterkowicze i zawodowcy z wielkich koncernów natychmiast wzięli się za budowanie takiego cudeńka. Okazało się wykonalne, lecz niepraktyczne, gdyż zużywało ogromne ilości paliwa i parzyło w tylną część ciała.

W realnym świecie doskonale sprawdziły się natomiast aparaty do robienia zdjęć pod wodą i skanery linii papilarnych. Natomiast do powszechnego użytku nie weszły: uniwersalny otwieracz sejfów, strzelający papieros i „wygrywająca moneta”, która – wytwarzając pole magnetyczne – zatrzymywała bębny automatu do gier w takiej pozycji, jaką obstawił gracz. W 1974 r. z duetu producentów Bonda od-szedł mający węża w kieszeni Kanadyjczyk Harry Saltzman i działający odtąd na własną rękę Albert Broccoli mógł puścić wodze fantazji. Na ręku Rogera Moore’a  pojawił się luksusowy rolex, który nie tylko mierzył czas, ale w razie potrzeby służył jako piła i wykrywacz podsłuchów, a także zmieniał... tor lotu kuli karabinowej.

Mimo tylu walorów szwajcarski chronometr przegrał rywalizację z japońskim Seiko. Jakościowo mu nie ustępował, jednak filmy są tak kosztowne, że stosuje się w nich na szeroką skalę product placement (lokowanie produktu). Opowieści o Bondzie nie są bowiem dziełem dysponujących nieograniczonymi środkami gigantów z Hollywoodu, lecz angielskiej wytwórni EON. Wieść gminna niesie, że dzięki tej formie reklamy samochodów, telefonów komórkowych, laptopów, garniturów itp. EON na każdym odcinku cyklu zarabia do 100 mln dolarów.

Seiko nie cieszyło się sukcesem  zbyt długo, gdyż Bond Pierce’a Brosnana i Daniela Craiga przerzucił się na markę Omega Seamaster.

Jeszcze większe wrażenie niż magiczny zegarek zrobił samochód, do którego Roger Moore przesiadł się w 1977 r. w filmie „Szpieg, który mnie kochał”. Lotus Esprit obok tradycyjnego wyposażenia w postaci ukrytych wyrzutni rakietowych i innych śmiercionośnych gadżetów posiadał mechanizm, który zmieniał go w… uzbrojoną łódź podwodną.

Jednak nawet to nie wystarczało, gdy na horyzoncie pojawił się nowy, niezwykle groźny konkurent – „Gwiezdne wojny”. Kinowa publiczność zapałała do nich tak gorącymi uczuciami, że Bond musiał znaleźć odpowiedź na sukces kosmicznej sagi. I znalazł.

W „Moonrakerze” Bond Moore przeniósł się w przestrzeń kosmiczną, gdzie stoczył zwycięską walkę z szaleńcem planującym zagładę całej ludzkości. W tym i kolejnych filmach, superagent korzystał z coraz bardziej wymyślnych gadżetów, które jednak szybko przestawały być fikcją. Lasery, skutery wodne, miniaparaty fotograficzne w pierścionku, zdalnie sterowane roboty wywoływały na premierze „ochy i achy”, a kilka lat później na nikim nie robiły wrażenia.

Q wyposażył więc Bonda Brosnana w okulary, po których założeniu 007 mógł przenikać wzrokiem przez ściany i – co bardziej ekscytujące  – przez kreacje pięknych kobiet. Dał mu BMW sterowane zdalnie za pomocą telefonu komórkowego. I wreszcie coś naprawdę niezwykłego – niewidzialny samochód.  Nowy model Aston Martina znikał dzięki systemowi kamer i diod, które rejestrowały obraz zza samochodu i jednocześnie wyświetlały przed nim.

Rozpalający męską wyobraźnię pomysł z wszystkowidzącymi okularami wydawał się bajkowy, lecz dziś to już rzeczywistość. Bo gdyby nie protesty, na lotniskach od paru lat stałyby skanery „dogłębnie” prześwietlające pasażerów. Koncerny samochodowe testują samojezdne samochody, a armia amerykańska – aktywny kamuflaż, który czyni wojskowe wozy niewidzialnymi.

Technika w takim tempie goniła fikcję, że Bond musiał intrygować widza czymś więcej niż gadżetami. Dlatego z herosa łamiącego prawa fizyki i biologii znów stał się człowiekiem. Takim, jakim stworzył go w swych powieściach Ian Fleming – niepokonanym, lecz niewolnym od słabości.

