W Stanach Zjednoczonych pojawił się jednak pomysł tak prosty, że aż człowiek zastanawia się, dlaczego jeszcze nie działa na większą skalę. Chodzi o publiczne stacje skanowania mikroczipów dla zwierząt. Naprawdę bardzo chciałabym zobaczyć coś takiego również na swoim osiedlu.
Czytnik dostępny dla każdego, przez całą dobę
Cała idea działa trochę jak popularne budki z książkami. W wybranych miejscach — przed domami, lokalnymi biznesami albo punktami usługowymi — montowane są niewielkie skrzynki zawierające uniwersalny czytnik mikroczipów. Każdy może z niego skorzystać o dowolnej porze dnia i nocy. Jeśli ktoś znajdzie błąkającego się psa lub kota, wystarczy podejść do takiej stacji, zeskanować okolice łopatek zwierzęcia i odczytać numer czipa. Następnie wpisuje się go do odpowiedniej bazy danych i kontaktuje z właścicielem. Bez stresu, bez konieczności przewożenia zwierzaka przez pół miasta i bez wielogodzinnego czekania do otwarcia lecznicy. Właśnie ta prostota robi tutaj największe wrażenie.
Nie chodzi tu o zastępowanie schronisk czy weterynarzy. Ono po prostu pozwala uniknąć wielu sytuacji, w których zwierzę w ogóle musiałoby tam trafić. Wiele zagubionych psów i kotów znajduje się przecież zaledwie kilka ulic od domu. Problemem nie jest brak właściciela, ale brak szybkiego dostępu do danych kontaktowych. Oczywiście, idealnie by było, gdyby zwierzak miał na szyi obróżkę z takimi informacjami, ale nawet to nie gwarantuje, że podczas ucieczki (czasem też panicznej) czworonóg takiej obroży nie zerwie. Zresztą, dla kotów bywają one dość niebezpieczne, ponieważ mogą zaczepić się o gałąź czy ogrodzenie i spowodować nieszczęście.
Jasne, kot nie powinien być wypuszczany, by chodził samopas. Pies powinien być na smyczy. Wypadki jednak chodzą po ludziach, a w tym przypadku po zwierzakach. Dlatego zamiast tego lepiej skupić się na ograniczaniu problemu, a tym są dla mnie takie budki. Gdyby więcej osób mogło samodzielnie odczytać numer czipa, mnóstwo zwierząt wracałoby do domu jeszcze tego samego dnia. To oznacza mniej stresu dla zwierząt, mniej dramatycznych postów w internecie i mniejsze obciążenie dla przepełnionych schronisk.

Najlepsze jest to, że nie kosztuje fortuny
W czasach, gdy większość dużych projektów rozbija się o pieniądze i biurokrację, ten pomysł jest wręcz absurdalnie przyziemny. W USA wiele takich stacji powstało oddolnie dzięki lokalnym społecznościom. Ludzie sami kupują czytniki, montują skrzynki i udostępniają je sąsiadom. Według organizatorów koszt stworzenia jednej stacji to mniej niż 100 dolarów, czyli około 360 zł. To naprawdę niewiele, biorąc pod uwagę potencjalne korzyści.
Zwłaszcza teraz, odkąd wprowadzono w Polsce obowiązek czipowania psów i kotów, miałoby to dużo sensu. Sam czip nie pomoże przecież zwierzęciu wrócić do domu, jeśli nikt nie będzie miał możliwości go odczytać. Nie wiem tylko jakby działało to w kontekście RODO, ale myślę, że i to dałoby się jakoś rozwiązać.
Jednak w całym tej inicjatywie podoba mi się jeszcze coś. Jasne, czytniki i bazy danych są ważne, ale sednem całego pomysłu jest coś dużo prostszego: stworzenie lokalnej sieci ludzi, którzy chcą sobie pomagać. Może dlatego to tak dobrze działa? Rozwiązanie nie opiera się na wielkich aplikacjach AI, drogich abonamentach ani skomplikowanych systemach. To po prostu małe skrzynki z czytnikiem, które pozwalają szybciej połączyć zagubione zwierzę z człowiekiem, który za nim tęskni.
Źródło: WDRB
