Ta historia zaczyna się na południowo-wschodnim wybrzeżu Bałtyku. Tam, gdzie leży port Rewel lub Koływań. Nie ma go na dzisiejszej mapie? Nic dziwnego. Dziś nazywa się bowiem Tallinn. Ale w wieku XVI o Rewel i Rygę rywalizowały Polska, Wielkie Księstwo Litewskie, Szwecja, Rosja oraz tzw. Konfederacja Inflancka, w której skład wchodziły Zakon Kawalerów Mieczowych, archidiecezja ryska, biskupstwo Ozylii, biskupstwo Dorpatu i biskupstwo Kurlandii. Role z pozoru drugorzędne, lecz wcale nie tak mało ważne w tym konflikcie odgrywały Anglia, Dania oraz wolne kupieckie miasta, zrzeszone w Hanzie. Trwały wojny inflanckie. Jak większość wojen także i te toczone były o pieniądze.

NARWA JAK ZADRA

Rosja, odcięta od Europy Zachodniej przez ziemie nieprzyjaznego Wielkiego Księstwa Litewskiego i Polski, była zmuszona komunikować się z Zachodem wyłącznie drogą morską. 

Szlak północny z Morza Białego dookoła Skandynawii, z którego korzystali angielscy kupcy, nie był ani krótki, ani łatwy, ani bezpieczny. Dlatego Rosjanie dążyli do usadowienia się na wybrzeżu Bałtyku. Wojska cara Iwana wtargnęły do Inflant w styczniu 1558 r., w latach 1558–1559 zadały szereg druzgocących klęsk wojskom Konfederacji i opanowały praktycznie całe Inflanty, aż do granicy Prus. I choć, nie dysponując flotą morską, nie zdobyły ani Rewla, ani Rygi, Konfederacja praktycznie przestała istnieć.

Presja dyplomatyczna ze strony sprzymierzonej Danii, neutralnej z początku Szwecji oraz Polski i Litwy, wprost grożących zbrojnym wystąpieniem po stronie Konfederacji, sprawiły, że Rosjanie zawarli rozejm, rezygnując prawie ze wszystkich zdobytych terenów. W ich rękach jednak pozostała Narwa (obecnie miasto w Estonii, na granicy z obwodem Sankt-Petersburskim Rosji). Port do Rygi czy Rewla się nie umywał, dawał jednak dostęp do morza.

Przez Bałtyk do Rosji ruszyły kupieckie statki, głównie angielskie, holenderskie, duńskie oraz z niemieckich miast hanzeatyckich. Tamtejszym kupcom zależało na morskim handlu z Rosją. Wiele rosyjskich towarów – zwłaszcza te pochodzące z północno-wschodnich obszarów, jak np. cenne futra, kły morsów, kamienie półszlachetne, wysokogatunkowe drewno – było unikatowych na rynkach Europy Zachodniej i płacono za nie niemalże każdą cenę. W przeciwnym kierunku wieziono wina, tkaniny, wyprawione skóry, a przede wszystkim broń, wielce potrzebną państwu rosyjskiemu, toczącemu wojny praktycznie we wszystkich stronach świata.

Władze Rewla były bardzo niezadowolone z powodu rozwoju narewskiego handlu – wymknęły się im z rąk myta i inne profity od tranzytu rosyjskich towarów. Bała się sąsiada skłonnego do podbojów terytorialnych Szwecja, która dopiero niedawno uniezależniła się od władzy duńskiej korony. A już w ostatniej kolejności życzyły sobie wzmocnienia Moskwy Polska i Litwa, połączone ze sobą unią, wówczas jeszcze osobistą, jagiellońską. Zagrożenie potęgowała świadomość, że raz poznawszy korzyści handlu bałtyckiego, Rosjanie za chwilę mogli zbudować na Bałtyku swoją własną flotę i to nie tylko handlową. A co Moskwa ma w swoim ręku – to puszcza bardzo niechętnie...

