Z nad drzwi straszył wypchany nietoperz. Ze ścian zwisały liście imitujące dżunglę, w zielonym gąszczu majaczyły sylwetki węża, tygrysa i posążki Buddy. 7 września 1875 r. do dziwacznie przystrojonego apartamentu przy nowojorskiej 47. ulicy weszło dziewiętnaście osób. 

Zebrali się, by… zapoczątkować nową erę w dziejach ludzkości. Znali się dobrze, więc bez zbędnych ceregieli uchwalili statut, wybrali władze i przekazali światu wiadomość o powołaniu Towarzystwa Teozoficznego. 

Nazwa stowarzyszenia, utworzona ze zbitki greckich słów: theos i sophia, oznacza „mądrość Boga”. Jego członkowie nie mieli wątpliwości, że poznali najgłębszą prawdę o świecie, kosmosie i człowieku. Nie zamierzali jej ukrywać. Wręcz przeciwnie: chcieli ją upowszechniać, by na Ziemi wreszcie zapanowało braterstwo i sprawiedliwość.

A konkretnie, prawdę tę odkryła gospodyni spotkania, korpulentna 44-letnia dama o błękitnych hipnotyzujących oczach Helena Bławatska. Nie był to jeszcze czas równouprawnienia kobiet, więc w zarządzie jako współprzewodniczący zasiedli obok niej prawnik William Judge i emerytowany pułkownik Henry Steel Olcott.

 

Niewidzialni mędrcy

O Bławatskiej wiadomo tyle, ile sama ujawniła. A ponieważ miała wyjątkową zdolność mieszania fikcji z rzeczywistością, bardzo trudno je od siebie oddzielić. Urodziła się w Jekaterynosławiu (dziś Dniepropierowsk na Ukrainie), była córką rosyjskiej szlachcianki Jeleny Fadiejewej i służącego w carskiej armii niemieckiego oficera Petera von Hahna. W jej późniejszych konfabulacjach rodzice awansowali do rangi książąt. 

Po wczesnej śmierci matki Helenę wychowywali dziadkowie, którzy jak najszybciej znaleźli jej męża. W wieku 17 lat panna von Hahn została panią Bławatską, żoną wicegubernatora Erywania. Prawie trzy razy starszy małżonek nie zdołał wzbudzić w nastolatce choćby odrobiny uczucia. Nie pozwoliła mu się tknąć, a kilka miesięcy po ślubie wyjechała do Egiptu. Według jej wersji – uciekła. Nie miała jednak problemów ze sfinansowaniem wyprawy, więc raczej uzyskała zgodę męża. Ten łudził się, że podróż zmieni jej stosunek do niego, a przede wszystkim ukoi rozedrgane nerwy i przywróci równowagę psychiczną. Miał powody do niepokoju, gdyż młoda żona spędzała długie godziny na rozmowach z niewidzialnymi mędrcami, którzy przekazywali jej tajemną wiedzę. Nazywała ich mahatmami. 

Wyprawa do Egiptu niczego nie zmieniła, okazała się za to początkiem wieloletnich peregrynacji. Bławatska dotarła do Libanu, Syrii, Iraku, Turcji. Twierdziła, że wszędzie spotykała się z mistrzami duchowymi, którzy wprowadzali ją w świat swoich wierzeń i misteriów. Poznała doktrynę druzów, derwiszów, Koptów. Raczej trudno uwierzyć, by mistycy, którzy nie zdradzają sekretów nikomu prócz wiernych uczniów, podzielili się nimi z nieznaną osobą, w dodatku kobietą. O swych przygodach opowiadała jednak tak przekonująco, że zachwyconym słuchaczom nawet na myśl nie przyszło kwestionowanie jej wiarygodności.

