Gardiner, weteran wojny krymskiej i powstania sipajów, służył dworowi królewskiemu przez dwadzieścia siedem lat. Teraz był już człowiekiem siedemdziesięciosześcioletnim i pamięć zaczynała go zawodzić, a to dość poważna wada u starszego koniuszego królowej Wiktorii, którego zadaniem było wygładzanie życiowej drogi swojej władczyni. Był bardzo czuły na tym punkcie i naskakiwał na każdego, kto próbował przypominać mu o jego obowiązkach. Za każdym razem, gdy w zamku Windsor wydawano wielkie przyjęcie, królowej i jej gościom umilała czas orkiestra gwardyjska, grając na tarasie obok jadalni. Aby się tam dostać, muzycy musieli przejść przez jadalnię i znaleźć się na swoich miejscach, zanim zaczęli przybywać zaproszeni goście. Tego wieczora odbywał się właśnie taki obiad, a Gardiner zapomniał zamówić orkiestrę. Do obiadu zostały niecałe cztery godziny, a gwardziści znajdowali się w swoim obozie w Wielkim Parku Windsorskim albo, co gorsza, pili gdzieś na mieście. Nie było telefonów ani samochodów. Nie było jak skontaktować się z nimi ani sposobu, aby mieć ich tutaj na tarasie zamkowym do dwudziestej czterdzieści pięć, kiedy królowa z gośćmi wkroczy do jadalni i będzie spodziewała się muzyki.

Gardiner doszedł do wniosku, że nie ma innego wyjścia, tylko podać się do dymisji. Udał się więc do młodszego koniuszego Fritza Ponsonby’ego, młodego oficera Gwardii Grenadierów, i go o tym powiadomił. Ponsonby jednak uznał, że nie wszystko jeszcze stracone. Nakazał stajennemu pognać galopem do oficera dowodzącego pułkiem z wiadomością, w której błagał go, aby zebrał swoich muzyków. Kolejnego wysłał do masztalerza stajni w Windsorze, polecając mu przygotowanie trzech dużych powozów, którymi gwardziści mogliby przyjechać do zamku, gdy tylko się zbiorą. Po czym, zdawszy sobie sprawę, że nawet jeśli spóźnią się tylko odrobinę, nie zdołają przejść przez jadalnię na taras, przekonał szefa zamkowej straży ogniowej, aby przy tarasie północnym trzymał w pogotowiu cztery drabiny. Muzycy mieliby wspiąć się po murach zamku. Tuż po dwudziestej czterdzieści pięć królowa Wiktoria i jej goście wkroczyli do jadalni. Pochód zamykali Fritz Ponsonby i generał Gardiner – przygnębieni, gdyż zdawali sobie sprawę, że tym razem przez okna nie wpadną dźwięki hymnu narodowego. Ale gdy goście zajmowali miejsca przy stołach, Ponsonby dostrzegł niewyraźne postacie, które wspinały się na taras po murach zamku, ciągnąc za sobą instrumenty muzyczne. Zanim Wiktoria podniosła do ust pierwszą łyżkę zupy, gwardyjska kapela zagrała uwerturę i sytuacja została uratowana. Następnego ranka Gardiner otrzymał od królowej notkę z informacją, że zawsze gdy przychodzi na obiad, orkiestra powinna grać hymn narodowy. 