Nie mając sił, by przeciąć bałtycki szlak handlowy Rosji środkami wojennymi lub dyplomatycznymi, adwersarze sięgnęli po... rozbój morski. Bazujące w Rewlu statki szwedzkie i w Gdańsku – statki polskie zaczęły napadać kupców zmierzających do Narwy lub z powrotem. Nie były to regularne działania wojenne, wszak panował jeden z niezliczonych kolejnych rozejmów. W napadach brały udział uzbrojone statki prywatne. Nie był to jednak do końca zwykły rozbój.

Król polski Zygmunt II August i król szwedzki Jan III Waza wydawali kapitanom statków tzw. patenty kaperskie, które uprawniały ich do atakowania i przejęcia statków handlowych strony przeciwnej. Zabezpieczały również przed konsekwencjami prawnymi ze strony sprzymierzeńców albo władz neutralnych. A ponieważ Narwa znajduje się w wąskim, wysuniętym najdalej na wschód zakątku Bałtyku, statkom kupieckim niełatwo było przedostać się do przyjaznej Rosji Danii. Narewski handel morski wkrótce praktycznie został sparaliżowany, kupcy po prostu bali się wyruszyć na morze.

 

PÓŁROCZNY PIRAT 

I wtedy właśnie, około roku 1570, na Bałtyku pojawił się Carsten Rode (lub Rodhe). Historycy nie doszli do porozumienia co do jego pochodzenia ani też poprzednich zajęć. Wedle jednych był to Niemiec na służbie króla duńskiego Fryderyka II, który parał się rozbojem morskim właśnie na podstawie królewskiego patentu kaperskiego, i został polecony carowi ruskiemu przez swego pryncypała. Wedle innych był to kupiec z Kopenhagi, który próbował handlować z Rosją, stracił swój statek wraz całym dobytkiem na skutek napadu polskich korsarzy i nie miał innego wyboru, jak tylko pójść na służbę cara. Jedno w zasadzie nie kłóci się z drugim, gdyż w owych niespokojnych czasach kupcy nieraz „przekwalifikowali się” na rozbójników i odwrotnie, w zależności od koniunktury. Nie ulega jednak wątpliwości, że był to człowiek przedsiębiorczy, odważny awanturnik i utalentowany żeglarz.

Wiosną 1570 roku Carsten Rode otrzymał kaperski patent, wydany przez cara Iwana IV, w którym car nakazywał mu „z towarzyszami ścigać ogniem i mieczem, na morzu i na lądzie każdego, kto czyniłby rozbój i krzywdziłby kupców na drodze morskiej”. Innymi słowy miał zwalczać polskich i szwedzkich korsarzy, broniąc przed nimi statki handlowe na szlaku morskim do Narwy. Przy okazji mógł też łupić statki polskich i szwedzkich kupców, chociaż wprost o tym nie napisano.

Zresztą, nie mając doświadczenia w tych sprawach, ruscy urzędnicy nie wysilali zbytnio wyobraźni i najprawdopodobniej po prostu przepisali „żywcem” patent kaperski, polski, a może szwedzki – jaki się nawinął. Historycy do dziś spierają się, w jaki sposób Carsten Rode rozpoczął działania na Bałtyku. Jedni, np. profesor Wiktor Jarho, twierdzą, że swój pierwszy statek zakupił i uzbroił na wyspie Bornholm za pieniądze cara.

Znając jednak niechęć cara Iwana do wydawania pieniędzy – czym zresztą nie wyróżniał się spośród innych władców – logiczniej przypuścić, że przedsięwzięcie finansowali rosyjscy kupcy, którym najbardziej zależało na odblokowaniu narewskiego szlaku morskiego. Jeżeli tak, to można być prawie pewnym, że przyłożyła do tego rękę kupiecka rodzina Stroganowów. Jej włości i majątek stanowiły niemalże państwo w państwie rosyjskim, a wielkością przekraczały mienie niejednego ówczesnego europejskiego monarchy.