Po dwóch latach wróciła do Europy, uzyskała rozwód i podczas pobytu w Londynie spotkała… ucieleśnionego mahatmę. Przybrał postać „wysokiego Hindusa”, który rozpoznał ją i zaprosił do Tybetu, do Centrum Mądrości Mistrzów. Chociaż tybetolodzy zgodnie twierdzą, że nigdy tam nie była, Bławatska do końca życia zapewniała, że w przebraniu dotarła do klasztorów, gdzie starzy lamowie, jako wcielenie mahatmów,  przekazali  jej  tajemną wiedzę. Salon, w którym ukonstytu- owało się Towarzystwo Teozoficzne, nazwała na ich cześć Lamaserium.

 

Doktryna tajemna

Już kilka lat po powstaniu organizacja miała filie w Europie, obu Amerykach i Australii. Bławatska przeniosła wówczas jej centralę z Ameryki do Indii, by być bliżej duchowych mistrzów. Otrzymywała od nich już nie tylko przekazy słowne, lecz również pisemne... pojawiające się samoistnie na kartkach papieru. Sytuacja nieco się skomplikowała, gdy służący odkryli przypominający pocztę pneumatyczną system zapadni i skrzynek, a eksperci z londyńskiego Towarzystwa Badań Psychologicznych po analizie charakteru pisma orzekli, że teksty wychodzą spod ręki teozofki. 

Nie miało to większego wpływu na jej zwolenników – uznali, że padła ofiarą zemsty niezadowolonych pracowników. Na wszelki wypadek Bławatska zrezygnowała jednak z pisemnych seansów i odtąd twierdziła, że  dzięki  niewidzialnym  mędrcom posiadła zdolność odczytywania Kronik Akaszy – kosmicznego archiwum, w którym za sprawą magnetycznej siły każdego człowieka zapisywane są na „falach światła astralnego” wszystkie wydarzenia od początku świata.

Tym, co w niej wyczytała, podzieliła się z ludzkością w dziele życia – wydanej w 1888 r. „Doktrynie tajemnej”. Dwutomowa, napisana zawiłym językiem księga, ma ponad półtora tysiąca stron. Bławatska przekonywała, że pierwsi ludzie byli istotami eterycznymi, niewidzialnymi i bezpłciowymi. Zniszczył ich kosmiczny kataklizm, po którym odrodzili się już jako rasa mniej doskonała, mająca prócz ducha tzw. ciało astralne. Historia powtarzała się pięciokrotnie, a po każdym unicestwieniu powstawała gorsza, bardziej skażona rasa. Trzecia żyła na Lemurii. Czwarta na Atlantydzie, a z jej niedobitków, którzy ocaleli na dalekiej północy, zrodzili się Aryjczycy (Ariowie). 

Epoka lodowcowa zmusiła ich do wędrówki na południe, gdzie kładli fundamenty pod wielkie cywilizacje: Egiptu, Indii, Persji, Grecji. W wyniku rozmaitych zawirowań i skażenia dziewiczej natury seksem powstawały kolejne podrasy, coraz bardziej przywiązane do materii, zapominające o uwięzionym w ich ciałach duchu, boskiej iskrze. Zadaniem teozofów miało być powstrzymanie tej degradacji człowieka i zawrócenie ewolucji w stronę ducha. Misję tę powierzyli im ukryci mistrzowie, którzy – jak się okazało – są wcieleniami dawnych mieszkańców Atlantydy i Ariów, żyjącymi w tybetańskiej krainie Szambala. Tam z pokolenia na pokolenie przekazują wiedzę praprzodków: doktrynę tajemną. 

 

Mistyka dla każdego

Z naukowego punktu widzenia był to pseudointelektualny bełkot, z kościelnego – nowa wersja starych herezji gnostyckich, odradzających się podczas każdego kryzysu chrześcijaństwa. Kościół od reformacji tracił monopol na prawdę ostateczną, w epoce oświecenia zaczęła mu wyrastać świecka konkurencja w postaci tajnych związków – od różokrzyżowców po masonerię. W połowie XIX w. fundamentami światopoglądu religijnego jeszcze mocniej zatrzęsły teoria ewolucji i rewolucja przemysłowa. 

