Podbój dokonał się rękoma autochtonów, o czym wzmiankowali nawet oni sami, np.  w „Dziejach Inków przez nich samych spisanych”: „na stronę chrześcijan [przeszło] czterech Inków spośród najdostojniejszych – wszyscy z wielkimi drużynami Indian”. To oni przechylali szalę zwycięstwa na stronę Hiszpanów, choć europejscy kronikarze odnotowywali jedynie pojawienie się św. Jakuba albo innej siły wyższej.

PIZARRO JAK… PAPIEŻ

Wszyscy kronikarze z tamtego okresu wytężali wyobraźnię, by stworzyć obraz hiszpańskiego męstwa i wyższości rasowej. W takiej wersji nie było miejsca dla Indian, bez których garstka Hiszpanów – bez znajomości terenu i języka, a często minimalnego doświadczenia bitewnego – nie przetrwałaby nawet kilku tygodni. To nie przewaga militarna lub cywilizacyjna umożliwiła Hiszpanom podbój Peru. Tak naprawdę pojawienie się Pizarra stało się nie tylko zarzewiem buntu podbitych przez Inków ludów, lecz również katalizatorem walk między pretendentami do inkaskiego tronu.

Paradoksem historii jest, że niepiśmienny konkwistador, będący współsprawcą ludobójstwa na niespotykaną dotąd skalę, odegrał wśród buntowników podobną rolę jak papież Polak, który w czasach komunistycznego reżimu dał rodakom nadzieję, odwagę oraz wiarę. Niestety, południowoamerykańscy autochtoni w najczarniejszych snach nie przypuszczali, że „wybawcy” zgotują im los gorszy niż dotychczasowi ciemiężyciele. Zanim przyszło opamiętanie, było już za późno.