Wieczorem 2 stycznia 2018 w centrum CNSA z pewnością słychać było okrzyki radości. Po nerwach związanych z nawigacją i trwającą prawie miesiąc podróżą wreszcie tamtejsi naukowcy mogli ogłosić sukces. Z pewnością nie tylko oni przebierali nogami z emocji szczególnie, że chińska agencja kosmiczna znana jest z tajemniczości, bardzo nie lubi dzielić się nadmierną ilością detali swoich misji. 7 grudnia sonda została wystrzelona, pięć dni później już krążyła na orbicie naszego sąsiada i wreszcie 30 weszła na orbitę przygotowującą ją do lądowania. 

W tym czasie na Ziemi w internecie na forach internetowych oraz mediach społecznościowych wręcz kipiały emocje. Astronomowie amatorzy starali się śledzić przebieg misji, naukowcy i fascynaci prześcigali się w domysłach. W końcu kurtyna opadła.

- To naprawdę historyczny czas, jestem strasznie podekscytowany – napisał do redakcji National Geographic Long Xiao, geolog z Chińskiego Uniwersytetu Nauk Geologicznych – Wraz z lądowaniem i zrobieniem zdjęć przez łazik i lądownik czekam z niecierpliwością na to jak zobaczymy prawdziwe oblicze niewidocznej strony. 

Widok na Księżyc z lądującej sondy. Fot. Jin Liwang*/Xinhua News/East News

Dlaczego to przełom?

To nie tylko kwestia prestiżu chińskiego programu kosmicznego. Niewidoczna strona Księżyca, nazywana potocznie (aczkolwiek błędnie) "ciemną" to obszar, który w czasie nowiu odwrócony jest w naszą stronę. Nasz satelita "świeci" światłem odbitym od Ziemi. Do czasu sond kosmicznych można było zbadać zaledwie fragmenty krawędzi tego obszaru, ale gdy już pojawiły się kosmiczne urządzenia badawcze, problemy wcale nie zniknęły. 

Wyprawa na drugą stronę Księżyca jest trudna, bo sam satelita zasłania i utrudnia łączność radiową. Astronauci z Apollo podczas orbitowania wokół Srebrnego Globu będąc po drugiej stronie tracili kontakt z Houston. Do tej pory kilka sond lądowało tam, jednak za każdym razem były to kraksy. Dopiero chiński Cheng'e-4 jako pierwszy miękko usiadł w tym miejscu.

Chang'e-4 podczas symulacji lądowania. Fot. Jin Liwang/Xinhua News/East News

Pomógł mu satelita Queqiao, która służy jako przekaźnik i znajduje się w punkcie neutralnym – gdzie grawitacja Ziemi i Księżycowa równoważą siłę dośrodkową obiektu. Można to nazwać kosmicznym czujnikiem parkowania albo boją sygnalizacyjną. Poprawiając w ten sposób łączność CNSA zamierza kontrolować łazik i wysłać go w stronę krateru Von Kármán. Ma on około 180 km średnicy i leży na terenie basenu Biegun Południowy – Aitken. 

Chińscy badacze chcą dowiedzieć się więcej o budowie i historii tych formacji. Każdy z kraterów to zapis różnych uderzeń w Księżyc. Co w niego uderzało? Jak często? Czy coś ze sobą przyniosło? Co te kolizje mogły oznaczać dla rozwoju życia na Ziemi? To pytania, na które chcą odpowiedzieć naukowcy stojący za sterami Cheng'e-4.

Widok na Księżyc z lądującej sondy. Fot. Jin Liwang*/Xinhua News/East News

Co dalej? 

To nie koniec chińskich kosmicznych planów. Następna misja, Chang'e-5 ma pobrać próbki z powierzchni Księżyca i przywieźć jest z powrotem na Ziemię. Jeśli się to uda, będzie to trzeci kraj, który przyśle coś stamtąd do domu i drugi, który osiągnie to dzięki robotom. Szczegóły planów są oczywiście owiane tajemnicą, jednak podobno rozważane jest także załogowe lądowanie, już w 2020 roku. Nie oni jedyni, zresztą.