powrót
Focus na życie w dobrym stylu
  • Najnowsze
  • Aktywność
  • Dom i ogród
  • Moda i uroda
  • Zdrowie

Focus na życie w dobrym stylu. Lifestyle'owy magazyn o zdrowiu, domu, podróżach, kulturze i relacjach - codziennie o tym, co realnie wpływa na jakość życia.

FacebookPlatforma XYoutubeInstagram

Nasze tematy

  • Najnowsze
  • Aktywność
  • Dom i ogród
  • Moda i uroda
  • Zdrowie
  • Parenting
  • Podróże
  • Kultura
  • Promocje
  • Styl życia
  • Pupile
  • Nauka

Redakcja

  • Polityka prywatności
  • Redakcja
  • Kontakt

© 2026 focus.pl. Wszystkie prawa zastrzeżone.

theprotocol.it
Kultura

Cena cyfrowej pamięci. Zapisujemy wszystko, ale czy cokolwiek z tego pamiętamy?

Niedawno zmieniałam telefon. Wiadomo, mnóstwo kopiowania, konfiguracji, przenoszenia zdjęć. Zajrzałam wtedy do galerii i oprócz kilku tysięcy fotek, zobaczyłam też kilka tysięcy zrzutów ekranu. Zaczęłam je więc przeglądać i znalazłam całą masę rzeczy, które zapisałam, żeby pamiętać i do których – jak można się domyślać – nie zajrzałam, bo zapomniałam.

J
Joanna Marteklas
1h temu·12 minut·
Cena cyfrowej pamięci. Zapisujemy wszystko, ale czy cokolwiek z tego pamiętamy?

Fot.: Pexels

Chcesz czytać więcej treści jak „Cena cyfrowej pamięci. Zapisujemy wszystko, ale czy cokolwiek z tego pamiętamy?"?Dodaj Focus.pl do preferowanych źródeł w Google

Współczesna technologia pozwala nam gromadzić informacje na skalę, o której poprzednie pokolenia mogły tylko pomarzyć. Zdjęcia, nagrania, wiadomości, zakładki, notatki i zrzuty ekranu tworzą rozległe archiwum naszego życia. Nie musimy pamiętać numerów telefonów, terminów spotkań ani odpowiedzi na każde pytanie. Wystarczy wiedzieć, gdzie ich szukać, a to z kolei jest wiedza, którą obecnie mają nawet małe dzieci.

Czy jednak zastanawialiście się kiedyś, jaką cenę (i nie mówię tu o pieniądzach) ma ta cyfrowa pamięć? Bo kiedy się nad tym bliżej zastanowić, obecnie większość z nas myli możliwość zapisywania informacji z jej zapamiętywaniem, a dostęp do wiedzy z jej posiadaniem. Jasne, można tutaj od razu powiedzieć „smartfon ogłupia”, ale to również nie jest cała prawda. Technologia może odciążyć nasz umysł, bo naprawdę nie ma już konieczności pamiętania każdego możliwego numeru i daty, sęk w tym, by z tych wszystkich udogodnień umieć rozsądnie korzystać.

Efekt Google, czyli nie muszę wiedzieć, wystarczy, że znajdę

W 2011 roku Betsy Sparrow i jej współpracownicy z Columbia University opublikowali badanie dotyczące wpływu dostępności informacji w internecie na pamięć. Wyniki eksperymentów opisanych w pracy „Google Effects on Memory: Cognitive Consequences of Having Information at Our Fingertips” pokazały, że kiedy ludzie spodziewają się, iż dana informacja będzie później dostępna, mogą gorzej zapamiętywać jej treść, a lepiej pamiętać, gdzie ją odnaleźć. Zjawisko to nazwano efektem Google.

Nie oznacza to, że internet automatycznie wymazuje wiedzę z naszej głowy. Chodzi raczej o zmianę strategii zapamiętywania. Jeśli wiemy, że informację łatwo odzyskamy, możemy uznać, że nie ma sensu przechowywać jej w pamięci na stałe. Zamiast zapamiętywać odpowiedź, zapamiętujemy drogę do niej, np. stronę internetową czy nazwę forum.

