Czy najmłodszy na świecie miliarder do majątku doszedł:

a) bo był sfrustrowany i chciał się zemścić na byłej dziewczynie,
b) kradnąc pomysł znajomych ze studiów,
c) korzystając z pieniędzy przyjaciela, którego  potem wyrzucił z firmy? Jeżeli choć na jedno z tych pytań odpowiedziałeś „tak”, masz rację.
Mało tego, masz rację, jeśli na wszystkie odpowiedziałeś „tak”. Mowa oczywiście o Marku Zuckerbergu, twórcy portalu Facebook, którego historię pokazuje nagrodzony trzema Oscarami film „The Social Network”.

Film oglądałam z grupą znajomych.  Większość uznała, że główny bohater to drań, który do fortuny doszedł, nie licząc się z nikim i niczym. Zgodzili się, że choć to geniusz, to – tu cytat za dziewczyną Marka – dupek. Tylko jeden znajomy po wyjściu z kina zauważył, że tak naprawdę pieniądze dla Zuckerberga nie były wcale ważne. Liczyła się idea, dzięki której ludzie nie musieli już dzielić się na lepszych i gorszych, jak to było na Harvardzie, w zamkniętych klubach dla dobrze urodzonych. I to raczej dawni przyjaciele głównego bohatera mieli w oczach (znikające) dolary, nie on sam. Zatem i ja robię korektę. W punkcie b zamieniam „kradnąc pomysł” na „inspirując się” lub wręcz „zabierając szybciej do roboty”. Bo znajomi Zuckerberga wpadli na ten sam pomysł w tym samym czasie, tylko że Mark usiadł do jego realizacji od razu, bo go to po prostu kręciło. A sprawa wyrzucenia przyjaciela z firmy też nie jest jednoznaczna. To prawda, że kumpel dał mu pierwszy tysiąc dolarów (Zuckerberg nawet tyle na początku nie miał), a potem kolejnych 18 tys. Ale gdy po kilku miesiącach Facebook rozhulał się na dobre, przyjaciel opóźniał rozwój firmy, nie rozumiał idei, która przyświecała serwisowi, nie chciał pójść dalej.

Dlaczego zaczynam tekst od przykładu  twórcy Facebooka? Historia najmłodszego miliardera na świecie pokazuje, jak łatwo nam, obserwatorom, ulec stereotypowi, że do dużych pieniędzy nie można dojść, grając fair. Każdy bogacz musi mieć na sumieniu jakieś solidne świństwo. Od razu przypomina się slogan, że pierwszy milion trzeba ukraść. I cytat z Biblii, że łatwiej wielbłądowi przejść przez ucho igielne niż bogaczowi wejść do królestwa niebieskiego. I zgrabna opozycja, idealna na tytuł książki: mieć czy być. Tylko czy aby na pewno biznes i etyka wzajemnie się wykluczają? Czy naprawdę nie sposób być i dobrym, i bogatym? Zamożnym i zacnym jednocześnie?

Brudne złoto.

W powszechnej opinii bogactwo kojarzy się z czymś złym, nieuczciwym i egoistycznym. Zwłaszcza w naszym kręgu kulturowym. Cytaty z Biblii, szczególnie gdy brane są dosłownie, nie pozostawiają wątpliwości: „Błogosławieni jesteście ubodzy, albowiem do was należy królestwo Boże” (Łk 6, 20; Mt 5, 3) czy „Nie gromadźcie sobie skarbów na ziemi, gdzie mól i rdza niszczą i gdzie złodzieje włamują się i kradną. Gromadźcie sobie skarby w niebie, gdzie ani mól, ani rdza nie niszczą i gdzie złodzieje nie włamują się i nie kradną” (Mt 6, 19-21; Łk 12, 33n). „Żaden sługa nie może dwóm panom służyć, gdyż albo jednego będzie nienawidził, a drugiego miłował; albo z tamtym będzie trzymał, a tym wzgardzi. Nie możecie służyć Bogu i mamonie” (Łk 16, 12–13).