Ten bratobójczy ogień zmienił wojsko raz na zawsze. Pięć przykładów historycznych friendly fire

W podręcznikach, raportach i filmach wojennych najczęściej widzimy starcia z przeciwnikiem, który ma inne mundury i inną flagę. Tymczasem praktyka frontu od dziesięcioleci pokazuje bardziej brutalną prawdę – fakt, że część ofiar każdej dużej wojny to żołnierze omyłkowo zabici nie przez “tych złych”, a “tych dobrych”, bo przez własną stronę. Mówimy tutaj o sytuacjach, które dla oddziału i całego sztabu dowodzenia są nie tylko traumą, ale też potężnym impulsem do zmian.
...

Dziś siły zbrojne całego świata wydają miliardy na środki identyfikacji swój obcy (identification friend or foe, IFF), systemy dowodzenia czy dekonflikcję przestrzeni, ale większość tych rozwiązań powstała dopiero po serii głośnych tragedii z bratobójczym ogniem (friendly fire) w roli głównej. Nie przydarzyło się to szczególnie często konkretnym armiom, a po prostu było częścią wszystkich działań wojennych wraz z postępem technologii. Im bowiem dalej znajduje się przeciwnik, tym takie pomyłki zaczęły występować częściej.

Operacja Husky 1943, kiedy aliancka obrona przeciwlotnicza rozstrzelała własnych spadochroniarzy

Latem 1943 roku Alianci przygotowywali się do pierwszego dużego lądowania na “twierdzy Europa” – Sycylii. Związana z tym operacja Husky miała być pokazem siły i koordynacji, w którym udział brała flota okrętów, fale desantowe, osłona lotnicza i spadochroniarze z 82. Dywizji Powietrznodesantowej przerzucani na pokładach C-47. W teorii wszystko było dopięte, ale noc z 11 na 12 lipca zamieniła się w chaos.

Czytaj też: Pięć polskich systemów uzbrojenia, które naprawdę zmieniły Wojsko Polskie

Gdy formacje C-47 nadlatywały nad wyspę, alianckie jednostki przeciwlotnicze (okrętowe i lądowe) wzięły je za niemieckie maszyny. Rozproszenie formacji, brak przećwiczonych procedur rozpoznawczych i nerwowość po wcześniejszych nalotach sprawiły, że w krótkim czasie działa i karabiny zaczęły strzelać w niebo praktycznie do wszystkiego, co miało skrzydła. Rezultat był tragiczny – 23 transportowców zostało trafionych przez sojusznicze siły, przez co część spadła do morza albo rozbiła się na lądzie. Opisy tej nocy z pamiętników i powojennych analiz podkreślają, że w niektórych sektorach ostrzał był tak intensywny, że piloci rozrzucali desant gdziekolwiek, byleby tylko uwolnić samolot od ciężaru ludzi i paliwa i spróbować uciec.

Dla alianckich sztabów był to szok, który bardzo szybko przełożył się na konkretne decyzje. Po tym incydencie zostały wprowadzone jeszcze bardziej rygorystyczne procedury rozpoznania w rejonie operacji desantowych, lepsze oznaczanie korytarzy dolotowych dla własnego lotnictwa, dodatkowe sygnały identyfikacyjne oraz ścisłą kontrolę nad tym, kiedy i gdzie baterie przeciwlotnicze mogą otwierać ogień. Doświadczenia Husky wróciły jak bumerang przy planowaniu późniejszych desantów – od Salerno, przez Normandię i aż po operacje na Pacyfiku. Bratobójczego ognia z tej sycylijskiej operacji nie dało się cofnąć, ale armia próbowała przynajmniej dopilnować, aby podobnego “polowania na własne samoloty” nie trzeba było przeżywać drugi raz na taką skalę.

Pustynna Burza 1991 nowoczesna wojna lądowa, w której własny ogień zabił co najmniej co czwartego

Gdy w 1991 roku ruszyła operacja Pustynna Burza, to wielu wojskowych mówiło o “pierwszej prawdziwej wojnie high tech”: precyzyjne bomby, potężne samoloty F-117, nawigacja GPS i wręcz wszechobecne sensory, składały się na wyjątkowe połączenie. Na tle wcześniejszych konfliktów koalicja poniosła relatywnie niewielkie straty, ale bardzo szybko okazało się, że znacząca część zabitych żołnierzy USA zginęła nie od irackich pocisków, ale od własnych. Raport Biura Oceny Technologii Kongresu USA (OTA) szacował, że bratobójczy ogień odpowiadał za około 24 procent amerykańskich ofiar śmiertelnych w walkach lądowych podczas wojny w Zatoce Perskiej, co było wynikiem wyraźnie wyższym niż w wielu wcześniejszych konfliktach i wywołało polityczną burzę wokół tematu fratricide. 

