Po ubiegłorocznym sukcesie płóciennej wersji Crafted, amerykański producent postanowił pójść o krok dalej i nadać swojej flagowej sylwetce kowbojski charakter. Zapomnijcie o wszechobecnym tworzywie Croslite na całej powierzchni buta. Nadchodzi model Crafted Pony Hair Clog, w którym klasyczna, dziurawa góra ustąpiła miejsca… naturalnej skórze pokrytej prawdziwym włosiem. Nie obędzie się więc bez kontrowersji na dwóch poziomach – wyglądowym i etycznym.
Dziki Zachód na stopach
Zamiast jednolitej pianki, wierzchnia część butów została wykonana z autentycznej skóry bydlęcej z zachowanym, miękkim futerkiem. Aby podkręcić ten surowy, westernowy klimat, producent przygotował dwa wyraziste wzory graficzne do wyboru: jeden imituje klasyczną maść kucyka (pony hide), drugi nawiązuje do charakterystycznych cętek młodego jelonka (fawn). Z tego samego gatunku naturalnej skóry (choć już w wersji gładkiej, pozbawionej włosia) wycięto również charakterystyczny ruchomy pasek na piętę.




Pod tą ekstrawagancką, skórzaną powłoką to wciąż stary, dobrze znany Crocs. Wkładka oraz podeszwa zewnętrzna nadal wykorzystują opatentowaną piankę Croslite. Buty są więc niebywale lekkie, świetnie amortyzują kroki i dają się błyskawicznie przełączyć z luźnego trybu klapek w stabilny, „sportowy” tryb z paskiem za piętą. Trzeba jednak pamiętać o jednym, logicznym kompromisie – o ile klasyczną gumę wystarczyło opłukać pod kranem, o tyle skórzano-futrzana góra nie polubi się z głębokimi kałużami i ulewnym deszczem.




Oficjalna premiera tego włochatego eksperymentu zaplanowana jest na stronie internetowej producenta już 9 lipca 2026 roku. Największym zaskoczeniem w całym projekcie okazuje się jednak cena. Za parę Crocsów wykończonych prawdziwą, fakturowaną skórą przyjdzie nam zapłacić 80 dolarów (czyli w bezpośrednim przeliczeniu około 300 złotych). Oczywiście, to zauważalnie więcej niż kosztuje bazowa, w pełni plastikowa wersja, ale nadal to całkiem rozsądna cena.
Są paskudne, ale…
Nie będę ukrywać, ten design kompletnie do mnie nie przemawia. Nie jestem może totalną przeciwniczką naturalnej skóry, więc nie chodzi tu o kwestie etyczne, a o czystą estetykę. Lubię szalone projekty i ciekawe buty, ale te Crocsy są kompletnie nie dla mnie. Jednak, żeby być sprawiedliwym, jestem całkowicie pewna, że jeśli ktoś wyjdzie w nich na ulicę, to zdecydowanie ludzie będą się za nim oglądać.
I pewnie właśnie o to chodzi. Crocsy nigdy nie miały być piękne, ich siła tkwi raczej w tej „brzydocie” i wygodzie, którą ludzie pokochali. Teraz z kolei marka znów udowadnia, że nadal potrafi zaskoczyć i dostarczyć absolutną ekstrawagancję w cenie dostępnej dla każdego. Jeśli szukacie sposobu na przełamanie nudy w letniej garderobie i chcecie sprawdzić, jak kowbojski sznyt radzi sobie w miejskiej dżungli, te miękkie chodaki mogą okazać się najbardziej bezczelnym i udanym zakupem tego sezonu. Chociaż ja wciąż będę trzymać się od nich z daleka.
