W Nowym Testamencie Trzej Królowie występują tylko w Ewangelii Mateusza i to nie jako władcy, ale magowie (magoi) ze Wschodu. „Dopiero Orygenes w III w. przypuszcza, że było ich trzech. A w VI w. Cezary z Arles uściśla, że byli to trzej królowie” – mówi „Focusowi Historia” prof. Zbigniew Mikołejko z Instytutu Filozofii i Socjologii PAN. Imiona Kasper, Melchior i Baltazar pojawiły się jeszcze później. Wcześniej w różnych źródłach liczba, status i imiona dostojników, którzy pokłonili się Jezusowi, są bardzo różnorodne. Te fluktuacje trwały zresztą bardzo długo. „Kiedy w XVI–XVII wieku Portugalczycy opanowali część Ameryki Płd., pojawił się w ich ikonografii czwarty król: Indianin. Chodziło o średniowieczne jeszcze przypisanie królów do znanych krain geograficznych: na początku Europy, Azji, Afryki, a potem i Ameryki. Ale ta zmiana się nie przyjęła” – dodaje prof. Mikołejko. To tylko fragment historii, w której mieszają się religia i wielka polityka, wiara i pieniądze, fakty i domysły, tradycja i nauka. Łatwo się w tej historii pogubić. „Rzecz w tym, by rozróżniać wiedzę faktyczną od mitycznej” –  ostrzega prof. Jarosław Włodarczyk, astronom i zastępca dyrektora w Instytucie Historii Nauki PAN.

ŚREDNIOWIECZNY DAN BROWN

Legenda o Trzech Królach zyskała swoją obecną sławę i kształt w największej mierze za sprawą Jana z Hildesheimu. W 2. poł. XIV w. napisał bestseller pt. „Historia Trzech Króli”, łączący wiedzę z Biblii, apokryfów i literatury podróżniczej. Pełen egzotycznych krain, cudów i skarbów. Według bardzo kreatywnej wersji Jana z Hildesheimu najmłodszy i najmniejszy Melchior (król Nubii i Arabii) ofiarował małemu Jezusowi 30 złotych denarów i złote jabłko Aleksandra Wielkiego. Średni wzrostem i wiekiem Baltazar (władca Saby, w zależności od źródła umieszczanej w dzisiejszym Jemenie, Etiopii lub Persji, oraz tajemniczej Godolii, zapewne leżącej w pobliżu) dał kadzidło. Zaś najstarszy i największy, czarnoskóry Kasper (pan portowego miasta Tharsis, bliżej jednak niezidentyfikowanego, i wyspy Egrisoule, o której nie wiadomo nic więcej poza nazwą) przyniósł w darze mirrę. Opowieść zrobiła furorę. „W Ewangelii Mateusza Jezus zjawia się w symbolice królewskiej, kosmicznej. Średniowiecze było złaknione takich magicznych obrazków i wspaniałości. Wręcz bollywoodzkich, skoro magowie przyszli ze Wschodu. Coś, co w istocie było bardzo skąpe w treści, ale fascynujące i owiane tajemnicą, rozrastało się do nieprawdopodobnych opowieści” – wyjaśnia prof. Mikołejko popularność historii, czerpiących z symboliki Ewangelii Mateusza. Zwraca uwagę, że my nie jesteśmy w stanie tak mocno myśleć symbolami jak nasi przodkowie. Dlatego usiłujemy poddać historię Trzech Króli obróbce empirycznej. Przed wiekami nie było to potrzebne Janowi z Hildesheimu, by odniósł sukces.

„W czasach przed wynalazkiem Gutenberga o popularności dzieła świadczyła liczba rękopiśmiennych kopii – w tym przypadku musiano ich sporządzić dużo, skoro do naszych czasów dotrwało ponad sto. Wersje drukowane potwierdzają zainteresowanie, jakim dawni czytelnicy obdarzyli dziełko Jana z Hildesheimu – przed końcem XV stulecia, w ciągu pierwszych 30 lat książki drukowanej, łaciński tekst »Historii Trzech Króli« miał sześć wydań” –  zwraca uwagę w książce „Tajemnica Gwiazdy Betlejemskiej” prof. Jarosław Włodarczyk. Jak jednak w ogóle doszło do tego, że ewangeliczni magowie przeistoczyli się w królów? Nie stało się to przypadkiem.