Triumf racjonalizmu i materializmu rodził jednak romantyczną tęsknotę za wielką tajemnicą. Wszędzie, od Nowego Jorku po Syberię, na zakonspirowanych spotkaniach zbierali się więc okultyści, odkrywający na nowo sekretne pisma i misteria starożytnych Egipcjan, perskich magów, greckich mistyków, żydowskich kabalistów. Teozofia znakomicie wpisywała się w ten klimat. Z jednej strony odrzucała sprzeczne z nauką dogmaty religijne, z drugiej przypominała o istnieniu religii starszych niż chrześcijaństwo: buddyzmu i hinduizmu. Doktryna tajemna wiele od nich zapożyczyła, co dodawało jej powagi, a domieszka egzotyki zwiększała zainteresowanie opinii publicznej. 

Dla wielu ludzi odchodzących z różnych powodów od Kościołów chrześcijańskich teozofia stała się substytutem religii, a „Doktryna tajemna” – Biblią. Opasłą, mętną księgę każdy mógł odczytywać po swojemu. Kogo odstręczały baśniowe opowieści o Atlantydzie czy Lemurii, mógł się skupić na reinkarnacji i duchowym samodoskonaleniu. Dlatego teozofia znalazła gorliwych wyznawców nie tylko wśród nawiedzonych ezoteryków. Do jej gorliwych orędowników należał laureat literackiej Nagrody Nobla William Butler Yeats, który przybrał nawet mistyczne imię Diabolus est Deus Inversus (Diabeł jest rewersem Boga). Członkiem Towarzystwa był wybitny holenderski malarz i teoretyk sztuki Piet Mondrian. Obrazy, które sprowadził do układów linii prostych i geometrycznych plam w trzech kolorach, to teozofia przełożona na język sztuki. Rosyjski artysta Nikołaj Roerich w poszukiwaniu Szambali przemierzył Himalaje, Indie,  pustkowia  Centralnej Azji. Mahatmów nie znalazł, ale poznał wiedzę tajemną i wraz z żoną (tłumaczką na rosyjski książek Bławatskiej) założył międzynarodowe Towarzystwo Agni Jogi, propagujące nasyconą mistyką prawosławia odmianę teozofii.

Bliskim znajomym autorki „Doktryny tajemnej” był kompozytor Nikołaj Skriabin, który przenosił jej idee w sferę muzyki. Robił to tak udatnie, że Bławatska reklamowała jego twórczość, a w trudnych chwilach wspierała biedującego twórcę finansowo. 

Teozofii ulegali nie tylko bujający w obłokach artyści, lecz również ludzie twardo stąpający po ziemi. William Gladstone – jeden z najwybitniejszych brytyjskich polityków, czterokrotny premier – tak się przejął dywagacjami o Atlantydzie, że na posiedzeniu rządu oficjalnie wystąpił o sfinansowanie jej poszukiwań. W Polsce do najbardziej zaangażowanych teozofów należał generał Michał Tokarzewski-Karaszewicz, dowódca konspiracyjnej Służby Zwycięstwu Polsce i zastępca generała Andersa w Armii Polskiej na Wschodzie. Ironia losu sprawiła, że generał jako jeden z trzech polskich teozofów miał prawo noszenia symbolu najwyższego wtajemniczenia… srebrnej swastyki. Z oczywistych względów nigdy jej nie założył.