Fot.: Pexels

Ciężko tutaj nie zauważyć, że w pewnym sensie jest to całkiem rozsądne podejście, ponieważ nasza pamięć jest ograniczona, a nasz mózg i tak codziennie musi przetwarzać ogromne ilości bieżących danych. Dlatego, skoro są inne opcje, nie ma potrzeby gromadzenia wielu informacji, które w codziennym życiu nie są przydatne. Niektóre z nich bardzo łatwo jest sklasyfikować – przepis na ciasto, które robi się raz w roku, adres dalekiej ciotki, ciekawostki historyczne. To nie jest coś, co jest nam realnie potrzebne i bez czego nie da się obejść. Takie dane mogą więc zostać gdzieś tam zapisane, a jak zaginą lub się o niech zapomni, też nic się nie stanie. Niestety, nie wszystko jest tak łatwo podzielić i znacznie częściej, żyjąc w ciągłym biegu, gubimy się w tym, która wiedza powinna zostać samodzielnie zapamiętana.

Wyobraźmy sobie dwie sytuacje. W pierwszej zapisujemy w kalendarzu termin wizyty u dentysty. W drugiej czytamy artykuł o ważnym wydarzeniu, robimy zrzut ekranu i uznajemy sprawę za załatwioną. W pierwszym przypadku technologia przejmuje zadanie organizacyjne. W drugim możemy odłożyć na później również samo przyswojenie informacji. To właśnie ta różnica jest kluczowa. Nie musimy pamiętać wszystkiego, ale potrzebujemy wiedzy, na której możemy budować kolejne myśli. Wyszukiwarka pomoże nam odnaleźć pojedynczy fakt, lecz nie zastąpi automatycznie zrozumienia jego znaczenia ani nie powiąże go z tym, co już wiemy.

Zdjęcie zamiast wspomnienia

Podobny problem pojawia się w przypadku fotografowania. Robienie zdjęć jest świetnym hobby, bywa jednak tak, że stojąc za urządzeniem i zapisując urywki wakacji, koncertu czy innego wydarzenia, większość uwagi poświęcamy ekranowi i ujęciom, niż temu, co się wokół nas dzieje. W efekcie zostajemy z idealnymi ujęciami i dziurawymi wspomnieniami, często odnoszącymi się tylko do tych chwil, gdy naciskało się spust migawki.

Psycholożka Linda Henkel przyjrzała się temu zjawisku w badaniu opublikowanym w 2014 roku w czasopiśmie „Psychological Science” pod tytułem „Point-and-Shoot Memories: The Influence of Taking Photos on Memory for a Museum Tour”. Uczestnicy dostali proste zadanie, bo mieli zwiedzać muzeum. Oczywiście podzielono ich na dwie grupy, jedna robiła to normalnie, druga mogła fotografować. Potem natomiast sprawdzono, co badani zapamiętali z oglądanych obiektów.

Nikogo raczej nie zdziwi fakt, iż wyniki pokazały, że osoby fotografujące całe eksponaty pamiętały mniej szczegółów oraz gorzej odtwarzały lokalizację obiektów niż osoby, które jedynie je obserwowały. Samo wykonanie zdjęcia nie gwarantowało więc lepszego wspomnienia. W pewnych warunkach mogło wręcz wiązać się z gorszym zapamiętaniem oglądanej sceny.

Fot.: Pexels

Badanie przyniosło jednak ważny szczegół. Kiedy uczestnicy mieli przybliżyć i sfotografować konkretny detal eksponatu, ich pamięć nie pogarszała się w ten sam sposób. Skupienie na szczególe mogło wręcz sprzyjać zapamiętywaniu. Znaczenie miało więc nie tylko to, czy robili zdjęcie, ale także to, jak kierowali swoją uwagą. To istotne rozróżnienie, bo łatwo byłoby wyciągnąć z tych wyników zbyt prosty wniosek, mówiący, że fotografowanie zawsze szkodzi pamięci. Badanie Henkel tego nie dowodzi, dowodzi natomiast, że rejestrowanie obrazu nie jest tym samym co uważne przyglądanie się temu, co chcemy zachować w pamięci.

A co z cyfrowymi archiwami? Jeśli podczas koncertu zrobimy kilkadziesiąt zdjęć, ale później do nich nie wrócimy, samo ich posiadanie nie oznacza, że lepiej zapamiętaliśmy występ. Fotografie mogą oczywiście pomóc odtworzyć szczegóły i przywołać emocje, jednak nie zastąpią automatycznie doświadczenia, które przeżywaliśmy w chwili robienia zdjęć.

