Ciągnęli na Zachód z budzącą przerażenie mongolską armią Czyngis-chana. Sami siebie nazywali ludem Tatarlar, co w uszach Europejczyków brzmiało jak Tartar, czyli według mitologii greckiej najmroczniejsza część piekła. Paląc, mordując i łupiąc, najeźdźcy ze Wschodu zachowywali się tak, jakby rzeczywiście byli „z piekła rodem”. Wszystkich ich zaczęto nazywać Tatarami.

Ale Tatarzy to nie Mongołowie. Należeli - co w kontekście obecnych wydarzeń na Krymie ma niebagatelne znaczenie - do ludów tureckich. Różnił ich język i obyczaje, po przyjęciu islamu także religia (Mongołowie pozostali przy szamanizmie i buddyzmie).

STEPOWI ROZBÓJNICY

Imperium stworzone przez Czyngis-chana ciągnęło się od Chin po Indie, Kaukaz i dzisiejszą Ukrainę. Nie przetrwało próby czasu, szybko rozpadło się na mniejsze państwa nazywane ordami lub chanatami. W XV wieku jedno z nich założył na Krymie tatarski wódz Hadżi Girej.

Miał na tyle silną rękę, że potrafił sobie podporządkować krnąbrnych poddanych. Ale już jego syn i następca zwrócił się o pomoc do pobratymców z Turcji. Ci chętnie jej udzielili, lecz nie za darmo. Jeśli dynastia Girejów chciała dalej rządzić, musiała uznać zwierzchnictwo Stambułu.

Uznała. I od 1475 roku władcy Krymu byli wasalami sułtanów imperium osmańskiego, którym musieli podporządkować swą politykę zagraniczną. Dotkliwie odczuła to Rzeczpospolita, gdyż w wojnach polsko-tureckich Tatarzy niemal zawsze szli ramię w ramię z Turkami. W bitwie pod Cecorą (1620 r.) to oni rozbili wojska hetmana Żółkiewskiego.

Zaleźli nam za skórę, także działając na własną rękę. Krym - poza wybrzeżem, na którym już starożytni Grecy budowali twierdze i porty dla intratnego handlu ze Wschodem - to j ałowy, suchy step, na którym niewiele urośnie. Głównym źródłem utrzymania Tatarów stało się więc łupienie sąsiadów.

Tylko w pierwszej połowie XVII wieku przekraczali granice Rzeczypospolitej ponad 70 razy. Zostawiali po sobie spaloną ziemię. Mężczyzn zabijali, kobiety i dzieci porywali i sprzedawali. Handel niewolnikami stanowił jedno z głównych źródeł ich dochodów. Opisywani w Sienkiewiczowskiej „Trylogii” okrutnicy buszujący na Dzikich Polach to nie kto inny jak Tatarzy Krymscy.

 

Sytuacja zmieniła się, gdy do gry włączyła się carska Rosja. Chciała zdobyć dostęp do Morza Czarnego kontrolowanego przez Turcję. Zderzenie obu potęg było więc nieuchronne, a Tatarzy znaleźli się na pierwszej linii frontu. Rzeczpospolita z wroga nagle stała się sojusznikiem. Niestety zbyt słabym.

Rosja w tym samym czasie zdołała dokonać rozbioru Polski i pokonać Turcję, na której w 1774 roku wymusiła zrzeczenie się zwierzchnictwa nad Krymem. Oficjalnie chanat stał się niepodległym państwem, w rzeczywistości popadł w zależność od sąsiada z północy. W roku 1783 Katarzyna II skończyła z grą pozorów i przyłączyła go do swego imperium. Dopiero wtedy na półwysep zaczęli napływać rosyjscy osadnicy. Tatarzy żyli tam już od trzystu lat.

REWOLUCYJNE KŁAMSTWA

Carowie powoli, lecz konsekwentnie rusyfikowali Krym. Na początku XIX wieku Tatarzy stanowili niemal 80 proc. jego mieszkańców, pod koniec stulecia niespełna 28 proc. W momencie przyłączenia do Rosji mieli ponad półtora tysiąca meczetów, na początku XX wieku już tylko 720. Zamykano ich szkoły, przejmowano majątki, zakazywano tradycyjnych obrzędów.

Ale tak samo jak mieszkający w różnych zaborach Polacy nie dali się wynarodowić. Im bardziej ich tłamszono, tym mocniej bronili swej narodowej tożsamości. Gdy w Rosji pojawiła się idea panslawizmu, czyli jednoczenia wszystkich Słowian pod berłem carów, Tatarzy odpowiedzieli doktryną panturkizmu - zjednoczenia ludów tureckich. Zostało to życzliwie przyjęte przez Stambuł, który dyskretnie sypnął groszem. Były więc środki na drukowanie nielegalnych czasopism i broszur, a w nich obok projektów zbliżenia z Turcją coraz częściej pojawiało się żądanie pełnej niepodległości.

