Rakieta Long March 5B wyniosła na orbitę Ziemi pierwsze elementy chińskiej stacji kosmicznej, która ma nosić nazwę Tianhe. Teraz rakieta wraca na Ziemię, ale nie jest to powrót, który mógłby się spotkać z entuzjastycznym przyjęciem. Maszyna spada bowiem w sposób niekontrolowany, a eksperci przestrzegają, że jest na tyle duża, że jej fragmenty nie ulegną całkowitemu zniszczeniu w atmosferze. Mogą więc uderzyć w Ziemię, tworząc zagrożenie dla ludzi.  

W przypadku poprzedniej rakiety – Long March 5 – szczątki maszyny uderzyły w wioski na obszarze Wybrzeża Kości Słoniowej. Teraz nikt nie wie dokładnie, gdzie może dojść do kolizji, dlatego astronomowie na całym świecie obserwują lot, aby oszacować, które rejony znajdą się w strefie zagrożenia. 

Kiedy chińska rakieta uderzy w Ziemię? 

Pierwsze zdjęcie pędzącej rakiety zrobili włoscy astronomie pracujący przy The Virtual Telescope Project – systemie teleskopów robotycznych. Na zdjęciu opublikowanym m.in. na Facebooku widać Long March przypominającą jasny, świecący punkcik.  

„Na kilka minut przed wschodem słońca [w czwartek – przyp. red.] mogliśmy uchwycić to wyjątkowe zdjęcie, pokazujące korpus chińskiej rakiety Long March 5b (CZ-5B R/B), która za kilka dni ponownie wejdzie w naszą atmosferę” – czytamy na profilu projektu.  

Jak podali naukowcy, rakieta porusza się „niezwykle szybko”, a w momencie obserwacji znajdowała się ok. 700 km nad Ziemią. Według najnowszych informacji podanych przez rząd Stanów Zjednoczonych przewiduje się, że fragmenty rakiety spadną na Ziemię w sobotę 8 maja. 

Ostatnie chwile jej lotu będzie można śledzić w sieci, dzięki The Virtual Telescope Project, który zamierza uruchomić transmisję online.  

Stany Zjednoczone w stanie gotowości 

Może to być trzymający w napięciu spektakl, bo – jak informuje rzecznik Departamentu Obrony USA – istnieje ryzyko, że niektóre elementy maszyny spadną na tereny zamieszkane. „Obecnie nie można określić dokładnego punktu wejścia rakiety w atmosferę” – dodał rzecznik.  

W związku z brakiem dokładnych danych, Amerykanie obawiają się, że powrót chińskiej rakiety może zakończyć się „ognistym deszczem” nad Nowym Jorkiem. Urzędnicy zapytani o procedury oraz plan powiadamiania poszczególnych stanów i innych krajów o potencjalnym zagrożeniu, odpowiadają jedynie, że „nie ma obecnie wystarczającej wiedzy, aby formułować konkretne plany”. Trzeba przyznać, że to mało pocieszające zapewnienie, jeśli weźmiemy pod uwagę, jak niewiele czasu zostało do ewentualnego uderzenia.  

Aby uspokoić obywateli Departament Obrony podkreślił, że Space Command (specjalna wojskowa jednostka kosmiczna) na bieżąco śledzi Long March 5B i gdy tylko pojawi się zagrożenie, niezwłocznie poinformuje o tym odpowiednie władze stanowe lub międzynarodowe.  

– Dowództwo jest świadome zagrożenia i śledzi położenie chińskiego statku Long March 5B w przestrzeni, ale jego dokładnego punktu wejścia w atmosferę Ziemi nie można określić wcześniej, niż z wyprzedzeniem kilku godzin – wyjaśnia Mike Howard. 

Polska nie powinna być zagrożona  

Jonathan McDowell, astronom z Harvard-Smithsonian Center for Astrophysics, szacuje, że korpus chińskiej rakiety może uderzyć na bardzo szerokim obszarze – od szerokości geograficznej północnej na poziomie Nowego Jorku i Madrytu, aż po południowe Chile i Wellington w Nowej Zelandii. 

Większość fragmentów rakiety powinna spalić się w atmosferze przed uderzeniem w Ziemię. Niestety te szczątki, które się nie spalą, mogą uderzyć w zamieszkane tereny. Nawet jeśli wpadną do wody lub wylądują na obszarach niezamieszkanych, to mogą uszkodzić infrastrukturę (np. linie energetyczne) lub stworzyć zagrożenie dla zwierząt.  

McDowell przypomina, że gdy na Ziemię wracała rakieta Long March 5, do powierzchni planety dotarły długie metalowe pręty, które nie uległy spaleniu w atmosferze. Zniszczyły wówczas kilka budynków na Wybrzeżu Kości Słoniowej. – Większość się spaliła, ale były też te ogromne kawałki metalu, które uderzyły w ziemię. Mamy szczęście, że nikt nie został wtedy ranny – dodaje astronom. 

 

Źródło: The Virtual Telescope Project, The Guardian