Galeria pełna martwych wspomnień

Jeszcze ciekawszy przypadek stanowią wspomniane przeze mnie zrzuty ekranu. Są szybkie, wygodne i nie wymagają praktycznie żadnego wysiłku. Wystarczy nacisnąć odpowiednią kombinację przycisków, żeby zachować fragment internetu na później. Tu nawet nie trzeba decydować o niczym, oprócz samego zapisu, bo wszystko ląduje w z góry ustalonym folderze, pod z góry ustaloną nazwą. W ten sposób nasza interakcja z daną wiedzą ogranicza się do minimum. Tylko ruch palców i można iść dalej.

W głowie z kolei mamy cały czas myśl – mam to, później tam wrócę. Niestety to mityczne „później” praktycznie nigdy nie nadchodzi. W rezultacie wiele galerii zamienia się w cyfrowe magazyny rzeczy, które miały być przydatne, ale nigdy nie doczekały się ponownego otwarcia.

Warto tu jednak rozdzielić dwie kwestie. Badanie Henkel dotyczyło fotografowania fizycznych obiektów, a nie zrzutów ekranu. Nie możemy więc traktować jego wyników jako bezpośredniego dowodu, że robienie screenshotów powoduje identyczne skutki. Możemy natomiast dostrzec podobny problem praktyczny – samo utrwalenie obrazu nie gwarantuje, że poświęciliśmy jego treści wystarczająco dużo uwagi. Zwykle bowiem tego nie robimy, dlatego właśnie wykonujemy zrzut ekranu, zamiast chociażby skopiowania fragmentu tekstu do notatnika czy przepisania informacji ręcznie.

Fot.: Pexels

W tym momencie powinniśmy przejść do koncepcji, która znana jest jako pułapka kolekcjonera, którą spopularyzował Christian Tietze. Odnosi się ona do zarządzania informacją osobistą i w zasadzie sprowadza do bardzo prostej tezy, mówiącej, że zbieranie materiałów może sprawiać wrażenie zdobywania wiedzy, choć w rzeczywistości dopiero przygotowujemy sobie możliwość jej zdobycia.

Nasz mózg robi nam bardzo pod górkę, zwłaszcza kiedy mamy możliwość spojrzenia na całość z boku. Już samo zapisanie artykułu o zdrowym odżywianiu daje nam iluzję poczucia, że zrobiliśmy już krok w stronę lepszych nawyków. Zakup kalendarza, utworzenie folderu czy dodanie do zakładki poradnika dotyczącego organizacji pracy wyzwala w nas myśl, że już uporządkowaliśmy swoje obowiązki. Oczywiście, to nie tak, że materiały same w sobie są bezużyteczne, wręcz przeciwnie. Jednak takie się stają bez żadnego dalszego działania z naszej strony.

Podobną obserwację poczynił Umberto Eco, pisząc o studentach masowo kserujących teksty. Posiadanie kopii mogło dawać im poczucie, że materiał został już zabezpieczony i w pewnym sensie opanowany, chociaż przeczytanie go nadal pozostawało do wykonania. Dziś papierowe kopie zastąpiły między innymi foldery pełne plików, zakładki i tysiące obrazów w telefonach. Dość łatwo pomylić taką kolekcję potencjalnie przydatnych informacji z rzeczywistą wiedzą, a im mniej wysiłku wymaga samo jej zapisanie, tym łatwiej zgromadzić więcej materiałów niż realnie jesteśmy w stanie przetworzyć.

Tworzy się z tego swoiste błędne koło, z którego wyjść jest naprawdę ciężko, a które ostatecznie prowadzi do smutnej kwestii – wydaje nam się, że coś pamiętamy i wiemy, podczas gdy jedyne, co mamy, to cyfrowe pliki zapisane… gdzieś.

Nasz umysł nie musi przecież pracować w pojedynkę

Żeby było jasne, nie dążę tutaj do krytykowania cyfrowych nośników, zdecydowanie nie. One same w sobie nie są niczemu winne. Nie są ani dobre, ani złe, bo jak zwykle wszystko zależy od tego, jak z nich korzystają. Zresztą, przecież od dawna człowiek nie polega już jedynie na własnej pamięci. Przed erą komputerów i smartfonów, były notatniki, zawsze też byli inni ludzie, którzy mogli zapamiętać za nas.

Psycholog Daniel Wegner rozwijał koncepcję pamięci transakcyjnej, opisującą sposób, w jaki ludzie w grupach dzielą się odpowiedzialnością za przechowywanie i odnajdywanie wiedzy. Jedna osoba pamięta, gdzie znajdują się dokumenty, inna zna odpowiedź na konkretne pytanie. Grupowo, mamy więc wszystkie potrzebne informacje i nie każdy musi wiedzieć wszystko, ponieważ wystarczy jedynie wiedzieć, do kogo po daną informację się zwrócić.

