Problem w tym, że nazywanie ustawy „ochroną słońca” nie sprawia, że na niebie nagle przybywa choćby jedna dodatkowa minuta światła. Przesuwa się jedynie moment, w którym to światło dostajemy. A cenę za popołudniowy spacer w promieniach słońca miałyby zapłacić miliony dzieci zmierzających co rano do szkoły w całkowitych ciemnościach.
Amerykanie chcieli więcej słońca po południu. Naukowcy ostrzegają: cenę za to zapłacą dzieci w drodze do szkoły
Zespół biologów i chronobiologów z University of Washington w Seattle postanowił poddać polityczne obietnice chłodnej, naukowej analizie. W badaniu opublikowanym na łamach czasopisma Current Biology naukowcy wyliczyli twarde konsekwencje wprowadzenia wiecznego czasu letniego bez jednoczesnej zmiany godzin otwarcia placówek oświatowych.
Wnioski okazują się przytłaczające, ponieważ jeśli ustawodawcy przepchnęli projekt w obecnym kształcie, uczniowie w całym kraju musieliby odbyć rocznie ponad dwa miliardy dodatkowych podróży do szkoły przed wschodem słońca. Zamiast iść na lekcje w szarówce czy przy porannym słońcu, miliony dzieciaków musiałyby wstawać w ciemności i iść na przystanek lub do szkoły w takich samych warunkach. Zmęczone i niewyspane, bo nawet jeśli człowiek śpi odpowiednią liczbę godzin, pobudka w ciemności mocno to psuje.
Analiza danych drogowych wykazała jednoznaczną zależność – takie warunki drastycznie podnoszą ryzyko potrąceń pieszych. W przypadku dzieci i młodzieży w wieku od 5 do 18 lat śmiertelne wypadki drogowe zdarzają się wielokrotnie częściej właśnie podczas ciemnych godzin porannych. Tymczasem politycy tworzący ustawę skupili się na tym, co dzieje się po popołudniu (gdzie większość dzieci w USA i tak wraca do domu przed zmierzchem), kompletnie ignorując absolutnie kluczowy poranek. To jednak dość typowe dla rządzących, by patrzeć tylko na jedną stronę medalu.
Cierpią najubożsi, a biologia nie wybacza
Problem nie dotyczy przy tym jednego odosobnionego stanu – dotknąłby zarówno Północ, jak i Południe (choć statystycznie najwięcej ciemnych poranków zebrałaby Georgia). Badacze zwracają jednak uwagę na mocny akcent społeczno-ekonomiczny całej sprawy. Jak zauważa biolog Guadalupe Rodríguez Ferrante, największy ciężar wiecznego czasu letniego spadłby na dzieci z najmniej zamożnych rodzin. To właśnie one najczęściej chodzą do szkoły na piechotę, stoją na nieoświetlonych przystankach autobusowych lub docierają do placówek znacznie wcześniej, by skorzystać z darmowych programów śniadaniowych.

W dodatku, jak już wspomniałam, biologiczny zegar dzieci i nastolatków naturalnie wymaga porannego światła, by wyhamować produkcję melatoniny i wybudzić organizm do funkcjonowania. Zmuszanie uczniów do nauki w trybie „nocnym” to prosta droga do zaburzeń koncentracji i stanów depresyjnych. Czy naprawdę powinniśmy dokładać jeszcze ten czynnik do i tak już dużego worka problemów?
Historia już raz udzieliła tej lekcji
Oczywiście, likwidacja przestawiania zegarków nie jest złym pomysłem samym w sobie. Problemem jest jednak fakt, że w USA chcą wybrać czas letni. Eksperci wskazują natomiast, że jedyną bezpieczną i zgodną z naszą biologią opcją jest wprowadzenie na stałe czasu standardowego (zimowego). Takie rozwiązanie z miejsca zredukowałoby liczbę niebezpiecznych, ciemnych poranków w drodze do szkoły aż o połowę.
Co też ciekawe, USA najwyraźniej nie umie uczyć się na własnych błędach, bo przecież ten pomysł został już przetestowany w praktyce. W styczniu 1974 roku, w reakcji na kryzys energetyczny, w USA wprowadzono całoroczny czas letni. Eksperyment nie przetrwał nawet roku i zrezygnowano z niego w trybie natychmiastowym pod ogromnym naciskiem przerażonych rodziców, których dzieci musiały po omacku docierać na poranne zajęcia. Miejmy więc nadzieję, że tym razem rządzący pójdą po rozum do głowy wcześniej i nie każą dzieciom (i dorosłym również) tak funkcjonować.
Źródło:Current Biology