BOND Z LICENCJĄ NA ZABIJANIE

Agent 007 – jak obliczyli „bondolodzy” – zlikwidował po-nad 260 złoczyńców. Najbardziej efektywnie z licencji na zabijanie korzystał Brosnan – 76 ofiar; Moore i Connery zamknęli bilans 51 trupami.

Z reguły na drodze Bonda stawali szaleni bohaterowie pojedynczych filmów, którzy wszelkimi sposobami starali się przejąć władzę nad światem. Wyjątek stanowił Ernst Stavro Blofeld, szef wszechpotężnej organizacji „Widmo”, z którym Bond zmagał się aż przez osiem odcinków. Blofeld był nie tylko nie-uchwytny, ale – tak jak 007 – zmieniał twarz. Z czasem przybrał oblicze takich aktorskich gwiazd jak Telly Savalas, Max von Sydow i  Donald Pleasence. Blofeld został zabity przez Jamesa Bonda  w 1981 r. w filmie „Tylko dla twoich oczu”.

 

GADŻETY DO PRZYTULANIA

Największą słabością wszystkich Bondów były piękne kobiety. Przez ekran przewinęło się ich ponad  sześćdziesiąt i – jak obliczyli skrupulatni „bondolodzy” – osiemnaście po-szło do łóżka z Moore’em, piętnaście z  Connerym, dziewięć z Brosnanem. Nawet George Lazenby okazał się niezłym casanową, bo chociaż zagrał tylko w jednym filmie, „zaliczył” aż trzy piękności.

Pierwszą dziewczyną Bonda została Szwajcarka Ursula Andress. Gdy w skąpym bikini wynurzyła się z fal oceanu, męska część widowni zadrżała z emocji. Była ideałem Wenus lat 60, smukła, jasnowłosa, seksowna i – o czym śnił niejeden niewydarzony macho – uległa. Twórcy filmu obdarzyli ją takimi cechami, by stanowiła ozdobę dla słodkiego brutala, jakim był  007 w wydaniu Connery’ego, i ucztę dla oka widza. Czyli jeszcze jeden, już nie mechaniczny, lecz żywy gadżet.

Od jej następczyń wymagano tego samego. Dlatego podczas castingów nie szukano wybitnych aktorek, lecz kobiet o nieprzeciętnej urodzie. Tanya Roberts z „Zabójczego widoku” debiutowała na… okładce „Playboya”; Lana Wood trafiła na okładkę dzięki roli w „Diamenty są wieczne”; Corinne Clery zaczęła karierę od występów w filmach erotycznych. W niczym to nie przeszkadzało, bo nie liczyły się zawodowe dokonania, lecz wygląd. Dziewczyna Bonda miała być kociakiem do przytulania, którego można klepnąć w tyłek (Connery), spoliczkować (Moore) i zaciągnąć do łóżka (wszyscy).

Z powodu takiego traktowania kobiet filmu nienawidziły feministki, które nazywały Bonda wzorcową „męską, szowinistyczną świnią”. Scenarzyści odpowiedzieli, wprowadzając na ekran lesbijkę o wdzięcznym imieniu Pussy Galore, co można przetłumaczyć grzecznie jako „Duża kicia”. Mało tego, mimo odmiennej orientacji seksualnej kazali jej ulec magicznej sile Bonda i wylądować w jego łóżku. Oskarżenia o seksizm można było zbywać wzruszeniem ramion, dopóki w realnym świecie obowiązywał patriarchalny model relacji męsko-damskich. Ale rewolucja obyczajowa końca lat 60. tak go nadkruszyła, że podążając za duchem czasów, dziewczyny Bonda zaczęły się zmieniać. Z potulnych kociaków przeobrażały się w niebezpieczne wojowniczki.

BOND NAJLEPIEJ OPŁACONY

Najwyższe honorarium za występ w jednym filmie otrzymał Pierce Brosnan. W 2002 r. zainkasował 16,5 mln dolarów za rolę w „Śmierć nadejdzie jutro”. Na drugim miejscu uplasował się Daniel Craig, któremu „Skyfall” przyniósł 12,5 mln dol. Brosnan prowadzi także w rankingu najlepiej opłaconych Bondów. W sumie za cztery odcinki przygód superagenta otrzymał 41 mln dol. Roger Moore za siedem – tylko 24 mln; Daniel Craig, który pojawił się dotąd na ekranie trzykrotnie – 23 mln. Awansuje jednak na pozycję lidera, gdyż podobno za rolę w „Spectre” wynegocjował aż 49 milionów!