Konstanty Badigin zaś przypuszcza, że swoim pierwszym statkiem Carsten Rode zawładnął podstępem i siłą w porcie Renne (duńsk. Rønne) na Bornholmie, za cichym przyzwoleniem ówczesnego namiestnika wyspy Schroedera Kittinga. Namiestnik sprawował rządy w imieniu władz wolnego hanzeatyckiego miasta Lubeki, któremu król duński Fryderyk II wydzierżawił wyspę. Bornholm stał się wówczas swego rodzaju „pirackim rajem Bałtyku”, a jego władze niewątpliwie maczały palce w brudnych interesach. Mając dobry układ z bornholmskim namiestnikiem, Carsten Rode zawsze mógł ukryć się w porcie Rønne przed sztormami albo przeważającymi siłami przeciwnika, pod osłoną dział broniących dostępu do portu. Tu mógł naprawiać swoje statki, nabywać broń i amunicję, uzupełniać zapasy prowiantu i słodkiej wody, a także rekrutować załogi. Wszelkiego rodzaju szubrawców, awanturników i łowców cudzych dóbr w owych czasach było na wyspie aż w nadmiarze. Tu albo w Kopenhadze Carsten Rode sprzedawał też przejęte statki i ich ładunek, mimo że umowa z carem Iwanem nakazywała mu czynić to wyłącznie w Narwie, odprowadzając też odpowiednio spore profity do carskiego skarbca.

Ten aspekt kariery przedsiębiorczego Duńczyka jest akurat całkiem dobrze znany dzięki dokumentom odnalezionym przez rosyjskich badaczy w duńskim archiwum królewskim w końcu XIX stulecia. W ciągu około pół roku Rode przejął i zrabował 22 statki handlowe z ładunkiem wartym w sumie ponad pół miliona srebrnych talarów – kwotę trudną do wyobrażenia w rękach pojedynczego prywatnego przedsiębiorcy tamtych czasów.

Mając pod swoją komendą eskadrę kilkunastu w pełni wyposażonych, uzbrojonych w działa i gotowych do boju statków z załogami awanturników z całej Europy (Rosjan wśród nich praktycznie nie było), stanowił siłę, z którą nie sposób było się nie liczyć. Zabawa w kotka i myszkę polskich i szwedzkich korsarzy ze zmierzającymi do Narwy kupcami stała się niebezpieczna dla samych „kotów”. Natomiast akcje przeciwko Duńczykowi podjęte przez Polaków i Szwedów nie odniosły żadnego skutku.

 

Z KORSARZA ADMIRAŁ

Dostęp kupców do Narwy został odblokowany. Wielce uradowany car Iwan przymknął z tego powodu oczy na nieprzestrzeganie przez Carstena Rode pierwotnego układu, choć – jak się później okazało – wcale nie umorzył jego długów wobec swego skarbca. Co więcej – car wysłał mu akt mianujący go „morskim atamanem”, co było równoznaczne z nadaniem szarży admiralskiej.

To jeden z argumentów przemawiających za tym, że eskadra Carstena Rode, mimo kontrowersyjnych metod działania, była w rzeczywistości regularną flotą rosyjską. Ponadto wszystkie statki korsarza żeglowały pod rosyjską banderą – czarnym dwugłowym orłem na zielonym polu. Wkrótce Duńczyk zrezygnował również z charakterystycznego dla piratów zwyczaju – dzielenia znacznej części łupów pomiędzy członków załogi. Żeglarze otrzymywali stały – niezależny od sukcesów czy porażek – żołd, który dla szeregowego marynarza wynosił 6 talarów miesięcznie. Jak każdy korsarz, Carsten Rode wolał stanowić dla prawdziwych korsarzy, czyli swoich uzbrojonych „kolegów po fachu”, tylko wirtualne zagrożenie i stawał z nimi do walki jedynie wobec braku innego wyjścia.

Łupił przede wszystkim nieprzygotowanych do walki polskich i szwedzkich kupców, zapuszczając się nawet na wody terytorialne Danii. Nic więc dziwnego, że poszkodowani składali skargi na zuchwałego korsarza królowi duńskiemu, żądając jego pojmania i powieszenia jak zwykłego pirata. Niekiedy dołączali się do nich również kupcy hanzeatyccy i duńscy, zazdrośni z powodu profitów osiąganych przez ich konkurentów dzięki korsarzowi. Dosłownie bombardowany ze wszystkich stron skargami król duński Fryderyk II znalazł się w niezręcznej sytuacji. Z jednej strony miał obowiązek protegować oficjalnie mianowanego admirała swego sprzymierzeńca cara Iwana.