PRZEKRĘT MAGICZNY

Poszło oczywiście o symboliczne znaczenie pokłonu dla Jezusa. Gdyby ewangeliczni dostojnicy pozostali magami, hołd taki mógłby co najwyżej oznaczać nawrócenie pierwszych pogan. Ewentualnie podkreślałby wyższość religii nad astrologią, w którą wierzyli magowie. W momencie, w którym w tłumaczeniach Biblii przeistoczyli się w mędrców, pokłony religii musiała też bić nauka. A kiedy na stałe już zostali królami... no właśnie. Papiestwo ścierało się z władcami świeckimi. „Opowieść Mateusza o hołdzie dostojnych przybyszów pozwalała uregulować stosunki głowy Kościoła z głowami koronowanymi” – pisze w „Tajemnicy Gwiazdy Betlejemskiej” prof. Włodarczyk. Ale była to broń obosieczna. Dawni władcy przepadali za relikwiami, a cóż mogło bardziej legitymizować ich rządy niż szczątki ewangelicznych Trzech Króli? Rozumiał to skłócony z papiestwem niemiecki cesarz Fryderyk I Barbarossa. Kiedy podczas II wojny włoskiej zdobył w 1162 r. Mediolan, zainteresował się znalezionymi domniemanymi szczątkami Trzech Króli. Trafiły do mediolańczyków ponoć z Konstantynopola, gdzie były przechowywane od momentu, kiedy na Bliskim Wschodzie odkryła je św. Helena, czyli matka cesarza Konstantyna Wielkiego.

Niewiele się namyślając, Fryderyk I Barbarossa zabrał cenne relikwie i przekazał arcybiskupowi Rainaldowi z Dassel, kierującemu jego kancelarią. W 1164 r. duchowny przywiózł rzekome szczątki Trzech Króli do Kolonii. Nie było to w tamtych czasach pierwsze lepsze miasto. „Kolonia to ważne miejsce dla wyobraźni ludzi średniowiecza. Krążyły tam apokryfy o świętych młodziankach [czyli ofiarach »rzezi niewiniątek«, zarządzonej rzekomo przez Heroda – przyp. red.], o listach spadających z nieba. Samo miasto leżało na rozdrożu wielu kultur” – zwraca uwagę prof. Mikołejko. Teraz trzeba było pomyśleć o godnej oprawie szczątków. Gdyby nie ona, gdyby relikwie leżały w jakimś zapyziałym, zapomnianym kościółku, to dwa wieki później Jan z Hildesheimu pewnie nigdy nie zainteresowałby się tematem Trzech Króli. Ani on, ani miliony wiernych.

NAJWIĘKSZY RELIKWIARZ ŚWIATA

 

Żeby domniemane doczesne szczątki Trzech Króli miały w Kolonii olśniewającą oprawę, zlecono budowę relikwiarza. Zajął się tym Mikołaj z Verdun, najwybitniejszy wówczas złotnik. Świadczy o tym również efekt jego pracy, która trwała ponad trzydzieści lat, począwszy od 1181 r. Powstało największe dzieło złotnicze w średniowiecznej Europie. Relikwiarz Trzech Króli ma 220 cm długości, 110 cm szerokości i 153 cm wysokości. Otoczony jest ponad 70 rzeźbami z pozłacanego srebra. Ozdabia go ponad 300 kamei (czyli scen wyrzeźbionych w szlachetnych kamieniach). Błyszczą tysiące pereł i innych klejnotów... To nie wszystko. Po to, by kult Trzech Króli mógł rozkwitać, do dzieła Mikołaja z Verdun dodano... katedrę. Budowa i wykańczanie gigantycznego obiektu, którego wieże wznoszą się na wysokość prawie 160 m, trwały w sumie ponad 600 lat. Jeszcze w trakcie prac ten de facto monumentalny kościół-relikwiarz, ze złotym relikwiarzem właściwym wewnątrz, po prostu musiał przyciągać niezliczone tłumy. Kolonia szybko stała się jednym z największych centrów pielgrzymkowych, obok Rzymu i Ziemi Świętej. Nic dziwnego, że Jan z Hildesheimu też połknął bakcyla Trzech Króli.