Jego spełnienie wydawało się nierealne, ale rok 1917 zmienił wszystko. Najpierw demokratyczna rewolucja lutowa, potem bolszewicka październikowa ogłosiły, że przyznają „narodom Rosji prawo do swobodnego samookreślenia aż do oderwania się i utworzenia własnego państwa”.

Tatarzy potraktowali te słowa poważnie. W kwietniu zorganizowali wielki kongres, na którym ponad trzy tysiące uczestników powołało Zgromadzenie Konstytucyjne i rząd tymczasowy. Rosjanie odpowiedzieli aresztowaniem szefów obu instytucji. Wywołało to tak gwałtowne protesty Tatarów, że więźniów szybko wypuszczono.

A historia zaczęła gwałtownie przyspieszać. Gdy w Petersburgu władzę przejmowali bolszewicy, w tatarskiej stolicy Bakczysaraju uchwalono konstytucję i ogłaszano powstanie niepodległej Krymskiej Republiki Ludowej.

 

LEPSZY HITLER NIŻ STALIN

Bolszewicy zareagowali po miesiącu. Na półwysep wkroczyła Armia Czerwona, która rozgromiła słabe wojsko tatarskie w bitwie pod Almą. W marcu 1918 r. proklamowano nową republikę. Już nie ludową, lecz socjalistyczną i radziecką. Przetrwała miesiąc, gdyż bolszewicy podpisali układ pokojowy z Niemcami i wycofali się z Ukrainy. Na Krym wkroczyła armia niemiecka.

Znów ogłoszono niepodległość, znów powołano rząd i znów wszystko się wywróciło. Krym odbiła rosyjska „biała” armia. Nie na długo. Półwysep jeszcze kilka razy przechodził z rąk do rąk. Ostatecznie zatriumfowali „czerwoni”, którzy utworzyli republikę autonomiczną i zaczęli wprowadzać swoje porządki.

Po roku ich rządów na półwyspie wybuchł głód. W ciągu dwóch lat zmarło 100 tys. ludzi, głównie Tatarów, którym celowo nie udzielano pomocy. Potem komunistyczne władze dały im trochę odetchnąć, by w 1929 roku uderzyć ze zdwojoną siłą. Na rozkaz Stalina zamknięto wszystkie meczety, islamskich duchownych wymordowano lub wypędzono, inteligencję zesłano do łagrów, chłopów do pracy w kołchozach. Kolejna klęska głodu zabiła co najmniej 40 tys. krymskich Tatarów.

Gdy więc we wrześniu 1941 roku na półwysep wkroczyły wojska III Rzeszy, wyniszczony naród witał je jak wyzwolicieli. Niemcy mający tradycyjnie dobre stosunki z Turkami, również Tatarów potraktowali życzliwie. Pozwolili im na otwarcie szkół, wydawanie gazet, swobodne praktykowanie religii. W miarę pogarszania się sytuacji na froncie zaczęli werbować ochotników do Wehrmachtu, a w 1944 roku do Waffen SS. Według szacunkowych danych w formacjach militarnych współpracujących z Niemcami służyło około 20 tys. Tatarów.

Znacznie więcej wcielono do Armii Czerwonej, kilka tysięcy walczyło w antyfaszystowskiej partyzantce.

Stalin nie wdawał się jednak w szczegóły i nie odsiewał ziarna od plew. Po zakończeniu wojny po swojemu wymierzył sprawiedliwość „narodowi zdrajców”

Jeszcze ostatni Niemcy nie zdążyli się wycofać z Krymu, a w Moskwie już opracowano plan zemsty. 10 maja 1944 r. minister spraw wewnętrznych Ławrientij Beria przedstawił go Stalinowi. Dokument nosił oficjalną nazwę „Rozkaz oczyszczenia Krymu z elementów antyradzieckich”. Tymi „elementami” byli według Berii wszyscy Tatarzy. Następnego dnia Stalin złożył podpis i wyrok został wydany. Nadzór nad jego wykonaniem objęli zastępcy Berii - generałowie Bogdan Kobułow i Iwan Sierow.

Tuż przed świtem 18 maja 1945 r. oddziały NKWD otoczyły wszystkie tatarskie wioski i miasteczka na Krymie. „Macie pół godziny na spakowanie się i stawienie w miejscu zbiórki” - żołnierze łomotali do drzwi. Słuchały ich głównie kobiety, dzieci i starcy, gdyż większość mężczyzn nie wróciła jeszcze z frontu.

 

Uzbrojeni enkawudziści prowadzili przerażonych ludzi do najbliższych stacji kolejowych. Na stacjach ładowano Tatarów do wagonów bydlęcych. Nie pozwolono im zabrać pieniędzy, złota, biżuterii, narzędzi, rodzinnych pamiątek. Jedynie żywność i odzież - tyle, ile zdołali unieść. Do wieczora wywieziono z Krymu tys. ludzi. Następnego dnia drugie tyle. 20 maja po południu generał Kobułow przesłał na Kreml meldunek o zakończeniu operacji. Informował, że deportowano 180.014 osób.