Z drugiej strony Dania coraz bardziej oddalała się dyplomatycznie od Moskwy na rzecz zbliżenia ze swymi sąsiadami – Szwecją i Rzecząpospolitą. Działania zuchwałego korsarza dawały spore atuty szwedzkim negocjatorom podczas negocjacji z Duńczykami. W końcu Fryderyk II podjął decyzję – podczas wizyty w Kopenhadze w październiku 1570 roku Carsten Rode został aresztowany w jednej z portowych knajp, a jego statki zostały skonfiskowane na rzecz królewskiego skarbca. Załogi statków puszczono jednak wolno.

Oskarżycielom korsarza obwieszczono, że w Kopenhadze witano Carstena Rode jako uczciwego kupca, przywożącego na handel dobre towary, i nic nie wiedziano o jego zbójeckich występkach. Winę za udzielanie pomocy korsarzowi bez zgody duńskiej korony zrzucono na bornholmskiego namiestnika, który pomagał mu na własną rękę, za co miała dosięgnąć go niechybna kara. Sprawiedliwości stało się zadość, przynajmniej na pozór, gdyż żadnych dokumentów wskazujących na wymierzenie owej kary po dziś dzień nie odnaleziono.

 

JAK WE MGLE

Z powieszeniem korsarza, a nawet z sądem nad nim, duńskiemu królowi wcale się nie śpieszyło. Odesłany w głąb kraju do fortecy Gaala admirał traktowany był raczej jako niechciany gość niż jako więzień. Zaproponowano mu zwolnienie za kaucją 1000 talarów. Z ich uiszczeniem – mimo że na pewno miał odpowiednie środki – nie spieszył się, licząc na wstawiennictwo cara Iwana. Rosyjski władca zobowiązał się do takich działań (łącznie z wykupieniem z ewentualnej niewoli) w swoim kaperskim patencie oraz w akcie nadania admiralskiej szarży. Iwan IV z kolei, pamiętając dług Carstena Rode wobec swego skarbca, też nie spieszył z sięgnięciem po sakiewkę. Zaproponował Fryderykowi, aby odesłał admirała do Rosji za darmo, obiecując jednocześnie, że przeprowadzi odpowiednie dochodzenie i o wszystkim „swego duńskiego brata-króla” powiadomi. Latem 1573 roku Carsten Rode został przeniesiony z Gaala do Kopenhagi – umieszczono go w areszcie domowym.

Listowna wymiana pomiędzy monarchami trwała przynajmniej do roku 1576. Właśnie wówczas został napisany ostatni odnaleziony przez archiwistów list cara Iwana do króla Fryderyka w sprawie Carstena Rode; odpowiedzi już nie udało się zlokalizować. Mogło jej nie być, bo stosunki pomiędzy Rosją a Danią w tamtym momencie oziębiły się. Poza tym Iwan nie potrzebował już ani bałtyckiej floty, ani jej admirała – po szeregu niepowodzeń w wojnie ze Szwecją i Rzecząpospolitą Rosjanie utracili Narwę.

Dalsze losy zuchwałego Duńczyka nie są znane, jego imię nie pojawia się w dokumentach – ani duńskich, ani rosyjskich, ani innych. Analizując przebieg zdarzeń, trudno uwierzyć, by został stracony – nie było już takiej potrzeby: skandal ucichł. Ponadto król Fryderyk był mniej skłonny uśmiercać swoich przedsiębiorczych i utalentowanych poddanych niż car Iwan Groźny, nawet za o wiele bardziej realne winy. Można przypuszczać, że Rode pod zmienionym nazwiskiem dalej służył duńskiemu królowi. Wszak Dania pozostawała silnym państwem morskim, epoka Wielkiej Żeglugi dopiero się rozpoczynała, wiele zamorskich ziem czekało na odkrycie, a statków na... rabunek.