Brakuje gwintów pod mocowania na gravelu? Ten drobiazg może zmienić pakowanie sprzętu na trasę

Pakowanie roweru na dłuższą trasę bywa jak układanie klocków: wszystko niby da się zmieścić, tylko zawsze brakuje jednego punktu mocowania dokładnie tam, gdzie najbardziej by się przydał. Problem wraca zwłaszcza na gravelach, małych ramach, starszych konstrukcjach i pełnym zawieszeniu, czyli wszędzie tam, gdzie fabrycznych gwintów na koszyk jest mało albo są w średnio wygodnych miejscach.
...
fot. HydroMount

Właśnie w tę lukę celuje nowy adapter Tailfin HydroMount: pozwala przypiąć koszyk lub małą klatkę transportową do rury ramy bez wiercenia i bez prowadzenia śrub przez karbon czy aluminium. W praktyce, dodajesz sobie mocowanie tam, gdzie go nie było, i robisz to w kilka chwil.

Dodatkowy koszyk bez wiertarki: dlaczego to w ogóle ma sens

W rowerach na co dzień dwa koszyki często wystarczą. Ale gdy w grę wchodzi bikepacking, upał, długie odcinki bez sklepów albo po prostu mała rama, nagle zaczyna się polowanie na każdy centymetr wolnej rury. Wtedy koszyk na bidon zamienia się w uchwyt na narzędzia, kuchenkę, zapasową butelkę, czasem nawet bidon termiczny i robi się tłoczno.

Na rynku są już różne paskowe obejścia, ale wiele z nich wygląda i zachowuje się jak prowizorka z taśm – potrafią się przekręcać, pracować na nierównościach, a przy brudzie pod paskiem ryzyko przetarcia lakieru rośnie. HydroMount próbuje podejść do tematu bardziej jak do części roweru, a nie jak do awaryjnej obejmy.

fot. HydroMount

Kluczowy detal jest banalny, ale istotny: adapter trzyma standard 64 mm rozstawu śrub, czyli ten sam, na którym opiera się większość klasycznych koszyków i sporo akcesoriów typu małe cargo-cage. To oznacza, że nie kupujesz systemu tylko do tego jednego koszyka, tylko dokładasz uniwersalny punkt montażu.

Jak to działa i co tu jest sprytniejsze niż wygląda?

Serce rozwiązania to forma z miękką, gumową warstwą (TPE) dopasowującą się do różnych profili rur oraz układ pasków, które dociskają całość do ramy. Producent podkreśla, że to rozwinięcie jego wcześniejszej technologii mocowań paskowych, tylko w niższym profilu i z naciskiem na stabilność przy obciążeniu.

Występują dwa warianty: podstawowy z dwoma paskami i wersja z trzema paskami. Różnica nie jest kosmetyczna, bo przekłada się na dopuszczalne obciążenie: do 1 kg przy dwóch paskach i do 1,5 kg przy trzech. Brzmi jak drobiazg, ale przy gravelowych wstrząsach i skakaniu bidonu na nierównej nawierzchni ta rezerwa potrafi robić robotę.

fot. HydroMount

Jest też mały, praktyczny smaczek: zestaw ma cztery komplety śrub M5 o różnych długościach (z narzędziem do sprawdzenia długości), a same śruby mają zabezpieczenie przed dobiciem – tak, żeby nie kusiło nadmierne dokręcanie i żeby nic nie próbowało pracować w kierunku ramy. Do tego dochodzą gwintowane inserty w samym adapterze, co ma poprawiać trwałość przy wielokrotnym przekładaniu koszyków.

Gdzie to montować, a gdzie lepiej odpuścić?

Tu warto czytać drobny druk, bo to nie jest obejma gdziekolwiek i jak leci. Najbezpieczniejsze miejsca to klasycznie górna rura, dolna rura i rura podsiodłowa. Za to producent wyraźnie odradza montaż na sztywnych widelcach szosowo-gravelowych, a także na tylnych widełkach, głównie przez bliskość kół i ryzyko, że pasek znajdzie się w złym miejscu.

Zakres średnic rur jest szeroki (około 22–90 mm), więc obejmuje większość ram, a nawet niektóre miejsca nieoczywiste – jak spód lemondki/TT-aero barów, jeśli ktoś kombinuje z dodatkową wodą w triathlonowym stylu.

fot. HydroMount

Jednocześnie pojawia się typowa prawda o paskach: czystość = spokój. Miękka warstwa i paski są projektowane tak, by nie rysować ramy, ale piach pod paskiem dalej jest piachem. Jeśli ktoś ma świeżo położony lakier albo po prostu lubi święty spokój, taśma ochronna na ramę nadal bywa najlepszym ubezpieczeniem.

Cena, przeliczenie na złotówki i czy to może stać się nowym standardem?

Cennik jest zaskakująco przyziemny jak na markę, która zwykle celuje w segment premium: 28 USD, czyli około 100 zł za wariant z dwoma paskami i 35 USD, co daje około 129 ł za wariant z trzema paskami. Do tego dochodzi jeszcze wątek spokoju ducha: pięcioletnia gwarancja oraz program wymiany powypadkowej z 30% rabatem. To sygnał, że producent traktuje ten drobiazg jak element sprzętu na lata, a nie jednorazowy gadżet na sezon.

fot. HydroMount

HydroMount nie rozwiązuje problemu braku gwintów – on go omija, jakby mówił: ramy i tak nie będą idealne dla wszystkich, więc wygra modularność. I to jest trend, który w gravelu widać coraz mocniej: mniej świętych zasad o tym, gdzie ma być bidon, a więcej elastycznego dopasowania do trasy, pogody i stylu jazdy.

Jeśli taki adapter trzyma się stabilnie i faktycznie nie pracuje na rurze, to nagle staje się czymś, co wrzucasz do torby narzędziowej jak zapasową dętkę: nie dlatego, że używasz zawsze, tylko dlatego, że czasem ratuje plan. Zwłaszcza na wyprawach, gdzie jeden dodatkowy litr wody jest różnicą między komfortem a nerwowym wypatrywaniem stacji.

A jednocześnie to taki produkt, który uczy odpowiedzialności: limity masy są jasne, miejsca montażu też. Kto spróbuje zrobić z tego punkt do wożenia ciężkiego ładunku na nierównym szutrze, szybko przypomni sobie, że paski mają swoje prawa. Ale do wody, narzędzi i lekkich klatek, dokładnie tego typu rozsądna, mała rzecz potrafi najbardziej poprawić logistykę na rowerze.