Większość Tatarów przewieziono do Uzbekistanu, kilkanaście tysięcy w okolice Uralu i do Republiki Maryjskiej w środkowej Rosji, gdzie zapędzono ich do wyrębu drzew i do kopalń.

ANI JEDNEGO TATARA NA KRYMIE

19 lipca sowieckie władze wydały uroczysty bankiet dla enkawudzistów szczególnie zasłużonych w „oczyszczaniu” półwyspu. Stalin sypnął orderami, strumieniami lał się szampan i wódka. W trakcie imprezy generał Kobułow otrzymał wiadomość, że przeoczono kilka tatarskich osad na mierzei Arabat. Ponieważ zapewnił już Stalina, że Krym jest „czysty”, mógł zostać oskarżony o wprowadzanie wodza w błąd.

„Załatwcie to. Natychmiast” - warknął przestraszony.

Zorganizowania transportu kolejowego nie dałoby się ukryć, więc znaleziono „prostsze” rozwiązanie. Mieszkańców Arabatu załadowano na stare kutry i wywieziono na Morze Azowskie. Tam łodzie podziurawiono i wraz z ludźmi zatopiono. Nie przeżył nikt.

Przebywający na wygnaniu w Niemczech tatarski historyk Mustafa Edige Kirimal ustalił, że w czasie transportu i w pierwszym roku zesłania zmarło ponad 50 tys. jego rodaków, czyli niemal co trzeci. Śmiertelne żniwo zbierały choroby i głód, zwłaszcza zimą, którą deportowani spędzili w ziemiankach i szopach.

Po kilku latach zaczęli się przyzwyczajać do nowych warunków i jakoś urządzać. W 1949 r. po raz pierwszy liczba urodzeń przewyższyła liczbę zgonów. Tatarska wola przetrwania okazała się silniejsza nawet do Stalina.

GORZKI POWRÓT

Po wysiedleniu władze radzieckie zaczęły zacierać wszelkie ślady obecności Tatarów na Krymie. Zdewastowano wszystkie zabytki z wyjątkiem pałacu chanów w Bakczysaraju, gdyż unieśmiertelnił go w swoich dziełach Aleksander Puszkin; zniszczono meczety, cmentarze, domy o charakterystycznej architekturze, zmieniono nazwy wsi i miasteczek.

W 1954 r. następca Stalina Nikita Chruszczow podjął zaskakującą decyzję o przyłączeniu Krymu do Ukrainy. Zięć dyktatora Aleksy Adżubej wyjaśniał po latach, że jej przyczyna była prozaiczna. Chruszczow spędzał urlop w słynnym pałacu Woroncowa w Ałupce, nudził się i dla zabicia czasu kazał się obwieźć po półwyspie.

 

Zobaczył, że jest straszliwie zaniedbany, nie ma dróg, domy się walą, nie usunięto śladów po wojnie. Sprowadzani z Rosji osadnicy skarżyli się na koszmarne warunki życia. Postanowił coś z tym zrobić, a ponieważ z Kijowa było bliżej niż z Moskwy, uznał, że z zadaniem lepiej sobie poradzą jego ukraińscy podwładni.

Dopóki istniał ZSRR, decyzja ta nie miała większego znaczenia ani dla Rosjan, ani dla Ukraińców. W 1967 roku radzieckie władze przyznały, że chociaż wśród Tatarów znaleźli się zdrajcy, karanie całego narodu było zbrodnią. Nadal jednak wszelkimi sposobami utrudniały im powrót w ojczyste strony. Najodważniejsi podejmowali ryzyko i wyjeżdżali nielegalnie. Kto miał pieniądze, kupował mieszkanie, innym pozostawały namioty i baraki.

Dopiero po upadku komunizmu bramy Krymu otworzyły się przed Tatarami. Wróciło ich około 200 tysięcy i natychmiast wpadli w oko cyklonu. Bo Związek Radziecki się rozpadł, a między Rosją i Ukrainą wybuchł spór o przynależność półwyspu.

Wiele wydarzeń rozgrywających się obecnie to powtórka z całkiem niedawnej, a już zapomnianej historii. Było referendum, w którym Rosjanie opowiedzieli się za niepodległością, a które Tatarzy zbojkotowali (1991 r.). Były wybory prezydenta Republiki Krymu, których nie uznała Ukraina (1994 r.). Były zamieszki i awantury. Nie było jedynie Majdanu i groźby wybuchu wojny.

Tatarzy znów znaleźli się między młotem i kowadłem. Rosjan się boją, bo stanowią na Krymie większość i od nich doznali największych krzywd; Ukraińców jest niewielu, więc im sprzyjają. Ale wiedzą też, że ani jedni, ani drudzy nie dadzą im tego, czego po powrocie potrzebują najbardziej - ziemi, pracy, mieszkań. Są najbiedniejszą i najsłabszą stroną tego konfliktu, stracić na nim mogą jednak najwięcej. Bo Ukraina czy Rosja bez Krymu przetrwa. A oni...