Czytaj też: Uciekli do portu, bo zaatakował ich potwór. Mija prawie pół wieku bez jednoznacznej odpowiedzi

Czołg M1A1 Abrams na operacji Pustynna Burza

W praktyce wyglądało to bardzo różnie. Część żołnierzy padła ofiarą czołgów i bojowych wozów piechoty, które w warunkach piaskowych burz i ograniczonej widoczności brały swoje cele za irackie pojazdy, a do tego doszły incydenty z udziałem lotnictwa, gdzie A-10 i śmigłowce szturmowe raziły pojazdy koalicji, identyfikując je jako przeciwnika. Wiele z tych zdarzeń działo się w nocy, przy minimalnym oświetleniu, przy intensywnym ruchu wojsk i przy ciągłej presji czasu.

Opisujemy samoloty A-10 Thunderbolt II. Przy nich żadna kolumna wojskowa nie może czuć się bezpiecznie

Wnioski okazały się na tyle poważne, że po wojnie powstał cały nurt badań i wdrożeń skupionych tylko na redukcji friendly fire. Jednym z ich owoców było rozwinięcie i upowszechnienie systemów śledzenia własnych wojsk, takich jak Blue Force Tracker, które w Iraku i Afganistanie stały się standardem dla wozów bojowych i części pojazdów logistycznych. Zmieniono też podejście do planowania przestrzeni walki – od poziomu map taktycznych, przez definicję korytarzy przelotów lotnictwa, po sposób znakowania własnych pojazdów i pozycji. Pustynna Burza pokazała bowiem, że samo posiadanie nowoczesnej broni nie wystarczy, jeśli żołnierze nie widzą jasno, gdzie kończy się wróg, a zaczyna kolega z sąsiedniej brygady.

Black Hawki nad Irakiem w 1994 roku obnażyły problemy USA

14 kwietnia 1994 roku nad północnym Irakiem, po wojnie w Zatoce, rozegrał się jeden z najbardziej wstrząsających epizodów friendly fire w historii lotnictwa USA. Dwa śmigłowce UH-60 Black Hawk, transportujące personel amerykański, brytyjski, francuski, turecki i kurdyjski, wykonywały rutynowy lot w ramach operacji Operation Provide Comfort. Nad tym samym rejonem patrole prowadziły myśliwce F-15C. W serii błędów identyfikacyjnych i komunikacyjnych piloci F-15 wzięli Black Hawki za irackie śmigłowce Mi-24 i odpalili pociski powietrze powietrze, zestrzeliwując oba transportowce. Wtedy zginęło 26 osób.

UH-60 Black Hawk

Śledztwo ujawniło kaskadę zaniedbań: śmigłowce nie były prawidłowo śledzone przez załogę AWACS, identyfikacja swój-obcy nie zadziałała tak, jak powinna, a piloci F-15 zbyt szybko przyjęli, że mają do czynienia z wrogim celem. Raporty podkreślały też braki w procedurach współpracy między Armią USA, a Siłami Powietrznymi USA w zakresie zarządzania ruchem i identyfikacją maszyn w rejonie operacji. Innymi słowy, nawet przy obecności zaawansowanych systemów dowodzenia w powietrzu i łączności, informacja o tym, co naprawdę dzieje się w powietrzu, nie spinała się w spójny obraz.

Myśliwiec F-15

Czytaj też: Abrams M1E3 ma więcej ekranów niż przycisków. Czołg USA nowej generacji wywołał dyskusje

Konsekwencje były daleko idące. Zmieniono procedury pracy załóg AWACS, zwiększając nacisk na aktywne potwierdzanie tożsamości wszystkich statków powietrznych w strefie. Obie gałęzi wojska dopracowały swoje zasady przekazywania planów lotów i stref działania, tak by śmigłowce wojsk lądowych nie “ginęły z radaru” na tle innych operacji. Udoskonalenia doczekały się też procedury użycia IFF, a ponadto wprowadzono nowe szkolenia pilotów i kontrolerów, kładące nacisk na to, że brak jednoznacznego potwierdzenia celu powinien oznaczać wstrzymanie użycia broni. Tak oto UH-60 Black Hawk stały się w amerykańskim lotnictwie synonimem tego, czym może skończyć się automatyzm decyzji i nadmierne zaufanie do fragmentarycznych danych.