 

WENUS Z  NOŻEM

Zwiastunem przemian była agentka KGB Anya Amasova (w tej roli Barbara Bach), która oprócz ładnej buzi i zgrabnych nóg miała także rozum i potrafiła się mścić.  W „Szpiegu, który mnie kochał” stanowiła równorzędną przeciwniczkę i partnerkę Agenta 007. To także był przełom, gdyż  poprzedniczki na zawsze pozostawały jedynie dziewczynami Bonda.  Spod tej reguły – czy klątwy – zdołała się wyłamać tylko Jane Seymour, która dwadzieścia lat po kinowym debiucie w „Żyj i pozwól umrzeć” podbiła serca telewidzów jako serialowa „Doktor Quinn”.

W „Moonrakerze” z 1978 r. dziewczyna Bonda legitymowała się już tytułem doktora astrofizyki i nie ustępowała mu ani odwagą, ani umiejętnościami. Im bardziej niezależne, pewne siebie i niebezpieczne stawały się dziewczyny Bonda, tym częściej w ich rolach obsadzano aktorki z prawdziwego zdarzenia. Złowrogą Elektrą King została w filmie „Świat to za mało”  francuska gwiazda Sophie Marceau. Po niej na ekranie pojawiła się laureatka Oscara Halle Berry, która mocnym akcentem przypieczętowała zmianę pozycji kobiet na liście bondowskich gadżetów. Tak jak 40 lat wcześniej Ursula Andress, też wynurzyła się w bikini z morza, ale z… pokaźnym nożem za pasem. Ciemnoskórą piękność wybrał osobiście Pierce Brosnan, który jako pierwszy Bond zastrzegł sobie w kontrakcie prawo wpływu na obsadę kobiecych ról. Dzięki temu do międzynarodowego teamu dziewczyn Bonda dołączyła pierwsza Polka – Izabella Scorupco.

SEKSISTOWSKI RELIKT

Emancypacja z każdym  lmem nabierała tempa, no i stało się! W 1995 r. szefem Bonda, czyli M, została kobieta. Tak samo jak w realnym świecie, gdzie trzy lata wcześniej funkcję dyrektora brytyjskiego kontrwywiadu MI5 po raz pierwszy w historii objęła dama  – Stella Rimington. Filmowa M, grana przez Judi Dench, miała słabość do swe-go najlepszego agenta, ale potrafiła mu też powiedzieć, że jest „seksistowskim dinozaurem i reliktem zimnej wojny”. Jeszcze bardziej cięty język miała Vesper Lynd – grana przez Evę Green urzędniczka ministerstwa finansów, która w „Casino Royale” bezlitośnie kpiła z tego, co wcześniej stanowiło znaki firmowe Bonda: luksusowych zegarków, szpanerskich garniturów, dziwacznych drinków. Gdy chciał za nią wejść do windy, kazała mu jechać następną, bo „w tej nie zmieści się jego rozdęte ego”. Daniel Craig w wywiadzie dla „Playboya” powiedział pół żartem, pół serio, że dziś częściej rozbiera się on niż jego partnerki.  Niewiele przesadził,  bo jak dotąd żadna z dziewczyn Bonda nie pokazała biustu, a on wielokrotnie prezentował swój dobrze umięśniony tors. Pół wieku temu konserwatyści zarzucali bondowskim filmom propago-wanie niemoralności, seksu bez zobowiązań. Dziś bardziej uzasadnione wydają się podejrzenia o szerzenie ideologii gender, gdyż  kobiety stają się coraz silniejsze i męskie, a Bond łagodniejszy i słabszy. Jego dziewczyny wciąż muszą być piękne, ale już niekoniecznie bardzo młode. We wchodzącym na ekrany pod koniec roku epizodzie pt. „Spectre”  partnerką Daniela Craiga będzie 50-letnia Monica Bellucci. „Idąc na przesłuchania myślałam, że otrzymam propozycję zagrania M” – opowiadała dziennikarzom. Włoska gwiazda nie zostanie jednak szefową Bonda, lecz jego dojrzałą kochanką. To kolejna, zgodna z duchem czasów, rewolucyjna zmiana. Co po niej? Liczby nie mają płci, więc nic nie stoi na przeszkodzie, by następny agent 007 przedstawiał się słowami „Nazywam się Bond. Anna Bond”.