AWANTURA O CZASZKI

Zaraz, zaraz! Ale czy te wszystkie tłumy pielgrzymowały aby i pielgrzymują do relikwii prawdziwych Trzech Króli? Nie do jakichś wypchanych przebierańców, jak sugerował Umberto Eco w awanturniczo-historycznym bestsellerze „Baudolino”? Już pod koniec XIII w. Marco Polo opisywał, że szczątki Trzech Króli znajdują się w perskiej Sawie (Sabie). „W tym mieście pogrzebani są trzej Magowie w trzech wielkich i pięknych bardzo grobowcach (...) Ciała są jeszcze zachowane w całości i mają brody i włosy” –  zapewniał słynny podróżnik  (a Jan z Hildesheimu i to uwzględnił w swym bestsellerze, przedstawiając Baltazara jako pana Saby). Jaka jest prawda o kolońskich relikwiach? Spróbowała na to pytanie odpowiedzieć współczesna nauka. Do szczątków Trzech Króli, znajdujących się w Kolonii, naukowcy nie mają bezpośredniego dostępu. Ale znany egiptolog dr Bob Brier w ramach telewizyjnej serii popularnonaukowej „Mummy detective” przeanalizował w 2004 r. powiększone, wysokiej rozdzielczości zdjęcia czaszek, znajdujących się w szczycie relikwiarza. Na podstawie analizy szwów czaszkowych stwierdził, że istotnie mężczyźni są w różnym wieku, tak jak Kasper, Melchior i Baltazar. „To nie dowodzi, że w katedrze w Kolonii są szczątki Trzech Mędrców. Ale dowodzi, że odpowiadają one legendarnym przekazom” –  wyjaśnił. Mimo to niektórzy fascynaci uznali sprawę za niemal dowiedzioną. Naukowcy z kolei utyskiwali, że Brier trochę przeszarżował. Tym bardziej że w 1981 r. profesor David de Jonghe z Królewskiego Muzeum Sztuki i Historii w Brukseli przeanalizował próbki ubrań Trzech Króli z Kolonii, pobrane podczas otwarcia relikwiarza w 1864 r. Okazało się, że pochodzą z II–IV w. n.e. Czyli nie są z czasów Jezusa. Co najwyżej na takich przebierańców mogła natrafić św. Helena podczas swych poszukiwań szczątków Trzech Króli w IV w. I tak mit o prawdziwych relikwiach prysł. Ale nie zagadka, tkwiąca w Ewangelii Mateusza.

JEZUS JAK NERON I PLATON

Zasadnicze pytanie brzmi bowiem, czy jej autor zmyślił sobie poszukiwania narodzonego Jezusa przez jakichś dostojników, czy może tkwi w tym ziarno prawdy? Pozornie wszystko łatwo jest wytłumaczyć. Ewangelia Mateusza z założenia przedstawia narodziny Jezusa jako wydarzenie z kosmiczną oprawą. Przecież narodziny Syna Bożego musiały wyglądać „godnie”. Wiele więc dzieje się na niebie i ziemi, spełniają się proroctwa i cuda. Ba, jeśli weźmie się pod uwagę, że zdaniem naukowców redakcja tej ewangelii nastąpiła dopiero około 80 r., to i wizyta trzech magów ze Wschodu robi się jak najbardziej uzasadniona. W owym czasie krążyły bowiem po Cesarstwie Rzymskim opowieści o uroczystym hołdzie, jaki złożył cesarzowi Neronowi król Armenii Tiridiates w 66 roku. Z kolei kilka lat wcześniej Seneka w „Listach moralnych do Lucyliusza” pisał, że kiedy w IV w. p.n.e. zmarł w Atenach Platon, to do jego zwłok pospieszyli z ofiarą przebywający w Grecji perscy magowie. Dlatego, ponieważ uznawali zmarłego za istotę „wyższego stanu niż ludzki”.

Czy Syn Boży nie zasługiwał przynajmniej na podobną wizytę? „Żydzi bardzo cenili Persów. To byli właściwie jedyni szanowani przez nich obcokrajowcy. I właśnie magów, perskich kapłanów (wyznawców zoroastryzmu, zakładającego nadejście mesjasza!) umieścił w swej opowieści ewangelista” –  podkreśla w rozmowie z „Focusem Historia” historyk Maciej Miezian. Ale naukowcy odkryli coś jeszcze. Wiadomo, że są kłopoty z obliczeniem prawdziwej daty narodzin Jezusa. Historycy przyjmują, że nastąpiło to kilka lat przed przyjętą przez Kościół datą (choćby dlatego, że Herod zmarł w 4 r. p.n.e.). Co ciekawe, według obliczeń amerykańskiego astronoma Michaela Molnara, w 6 r. p.n.e. można było postawić „horoskop królewski”, zwiastujący narodziny władcy Judei. Szczególne, absolutnie niezwykłe warunki panowały 17 kwietnia owego roku. Nastąpiła koniunkcja Księżyca z Jowiszem (znak narodzin wielkiego władcy) w znaku Barana (symbol Judei), przy niezwykle korzystnym układzie innych ciał niebieskich. Oczywiście ważna była też godzina, dla której oblicza się horoskop. Ale nie 17 kwietnia! Wpływy „zodiakalnych sił” były tak duże, że trwały przez cały dzień. Powstaje pytanie, czy ktoś mógł to wtedy zauważyć?