Fot.: Pexels

Andy Clark i David Chalmers poszli o krok dalej, proponując w 1998 roku koncepcję rozszerzonego umysłu. Zgodnie z ich argumentacją niektóre narzędzia zewnętrzne mogą pełnić funkcję integralnej części procesu poznawczego, jeśli są wykorzystywane w sposób stały i funkcjonalny. Tu klasycznym przykładem była osoba polegająca na notatniku, który pomaga jej przechowywać informacje potrzebne do codziennego funkcjonowania.

Smartfon śmiało można potraktować jako współczesne rozszerzenie tej idei. Przechowujemy na nim kontakty, terminy, wskazówki dojazdu i notatki, dzięki czemu nie musimy trzymać wszystkich szczegółów w głowie. To realna korzyść, a nie oznaka intelektualnego lenistwa, jak lubią wytykać niektórzy. Są informacje, które wykorzystamy raz, nie ma więc sensu zaśmiecać nimi pamięci długotrwałej. Po to mamy narzędzia, by z nich korzystać. Jedynie trzeba uważać, by zewnętrzny nośnik nie zmienił się nagle z narzędzia do przechowywania informacji w coś, co zacznie wyręczać nas w analizowaniu, porównywaniu, rozumieniu i łączeniu faktów, czyli tych czynnościach, które decydują o tym, czy dana informacja utkwi nam w pamięci.

Co tracimy, kiedy przestajemy przetwarzać informacje?

Żeby wiedza mogła być przydatna, nie wystarczy, że gdzieś istnieje. Musimy jeszcze umieć ją wykorzystać. Dlatego sposób pracy z informacją ma znaczenie. Przetwarzanie znaczenia i wiązanie informacji z posiadaną już wiedzą może sprzyjać zapamiętywaniu bardziej niż skupienie się wyłącznie na jej powierzchownych cechach. Chyba wszyscy mamy tu wiele przykładów ze szkoły, kiedy to wykute definicje uciekały z głowy ekstremalnie szybko, podczas gdy te zagadnienia, które musieliśmy wyjaśnić „własnymi słowami” pozostawały na znacznie dłużej.

Właśnie o to chodzi, o poświęcenie chwili na zrozumienie i zastanowienie się, jaki dana informacja ma realny sens. Tu ważne jest również świadome rozróżnienie, co warto jest zapamiętywać. Nawet czytając wiele artykułów, nie wszystko z nich chcemy mieć w głowie, ale te najważniejsze warto sobie po lekturze streścić, może napisać kilka punktów podsumowania, bo dzięki temu nasz mózg zrozumie, że to coś, co warto zachować.

Fot.: Pexels

Równie ważne jest aktywne przypominanie, czyli próba odtworzenia informacji z pamięci zamiast natychmiastowego ponownego sprawdzania jej w źródle. W ten sposób utrwalamy wiedzę. Niestety obecnie znacznie łatwiej jest otworzyć Google’a, niż spróbować trochę wysilić mózg i spróbować znaleźć w pamięci odpowiedź. Dlatego następnym razem, gdy ktoś zada wam pytanie, poczekajcie z mówieniem „sprawdzę w sieci”. Dajcie sobie chwilę na przeszukanie głowy, bo być może ta informacja gdzieś tam jest.

A nawet jeśli nie, to omińcie wygodny Tryb AI, który daje skondensowane dane na złotej tacy. Otwórzcie artykuł z jednej ze stron poniżej, przeczytajcie go sami i sami wyciągnijcie wnioski. Zajmuje to dłużej, wiem, ale kiedy w grę wchodzi przydatna informacja, daje to większe prawdopodobieństwo, że wiedza później z wami zostanie. Technologia ma pomagać, a nie wyręczać. Zwłaszcza w myśleniu.

Czy cyfrowa pamięć osłabia nasze myślenie?

W debacie o smartfonach często spotykamy się z alarmującymi twierdzeniami, że urządzenia prowadzą do zaniku pamięci, osłabienia koncentracji czy utraty zdolności krytycznego myślenia. Ile jest w tym prawdy? Dużo. Jednak dużo prawdy to nie jest cała prawda, a przysłowiowy kij zawsze ma dwa końce.