 

Z duchem przy stoliku

W 1848 r. amerykańskie gazety opublikowały sensacyjne wiadomości z miasteczka Hydesville. Podekscytowani reporterzy informowali, że trzy siostry: Kate, Leah i Margaret Fox nawiązały kontakt z duchami i potrafią się z nimi porozumiewać za pomocą specjalnego kodu. Niewidzialne istoty odpowiadały na zadawane im pytania stukaniem lub przesuwaniem różnych przedmiotów. Nie znano jeszcze fotografii, więc artykuły ilustrowano rysunkami unoszących się w powietrzu stolików i krzeseł. To działało na wyobraźnię, a potrzeba niezwykłości była tak powszechna, że po  kilku  miesiącach siostry Fox  miały już rzesze naśladowców. Wywołanie ducha nie wymagało mozolnej  lektury tekstów ezoterycznych, wystarczyły świece, stolik i medium. Świat dosłownie oszalał  na punkcie spirytyzmu. Najtęższe umysły epoki ze śmiertelną powagą zapewniały, że rozmawiały z duchami. Prezydent Abraham Lincoln konsultował się ze zmarłym synem, lord Balfour, brytyjski premier i minister spraw zagranicznych (pamiętany dziś jako autor deklaracji wzywającej do powstania państwa Izrael), „nawiązał kontakt” z nieżyjącą od lat kochanką. Przekazywała mu wiadomości mową i pismem automatycznym. Tak go tym uwiodła, że w końcu rzucił politykę i u schyłku życia całkowicie poświęcił się ezoteryce.

Do wyjątkowo zaangażowanych spirytystów należał Arthur Conan Doyle, twórca najbardziej logicznej i racjonalnej postaci literackiej – Sherlocka Holmesa. W życiu prywatnym  był całkowitym przeciwieństwem mistrza dedukcji. Regularnie rozmawiał ze zmarłą żoną, a po I wojnie światowej także z poległym synem. Za ich radą ożenił się po raz drugi i wraz z małżonką objeżdżał świat, od Australii po Afrykę Południową i USA, by wygłaszać prelekcje o duchach. Stałym doradcą obojga został arabski dżin o imieniu Phineas; bez konsultacji z nim nie podejmowali żadnej poważniejszej decyzji.

Jeszcze bardziej interesującym zestawem rozmówców mógł się pochwalić Victor Hugo, który po dobrowolnym wygnaniu na wyspę Jersey został członkiem tamtejszej wspólnoty spirytystów, kierowanej przez słynne francuskie medium Delphine de Girardin. Zaczął jak wszyscy, od przywołania bliskiej osoby – córki Leopoldine, która utonęła w Sekwanie. Rozpoznał jej głos i odtąd już z pełnym przekonaniem konwersował z Molierem, Machiavellim, Galileuszem, a nawet starożytnym dramaturgiem Ajschylosem. Przebieg rozmów zapisywał w niechętnie dziś przypominanym przez krytyków literackich dziełku „Wirujące stoliki z Jersey”.

Charles Dickens spotykał się z przebywającą w zaświatach szwagierką Mary Hogarth, czeski malarz Alfons Mucha miał zawsze na podorędziu stosowne akcesoria, by w razie potrzeby pogawędzić z duchami, Władysław Reymont praktykował jako medium, a wdzięczni spirytyści sfinansowali jeg  pierwszą zagraniczną podróż. Karol May, notoryczny blagier i autor bestsellerowych powieści o Winnetou, urządzał seanse we własnym domu. Pewnego razu gość z innego świata zakazał jemu i żonie uprawiania seksu. Był to jednak porządny duch, gdyż kilkanaście lat później, gdy małżonkowie się rozwiedli, a May zbił fortunę, kazał mu wypłacać żonie dożywotnią rentę.

U schyłku życia siostry Fox ujawniły, że dopuściły się manipulacji. Otóż nie wywoływały stukających duchów, ale odgłosy te powstawały dzięki umiejętnemu strzelaniu palcami stóp. Nie zrobiło to już jednak większego wrażenia na rzeszach spirytystów – oni wiedzieli swoje. 

Z mroków okultyzmu wynurzały się nie tylko poczciwe duchy zmarłych i niewidzialni mędrcy. Pojawiały się też upiory. W Niemczech, po wywołanej przez romantyków fascynacji kulturą ludową i pragermańską, mnożyli się samozwańczy prorocy, usiłujący reanimować dawne kulty pogańskie, a raczej swoje o nich wyobrażenie. Ich „doktryny tajemne” były mieszaniną urojeń i dywagacji na temat najnowszych odkryć naukowych.