Tarnak Farm 2002, czyli bomba na własnych żołnierzy i korekta zasad wsparcia z powietrza

W kwietniu 2002 roku, niedaleko bazy Tarnak Farm w Afganistanie, kanadyjscy żołnierze prowadzący nocne ćwiczenia ostrzału trafili do raportów z zupełnie innego powodu. Nad rejonem przelatywały amerykańskie F-16, a ich piloci odebrali ogień z ziemi jako potencjalny atak przeciwnika i jeden z nich, mimo ostrzeżeń z dowództwa, zrzucił bombę kierowaną laserowo. Trafiła ona w rejon, gdzie ćwiczyli Kanadyjczycy, zabijając czterech i raniąc ośmiu kolejnych.

Myśliwiec F-16

Śledztwo i komisja dochodzeniowa skupiły się nie tylko na konkretnych decyzjach pilota, ale na całym systemie dowodzenia. Ustalono, że informacje o planowanych ćwiczeniach wojsk lądowych nie zostały właściwie rozpropagowane wśród załóg lotniczych, a kanały komunikacji nie zadziałały tak, jak powinny. Jednocześnie analiza nagrań i zapisów pokładowych pokazała, że pilot zinterpretował ogień jako zagrożenie dla siebie i zareagował w trybie obrony własnej, zanim w ogóle potwierdzono, kto dokładnie znajduje się na ziemi.

Ćwiczenia Marines na Tarnak Farm

Wnioski z Tarnak Farm wykraczały poza relacje kanadyjsko-amerykańskie. W NATO i wojskach koalicji zaostrzone zostały zasady użycia uzbrojenia w trybie samoobrony, wprowadzono też bardziej szczegółowe procedury informowania lotnictwa o wszystkich planowanych ćwiczeniach i działaniach z użyciem ostrej amunicji w rejonie operacji. Jeszcze mocniej podkreślono też rolę wyszkolonych kontrolerów naprowadzania (JTAC), którzy mają być pośrednikiem między żołnierzami na ziemi a pilotami, minimalizując tym samym ryzyko spontanicznych decyzji opartych na niepełnym obrazie sytuacji. Tarnak Farm przypomniało, że nawet w epoce precyzyjnych bomb i sieciocentrycznego dowodzenia, ostatni etap decyzji nadal przebiega w głowie pilota i że system musi pomagać mu nie tylko w celowaniu, ale też w powstrzymaniu ognia w razie wszelkich wątpliwości.

Patriot kontra Tornado, czyli gdy zautomatyzowana obrona gubi kontekst pola walki

W marcu 2003 roku, na początku operacji Iraqi Freedom, amerykańskie zestawy Patriot miały przede wszystkim chronić wojska koalicji przed irackimi taktycznymi pociskami balistycznymi. W tej kampanii system nie miał więc przypisanej klasycznej roli obrony przeciwlotniczej, choć zachowywał możliwość użycia uzbrojenia w samoobronie przeciw obiektom uznanym za pociski antyradiolokacyjne. 22 marca brytyjski Tornado GR4A ZG710 wracał po misji i rozpoczynał zniżanie w rejonie kuwejckiej bazy Ali Al Salem, kiedy został trafiony pociskiem Patriot. Zginęli obaj członkowie załogi.

Wyrzutnie Patriot PAC-3

Najprościej byłoby opisać tę tragedię jako moment, w którym “automat strzelił do swojego”, ale oficjalne ustalenia pokazują bardziej złożony obraz. Brytyjskie dochodzenie wykazało, że bateria Patriot błędnie sklasyfikowała Tornado jako pocisk antyradiolokacyjny lecący w jej stronę, a obsługa działała zgodnie z ówczesnymi zasadami samoobrony. Do katastrofy doprowadził jednak cały splot czynników: bardzo szerokie kryteria klasyfikacji zapisane w systemie, brak oczekiwanej odpowiedzi identyfikacji swój obcy, niewystarczająco odporne reguły użycia, szkolenie nastawione na szybkie zaufanie wskazaniom systemu oraz autonomiczne działanie baterii z ograniczonym dostępem do pełnego obrazu sytuacji powietrznej. Sam raport RAF podkreślał nawet, że gdyby obsługa opóźniła odpalenie, cel najpewniej zostałby później przeklasyfikowany.