Jeśli spędzamy czas na bezmyślnym scrollowania, każdą informację zapisujemy screenshotem, a szukając odpowiedzi posiłkujemy się gotowymi streszczeniami, to tak, raczej nie pomaga to ani w poprawie pamięci, ani w samodzielnym myśleniu. Wiemy jednak, że z internetu można korzystać również w inny sposób. Uczyć się tam nowych rzeczy, dokształcać się, czytać artykuły z całego świata, do których przed cyfrową erą nikt nie miałby dostępu.

Dlatego lepiej zadać sobie pytanie, jakich nawyków uczymy się przez codzienne korzystanie z technologii? Czy dajemy sobie czas na zrozumienie informacji, czy tylko zabezpieczamy ją na przyszłość? Czy korzystamy z wyszukiwarki, by poszerzyć wiedzę, czy zastępujemy nią każdą próbę samodzielnego przypomnienia sobie faktu? Czy zdjęcia pomagają nam wracać do przeżyć, czy sprawiają, że podczas samych wydarzeń skupiamy się głównie na dokumentowaniu? Na to każdy musi odpowiedzieć sobie sam.

Przechowuj tak, by pamiętać więcej

Osoby, które w internecie i smartfonach doszukują się źródła wszelkiego zła, będą radzić wyrzucenie telefonu, odcięcie się od sieci i powrót do długopisu i kartki. Czy to ma sens? Oczywiście, że nie. Bądźmy racjonalni, czy ktokolwiek przetrwałby teraz bez technologii? Jasne, zdarzają się takie jednostki, ale ogólnie jest to mało możliwe, by funkcjonować w społeczeństwie, pracować i utrzymywać więzi, technologia jest nam potrzebna.

Cyfrowe narzędzia służące do zapamiętywania też są potrzebne i nikt nie powie mi, że jest inaczej. Ich zadaniem jest przejmowanie za nas części informacji. Ważne jedynie, by nie były to wszystkie informacje, tylko te, o których świadomie zadecydujemy. By radzić sobie z tym problemem, warto po prostu zacząć zatrzymywać się, gdy znajdziemy coś, co chcemy zapisać.

Te kilka sekund trzeba wtedy poświęcić na decyzję, czy dany szczegół rzeczywiście jest wart zapisania, a jeśli tak, to dlaczego. Artykuł – dlaczego ma trafić do zakładki „ważne”? Screen okładki książki z TikToka – co nas w tym zainteresowało? Po zrzutach ekrany można pisać, dodając zakładkę można dodać tam kilka słów wyjaśnienia. To nic wielkiego, a z czasem można wyrobić w sobie naprawdę dobry nawyk. Podobnie jest ze zdjęciami. Zamiast w muzeum robić fotki każdej tablicy informacyjnej, lepiej jest tam stanąć i przeczytać, a potem – jeśli coś było wystarczająco ciekawe – zapisać w telefonie notatkę.

Fot.: Pexels

Pomocna może być również regularna selekcja cyfrowych archiwów, które niepilnowane potrafią urosnąć do niebotycznych rozmiarów (tak, mówię tu o moich kilku tysiącach screenshotów). Nie trzeba od razu perfekcyjnie porządkować wszystkiego, ale przejrzeć je raz na jakiś czas, sprawdzić, co faktycznie okazało się potrzebne, a co po czasie stało się bezużyteczne, bo już zapomnieliśmy, o co w ogóle chodziło.

Bo w zasadzie cała ta sprawa z cyfrową pamięcią w gruncie rzeczy sprowadza się nie do tego, żeby nie korzystać, tylko do tego, by robić to świadomie. Smartfon jest genialny w zapamiętywaniu i niech dalej to robi, ale niech część tej wiedzy będzie również w naszej głowie. Żeby potem, gdy padnie, nie okazało się nagle, że nie jesteśmy w stanie się z nikim skontaktować, bo nie znamy ani jednego numeru. A bez cyfrowego kalendarza nie znamy nawet daty urodzenia najbliższych nam osób. Przepis na świątecznego piernika niech nadal będzie zapisany w zakładkach, to nie jest potrzebna do życia wiedza. Tylko najpierw trzeba to świadomie oddzielić.

Spodobał Ci się ten artykuł?

Daj znać autorowi — kliknij wielokrotnie.

Chcesz czytać więcej treści jak „Cena cyfrowej pamięci. Zapisujemy wszystko, ale czy cokolwiek z tego pamiętamy?"?Dodaj Focus.pl do preferowanych źródeł w Google
Udostępnij
FacebookX