Melanezja to ostatni na naszym globie rejon, w którym do dziś koteki stanowią popularny strój, noszony nie tylko przy okazji świąt i uroczystości. Samo określenie pochodzi z indonezyjskiego i oznacza... pudełko. Osłony wykonane ze zdrewniałych owoców tykwy ozdabia się kitkami z futra i piór, ale to tylko jeden z wariantów.

Równie popularne są plecione z łyka i liści wzorzyste pokrowce, łupiny orzechów, liście, rzeźbione z drewna futerały czy wydmuszki. U wielu plemion zamieszkujących górskie obszary Nowej Gwinei osłona penisa stanowi główny (a w niektórych wypadkach jedyny) element męskiego stroju. Najczęściej jest to spreparowany i utwardzony w żarze ogniska owoc tykwy Lagenaria siceraria.

Przytwierdza się go za pomocą pętelki ze sznurka do moszny i utrzymuje w pionie dłuższym sznurkiem przepasującym talię. Wielkość i kształt bynajmniej nie są przypadkowe i świadczą nie tyle o przymiotach przyrodzenia właściciela, ile o jego pochodzeniu etnicznym. Każde plemię ma swój wzór i to na tyle charakterystyczny, że bez problemu można poznać po nim jego, nomen omen, członka. Dani z Doliny Baliem noszą dosyć cienkie, krótkie, fantazyjnie zakręcone tykwy, ich wschodni sąsiedzi z plemienia Yali preferują cienkie koteki karykaturalnej długości, dochodzącej nawet do pół metra. Z kolei mieszkający na zachodzie Lani noszą koteki grube i krótkie, a plemię Tiom podwójne (jedna włożona koncentrycznie w drugą), wykorzystując wolną przestrzeń między nimi jako... kieszeń.

Z braku innych elementów stroju koteka staje się podręcznym przybornikiem na drobne narzędzia, w rodzaju haczyków na ryby, krzesiwa, drumli czy też zapasu tytoniu i ziół.

Jak nietrudno się domyślić, poruszanie się w takim stroju nie jest wygodne. O ile w górach imponujących rozmiarów koteki nie przeszkadzają zbytnio w chodzeniu, o tyle na terenach nizinnych pokrytych gęstym lasem deszczowym paradowanie z przytwierdzonym do członka kilkudziesięciocentymetrowym pałąkiem byłoby niewygodne i niebezpieczne, grożąc urazem zawartości. Dlatego mieszkający w podmokłej dżungli Korowajowie z grupy Batu używają połówek łupin orzechów lub liści, a Kombajowie ptasich dziobów, na ogół sporych pofałdowanych dziobów dzioborożca.

Zmienia się też technika mocowania – o ile Dani czy też Lani wpychają członek do wnętrza tykwy (powodując z czasem jego deformację, niewpływającą, jak przynajmniej utrzymują właściciele, na jakość pożycia), o tyle Korowajowie wpychają go do wnętrza moszny, by zawinąć listkiem tylko wystający fałd skóry. Z kolei mieszkańcy bagnistych nizin Sepiku używają miękkich i elastycznych, przypominających prezerwatywę osłon, plecionych niekiedy w niezwykłe wzory z kolorowego łyka lub trzciny. Mężczyźni z Vanuatu zawijają członek w misterną konstrukcję z liści nazywaną „namba”.

Ogródek pełen majtek

Równie szokujące jak sam fakt noszenia kotek jest to, że pomijając sytuacje intymne, prawie się ich nie zdejmuje. Chłopcy zakładają pierwszą kotekę w wieku 3–4 lat, kiedy przestają ssać pierś i zaczynają towarzyszyć mężczyznom w codziennych zajęciach. Pokrowiec będą nosić przez większą część życia. Kotekę zdejmuje się do mycia, w czasie seksu, ale śpi się już w niej – oczywiście na boku. Koteki się zmienia. Każdy szanujący się mężczyzna z plemienia Dani uprawia w swoim ogródku tykwy, modelując ich kształt za pomocą kamiennych obciążników. W garderobie wojownika jest kilka tykw: zwyczajne i odświętne – bardziej okazałe, ozdobione frędzlami z ptasich piór albo kitkami z ogonów kangura lub oposa. Wielką tajemnicą pozostaje to, po co nosi się osłony penisa. Antropologom prowadzącym badania wśród kultur Nowej Gwinei nie udało się tego wyjaśnić.

U żadnej z kilkuset kultur nie przetrwały legendy ani podania, na których podstawie można byłoby chociaż w przybliżeniu datować zrodzenie się tego zwyczaju. Wbrew oczywistym skojarzeniom, sterczące do góry pokaźne koteki nie służą bynajmniej podkreśleniu męskości – nie są symbolem permanentnej erekcji. Tak przynajmniej utrzymują ich właściciele, tłumacząc, że jedyną funkcją futerałów jest ochrona i osłanianie przyrodzenia. Pytani, czemu wybrali tak dziwaczną jej formę, odpowiadają, że to taka tradycja – mężczyźni nosili koteki od zawsze...



Faktem jest, że Papuasi są niezwykle przywiązani do tradycji. Do tego stopnia, że niektórzy w niezwykle malowniczy sposób łączą je ze współczesnymi elementami stroju. Widok tykwy sterczącej z rozporka spodni lub wyzierającej spomiędzy guzików koszuli nie jest niczym nadzwyczajnym. W latach 70. ubiegłego stulecia, po przejęciu kontroli nad zachodnią częścią Nowej Gwinei, władze indonezyjskie postanowiły wykorzenić ten obyczaj, piętnując go jako symbol zacofania. Zakrojona na szeroką skalę kampania pod kryptonimem „Operasi Koteka” (Operacja Koteka) spełzła na niczym, a noszenie koteki stało się symbolem sprzeciwu wobec obecności Indonezyjczyków na wyspie. Raczej nie należy też podejrzewać, że wynalazek kotek wynikał z potrzeby okrycia własnej nagości. Aż do przybycia Europejczyków nagość była w Melanezji czymś
powszechnym i niewywołującym wstydu. Zaszczepili go dopiero misjonarze. Na zdjęciach z końca XIX i pierwszej połowy XX wieku nie sposób znaleźć nagich tubylców. Administracja kolonialna, pod silnym wpływem protestanckich misjonarzy, zmuszała miejscową ludność do wkładania przyodziewku.

Mężczyźni musieli nosić przynajmniej przepaski biodrowe, zasłaniające pośladki i krocze. Tradycyjny strój mieszkańców Papui-Nowej Gwinei i okalających ją wysp, nazywany w języku pidżin „lap- lap”, to nic innego jak wariacja na temat wymuszonej przez misjonarzy przepaski z czerwonego materiału.