Samolot Tornado GR4

Amerykańskie podsumowanie po kampanii wskazało dwa przypadki ostrzału samolotów koalicji przez Patriota: w jednym obiekt został sklasyfikowany jako nadlatujący pocisk antyradiolokacyjny, a w drugim jako taktyczny pocisk balistyczny. W praktyce oznaczało to, że problem nie sprowadzał się do jednej baterii czy jednego błędu operatora, ale dotyczył całego środowiska działania systemu. Zawiodła identyfikacja bojowa, zawiodła świadomość sytuacyjna, a architektura wymiany danych nie dawała obsługom wystarczająco spójnego obrazu tego, co naprawdę dzieje się nad nimi. Stanowi to więc poniekąd lekcję o ryzyku związanym z pokładaniem zbyt dużej wiary w półautomatyczny system działający pod presją czasu.

Co łączy te przypadki i dlaczego nie można o nich zapomnieć?

Najważniejszy wniosek jest brutalnie prosty: bratobójczy ogień rzadko bierze się z jednego spektakularnego błędu. Znacznie częściej jest efektem całego łańcucha drobnych pęknięć – przeciążonej łączności, niepełnego obrazu sytuacji, źle rozpropagowanych informacji o ruchu własnych wojsk, zawodnej albo nieczytelnej identyfikacji swój obcy, zbyt szerokich kryteriów klasyfikacji celu i ludzi szkolonych do działania pod presją sekund, a nie minut. Właśnie dlatego od Sycylii w 1943 roku, przez Black Hawki nad Irakiem, aż po Patrioty w 2003 roku powraca ten sam motyw – ktoś gdzieś widział tylko fragment pola walki, a resztę dopowiedział sobie system, procedura albo człowiek.

Drugi wspólny element jest jeszcze bardziej niewygodny, bo pokazuje granice technologii. Im nowocześniejsze stają się sensory, radary, komputery pokładowe i sieci wymiany danych, tym łatwiej uwierzyć, że problem rozpoznania “swój-obcy” został już rozwiązany. Tymczasem raport po zestrzeleniu Tornada przez Patriota wprost wskazywał na zbyt duże zaufanie do logiki systemu, zbyt ogólne kryteria klasyfikacji zagrożenia, presję natychmiastowej reakcji i brak pełnej świadomości sytuacyjnej baterii. Z kolei analiza GAO dotycząca zestrzelenia Black Hawków pokazała, że nawet przy obecności AWACS i rozbudowanej struktury dowodzenia można doprowadzić do tragedii, jeśli informacja nie dociera tam, gdzie powinna, w odpowiednim czasie i we właściwej formie.

Samolot Tornado GR4

To właśnie dlatego bratobójczy ogień nie jest tylko wojenną anegdotą ani wstydliwym marginesem historii militarnej, ale jednym z najważniejszych czynników zmian w nowoczesnych armiach. Każdy z tych incydentów wymuszał później korekty, co wpłynęło także na państwa sojuszu NATO, przyspieszając prace nad rozwiązaniami ograniczającymi ryzyko błędnej identyfikacji na wspólnym polu walki. Właśnie to jest najważniejsze. Wojna bardzo często przedstawiana jest jako pojedynek “naszych” z “ich”, ale w praktyce równie groźny potrafi być chaos we własnym systemie. Te historie przypominają więc, że mgła wojny nie znika wraz z pojawieniem się nowszego radaru, lepszego samolotu czy bardziej zaawansowanego pocisku. Ona tylko zmienia formę. Kiedy z kolei armia o tym zapomina, nawet najbardziej nowoczesna technologia może nie skrócić drogi do zwycięstwa, lecz do kolejnej tragedii.

Mateusz ŁysońM
Napisane przez

Mateusz Łysoń

Pisze od 2016 roku na przeróżne tematy - od gier, po nowe technologie i na najpotężniejszych systemach wojennych kończąc. Poza tym tworzy gry i jest autorem książki fantasy pod tytułem Powrót do Korzeni.