 

Czysta krew

W 1786 r. angielski językoznawca William Jones zauważył zdumiewające podobieństwa między większością języków europejskich i staroindyjskim sanskrytem. Wysnuł z tego logiczny wniosek, że posługujące się nimi narody musiały mieć wspólnego przodka. Wkrótce odkryto, że ów tajemniczy lud, o jaśniejszej od Indusów karnacji skóry, w sanskrycie jest określany jako Arya. Słowo pochodzi prawdopodobnie od wyżyny Aryan, której nazwę zawdzięcza również Iran, ale niemieckim ezoterykom i filozofom skojarzyło się z Ehre – honorem. Stąd był już tylko krok do stwierdzenia, że lud Aryan, czyli Ariowie lub Aryjczycy, to rasa panów.

Jeszcze większe poruszenie wywołało odkrycie, że do rodziny języków indoeuropejskich nie należy hebrajski. Dzięki temu można już było otwarcie zakwestionować pogląd o pochodzeniu wszystkich ludzi od jednych prarodziców. „Każda rasa została stworzona oddzielnie” – głosili domorośli antropolodzy. Adolf Lanz, założyciel Zakonu Nowej Świątyni, czyli Nowych Templariuszy, dodawał: „Żydzi przez swoją religię chcieli całą ludzkość uczynić swymi potomkami, lecz nauka wreszcie udowodniła, że ta próba się nie powiodła”. 

Nie powiodła się dzięki temu, że germański lud w obrzędach, baśniach, sagach przechował pradawną, autentyczną wiarę i mądrość. Tego dziedzictwa  należało  strzec i bronić.

Dodatkowego impulsu do snucia tych fantasmagorii dostarczyła darwinowska teoria ewolucji, z której wyłuskano przede wszystkim wątek walki o byt. Według Wilhelma Marra, autora wydanej w 1879 r. broszury „Der Sieg des Judentums über das Germanentum” (Zwycięstwo żydostwa nad germańskością), rasy nie tylko istnieją obok siebie, lecz toczą odwieczną walkę o dominację. Wygrają ją, tak jak w naturze, silniejsi – albo Aryjczycy, albo Semici.

Drętwe wywody trafiały do już przekonanych, nie były jednak w stanie porwać mas do walki o czystość rasową. Paliwa do przekształcenia pseudonaukowej teorii w porywającą tłumy ideę dostarczyła dopiero teozofia, z jej doktryną ewoluowania wyższych, uduchowionych ras w coraz bardziej przywiązane do materii i twierdzeniem, że spadkobiercami Atlantydów są Aryjczycy. Bławatska i jej następcy dawali każdemu szansę odkrycia w sobie boskiej iskry, dzięki czemu ludzkość wzniesie się ponad wszelkie podziały, zawróci z drogi ku upadkowi i osiągnie stan braterstwa.

Germańscy okultyści zinterpretowali doktrynę tajemną w zupełnie inny sposób. Skoro twórcami wszystkich wielkich cywilizacji byli Aryjczycy, do nich powinna należeć władza nad światem. Inne rasy to podludzie, którzy muszą się im podporządkować. Niemieccy ezoterycy przełomu wieków przejęli od dawnych gnostyków dualistyczną wizję odwiecznych zmagań dobra i zła, światłości i ciemności, ducha i materii – utożsamiając te siły z rasą aryjską i semicką, a mistyczną moc aryjskiego ludu z krwią. 

Od zachowania jej czystości miało zależeć zwycięstwo w ostatniej, ogarniającej cały świat wojnie, po której – tak, jak głosi Apokalipsa – nastanie milenijne królestwo pokoju i sprawiedliwości: Tysiącletnia Rzesza.