Książka ta dotyczy prywatnego życia członków rodziny królewskiej od Elżbiety I, która objęła tron Anglii w 1558 roku, po Elżbietę II, która niemal cztery wieki później została obwołana „Królową Elżbietą Drugą, z bożej łaski Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej oraz innych jej posiadłości i terytoriów Królową, Głową Wspólnoty Narodów, Obrończynią wiary”. Nie każdemu z siedmiorga władców panujących w tym czasie poświęcono równie wiele uwagi: wszyscy byli interesujący, ale niektórzy bardziej niż pozostali. Nie zagłębiałem się również we wszystkie szczegóły rządzenia państwem ani też w często skomplikowane relacje władcy z jego bądź jej urzędnikami. Skupiłem się natomiast na tym, jak zmieniał się (albo, jak w niektórych przypadkach, pozostawał taki sam) zakres i sposób opiekowania się władcą przez ostatnie pięć stuleci, a także na tym, jak Fritz Ponsonby i osoby jego rodzaju pomagały zachować monarchię. Mocą swojej pozycji królowie i królowe wraz z rodzinami mieli, i wciąż mają, prawo do określonego poziomu wygody, do swego rodzaju kokonu ochronnego, który ma czynić ich życie nieco łatwiejszym. Monarchowie nie gotują. Nie ubierają się samodzielnie, nie nalewają sobie napojów ani nie ścielą łóżka.

Jeśli opowieści te są prawdziwe, przyszły władca tego królestwa, jego posiadłości i terytoriów, nawet sam nie wyciska pasty do zębów z tubki, gdyż zadanie to należy do jednego z czterech jego kamerdynerów, który nakłada pastę na królewską szczoteczkę ze zdobionego srebrnego dozownika*. Clarence House** oficjalnie zdementował inną słynną legendę o „rozpieszczaniu członków rodziny królewskiej”: że każdego ranka przed księciem Walii stawiano siedem gotowanych jaj uszeregowanych według ich twardości, każde opatrzone liczbą oznaczającą, ile minut się gotowało, tak aby mógł każdego spróbować i wybrać najbardziej mu odpowiadające. W XXI wieku dwór królowej Elżbiety liczy około 1200 pracowników, mniej więcej tyle samo, ile dwór Karola II w latach sześćdziesiątych XVII stulecia, ale o jedną trzecią więcej niż dwór jej praprababki królowej Wiktorii, która zatrudniała 921 płatnych dworzan. Niektórzy członkowie obecnego dworu są dworzanami w dawnym znaczeniu tego słowa, z ceremonialnymi obowiązkami i tytułami sięgającymi wstecz wiele stuleci. Inni – jak na przykład osobisty sekretarz królowej czy jej sekretarz do spraw komunikacji – są dworzanami nowych czasów, wspierają królową w kierowaniu relacjami z rządem i narodem.

Jeszcze inni stanowią personel pomocniczy w bardziej domowym znaczeniu, czyli gotują, sprzątają i ścielą łóżka. Książę Walii ma oddzielny dwór i zatrudnia ponad 160 pełnoetatowych pracowników, których większość ma za zadanie pomagać w wypełnianiu oficjalnych obowiązków i działalności charytatywnej księcia, księżnej Kornwalii, a także księcia i księżnej Cambridge oraz księcia i księżnej Sussex. Jedynie 26 osób to osobisty personel księcia oraz ogrodnicy i obsługa gospodarstwa rolnego. Rzeczą oczywistą jest, że bogaci ludzie zawsze otaczali się świtą, niewielką armią sekretarzy i służących oraz pochlebców. Ale w przypadku rodziny królewskiej to coś więcej. Władza królewska to nie jest stanowisko, o które można się ubiegać*, jak prezydentura Stanów Zjednoczonych czy prezesura imperium mediów społecznościowych. Rytuały związane z opieką nad władcą mają go wyróżniać, przypominać jego poddanym, że nie jest taki jak inni ludzie, nawet nie jak prezydenci czy multimilionerzy. Gdyby był jak ci inni, gdyby nie było różnicy pomiędzy królewiczem a żebrakiem, dlaczego żebrak nie miałby rządzić w królewskim pałacu?

Niezależnie od tego, czy monarchowie rządzili za pomocą ucisku, czy powszechnej zgody, ich żywoty – zarówno w przeszłości, jak i obecnie – mają przypominać, że nie są tacy jak my. Są inni. 
 

Fragment pochodzi z książki pt. "Brytyjska monarchia od kuchni", autor: Adrian Tinniswood, wyd. Bellona