PIELGRZYMKA ASTROLOGÓW

 

„Nikt nie twierdzi, iż horoskop królewski został postawiony i wykorzystany w czasach Heroda” – zwraca uwagę prof. Włodarczyk. Nie ma dowodów, by ktoś faktycznie to zrobił, ale i nie da się tego wykluczyć. Było to wykonalne. Wielu historyków zwraca jednak uwagę, że żydzi i chrześcijanie z zasady odnosili się do horoskopów i astrologii sceptycznie, więc ewangelista na pewno świadomie by do tego nie nawiązywał. Nie zgadza się z tym Maciej Miezian, historyk sztuki, znawca tajników i dziejów astrologii. „Judaizm nie był przeciwny obserwacjom ciał niebieskich. Wręcz wymagał śledzenia biegu Księżyca. Tak ustalano m.in. początek nowego roku. Dla chrześcijan słowa z Nowego Testamentu o gwieździe, która prowadziła magów do Jezusa, także były potwierdzeniem, że Bóg działa poprzez znaki na niebie. Tekst Ewangelii Mateusza powstał dziesiątki lat po opisywanych wydarzeniach. Gdyby Gwiazda Betlejemska raziła chrześcijan, to jej by nie zaakceptowano. Ale jej symbolika była oczywista dla ludzi z tamtych czasów” –  argumentuje Miezian.

Prof. Mikołejko z Instytutu Filozofii i Socjologii PAN dodaje jeszcze jedną ważną rzecz: „Palestyna I w. n.e. to nie był jednorodny, zwarty obszar, zamieszkany przez ludzi wyznających wiarę w jednego Boga. Mieszały się tam różne kulty i ludy, nie tylko okupanci, ale i Samarytanie czy zaciężni żołnierze różnych nacji. Były wpływy greckie, syryjskie, fenickie i inne jeszcze. W całym tym konglomeracie krążyły różne idee i różni ludzie”. Powstaje pytanie, kto i gdzie mógłby postawić „królewski horoskop” dla Judei? Czy jacyś astrolodzy mogli krążyć w 6 r. p.n.e. po Judei w poszukiwaniu nowo narodzonego króla żydowskiego? Czy takie „delegacje” astrologów zdarzały się kiedykolwiek w historii, czy byłoby to wydarzenie bez precedensu? „Nawet w naszych czasach poszukiwania nowego dalajlamy opierają się na pewnych informacjach astrologicznych. Tym bardziej dwa tysiące lat temu mogła być to  powszechna praktyka” –  zwraca nam uwagę Maciej Miezian.

BÓL GŁOWY HERODA

Możliwe jest też, że po prostu na dworze Heroda działali wróżbici (przebywający tam na stałe lub przyjezdni), którzy znali „horoskop królewski” i donieśli o tym władcy. „Prawie pięć wieków temu Zygmunt August trzy razy przesuwał termin swojego ślubu ze względu na zły układ gwiazd. Znawcy astrologii z XVI–XVII wieku, jak John Dee czy Michał Sędziwój, jeździli w poselstwach dyplomatycznych. A w Indiach do dziś w każdej wiosce jest astrolog. Nic dziwnego, gdyby byli na dworze Heroda 2 tys. lat temu” –  argumentuje Miezian. Jeśli hipoteza o „królewskim horoskopie” dla Judei jest słuszna, to trzej magowie mogliby szukać tajemniczego dziecka wiedzeni nie Gwiazdą Betlejemską (kometą, supernową), lecz niezwykłym układem planet. Ale mówiąc o tym Herodowi, schorowanemu i lękającemu się intryg, zachowaliby się bardzo niefrasobliwie. Ściągnęliby kłopoty na dzieci i ich rodziny. Herod wysłałby w kraj siepaczy, urządzając rzeź niewiniątek. Jeśli dowiedziałby się o przyjściu na świat „króla żydowskiego” post factum, w 5 r. p.n.e. (w którym na dodatek na niebie pojawiła się złowróżbna kometa), to kazałby wymordować nowo narodzonych chłopców do lat 2. Jak w Ewangelii Mateusza...

Sęk w tym, że rzeź niewiniątek nie jest faktem historycznie potwierdzonym. „Panowanie Heroda zostało bardzo dokładnie opisane przez jego wrogów, na przykład Józefa Flawiusza. A wszystkie jego zbrodnie skwapliwie odnotowane. Gdyby rzeź dzieci w Betlejem miała miejsce, to niewątpliwie byłaby wspomniana. Opisano choćby mordowanie przez Heroda jego potomków i krewnych, potencjalnych kandydatów na następcę” – zwraca uwagę profesor Mikołejko. „Królewski horoskop” dla Judei i tajemniczy Trzej Królowie pozostają więc zagadką i inspiracją dla niekończących się domysłów. Nic w tym dziwnego. Są częścią równie niejasnego i bliżej nieznanego dzieciństwa Jezusa z Nazaretu. „Wszyscy porządni, uczciwi bibliści katoliccy i protestanccy twierdzą, że wiemy cokolwiek o Jezusie jako postaci historycznej dopiero od momentu chrztu w Jordanie. Cała reszta jest sprawą wyobraźni” – konkluduje prof. Zbigniew Mikołejko.