Mówię o Murdoku, czyli dziwnym połączeniu logicznych łamigłówek i klimatycznych, klasycznych powieści kryminalnych. I nie chyba tylko mnie tak to zainteresowało, bo ostatnio ta forma spędzania czasu szybko rośnie na popularności.
Gdy matematyczna siatka zamienia się w miejsce zbrodni
Na pierwszy rzut oka plansza do Murdoku wygląda jak ta do sudoku, jednak zamiast wpisywania cyfr w puste okienka, dostajemy do rozwiązania pełnoprawne śledztwo w stylu Sherlocka Holmesa czy Herkulesa Poirot. Twórcą tej genialnej w swej prostocie koncepcji jest kanadyjski projektant łamigłówek Manuel Garand. Tchnął on drugie życie w matematyczny schemat, zamieniając go w miniaturowy teatr zbrodni.
Zasada działania opiera się na znajomej mechanice klasycznego sudoku połączonej z elementami logicznej dedukcji oraz gry w statki. Na tradycyjnej siatce, zamiast suchych liczb, musimy prawidłowo rozmieścić postacie podejrzanych, świadków, poszlaki, a także samą ofiarę i bezwzględnego mordercę. Reguła podstawowa pozostaje bez zmian, bo żadna postać ani element nie może powtórzyć się w tym samym wierszu czy kolumnie.

Co sprawia, że ta gra tak niesamowicie wciąga? Każda kolejna plansza to osobna, bogato ilustrowana historia osadzona w niezwykle barwnych sceneriach. Możemy prowadzić dochodzenie w luksusowym kasynie, paryskiej operze, klimatycznym klubie szachowym, a nawet w wiejskiej piekarni czy na swojskiej farmie. Sukces całego śledztwa zależy od naszej spostrzegawczości. Analizujemy otoczenie, a meble, elementy architektury, rośliny czy znajdujące się na planszy zwierzęta stają się pełnoprawnymi poszlakami logicznymi. Gdy prawidłowo uzupełnimy całą planszę, ostatnie puste pole wskazuje miejsce znalezienia zwłok, a powiązany z nim podejrzany okazuje się poszukiwanym zabójcą.
Samo zjawisko urosło już do rangi prawdziwego fenomenu popkulturowego. Świat absolutnie oszalał na punkcie tych morderczych zagadek, a szczególną popularność Murdoku zdobyło w Hiszpanii. Tamtejsi czytelnicy wykupili ponad 140 tysięcy egzemplarzy książki, która znikała ze stoisk na wiosennych targach w błyskawicznym tempie. W niektórych księgarniach zaczęły nawet powstawać organizowane na żywo zawody w grupowym rozwiązywaniu zagadek, a w sieci pojawiły się cyfrowe wersje demonstracyjne z gotowymi scenariuszami.
Trend ten dotarł już nawet do Polski, a wydawnictwo Bukowy Las wydało już zeszyt z zagadkami „Murdoku. 80 zabójczych łamigłówek”. I tak, już to sobie zamówiłam.
Od kolorowanek, przez krzyżówki
Nie da się nie zauważyć, że dorośli naprawdę chętnie sięgają po tego typu zadania. Kiedyś był boom na antystresowe kolorowanki z mandalami i choć nadal bez trudu można je kupić, to zaczęliśmy poszukiwać czegoś więcej. Kolorowanie jest dobre na uspokojenie się, ale gdy chcemy wytężyć umysł, szukamy łamigłówek, wciągającej fabuły i intrygi.
I tak, wzięło się to przede wszystkim stąd, że nasze życia wypełnione są ekranami. Z kolei rozwiązywanie papierowych zagadek z ołówkiem i gumką w ręce oferuje dokładnie to, czego tak bardzo nam brakuje – kilka lub kilkanaście minut głębokiego skupienia, wyciszenia i zabawy bez natrętnych powiadomień, wyskakujących okienek i wiecznego pośpiechu.

Nie mogę też nie wspomnieć o tym, że takie zabawy są naprawdę dobre dla naszego organizmu. Tego typu ćwiczenia logiczne to genialny, stymulujący trening dla naszego mózgu. Zamiast biernie pochłaniać dziesiątki krótkich filmików na TikToku, które rozbijają naszą uwagę na drobne kawałki, zmuszamy umysł do budowania skomplikowanych łańcuchów przyczynowo-skutkowych, ćwiczymy pamięć roboczą oraz elastyczność poznawczą.
Murdoku nie ma oczywiście zamiaru całkowicie wyprzeć z naszego życia nowoczesnych technologii czy smartfonów, bo oba te światy mogą spokojnie istnieć obok siebie. Daje jednak coś bezcennego – genialny pretekst, by choć na pół godziny odłożyć telefon na szafkę, sięgnąć po ołówek i na chwilę stać się genialnym detektywem na tropie zbrodni.
