Awantury polskich rybaków, popieranych przez rząd, z Unią Europejską w kwestii połowów dorszy przypomniały mi arcyciekawe historyjki z tą rybą w roli głównej. A było to tak. W X wieku norwescy wikingowie, lud nader wojowniczy, łupili inne plemiona zamieszkujące Skandynawię, a także ludy nadbałtyckie oraz Brytanię. Spośród owych zawadiaków szczególnie krwawo wyróżniał się Thorwald i jego syn Eryk zwany Rudym. Po jednym z kolejnych gwałtów obaj zostali wygnani z ojczyzny, i to bez prawa powrotu. Morderstwo, które stało się przyczyną ich wygnania, utonęło w mrokach niepamięci. Musiał to jednak być czyn wyjątkowo okrutny, albowiem zwykłe zabójstwo nie robiło na wikingach większego wrażenia. Wygnańcy osiedlili się na nieodległej Islandii. Nie zabawili tam jednak długo, gdyż i w tamtych stronach dali się poznać z jak najgorszej strony. Po kolejnym popełnionym przez nich zabójstwie wygnano ich z wyspy. Był to rok 985. Thorwald i Eryk niewielkim statkiem dopłynęli do ogromnego oblodzonego lądu. To była Grenlandia.

Mijały lata. Eryk Rudy został ojcem Leifa, zwanego później Erikssonem. Wkrótce potem zmarł podczas jednej z wypraw, które wikingowie podejmowali bez przerwy na swych łodziach w poszukiwaniu nowych lądów, ludów i łupów. Docierali do dzisiejszej Nowej Fundlandii, Nowej Szkocji, Labradoru, a nawet amerykańskiego stanu Maine.

Uczeni długo się zastanawiali, jak wikingom udawało się przeżyć na niegościnnych ziemiach północy, pośród wiecznych lodów i śniegów? Czym żywili się podczas wielomiesięcznych podróży, gdy na żadnym brzegu nie mogli zdobyć jadła?

Odpowiedź na te nurtujące pytania przyszła wraz z odkryciem, że i w Norwegii, i na Islandii już na sto lat przed wygnaniem krwawego duetu budowano specjalne rusztowania z drewna, na których suszono rozpłatane olbrzymie dorsze. Ryby te dochodziły wówczas do dwóch metrów długości i czasem ważyły niemal tonę. Mieszkańcy północnej Skandynawii i pobliskich wysp łowili te gigantyczne ryby w tak wielkich ilościach, że sporą część już wysuszonej zdobyczy mogli sprzedawać w innych krajach Europy. A przy okazji wypraw handlowych nie zapominali o rabunkach i gwałtach.

Historycy twierdzą, że niewiele później, bo około roku 1000, w połowach dorszy wyspecjalizowali się Baskowie. Ci tajemniczy (do dziś bowiem ich pochodzenie, a zwłaszcza język, wzbudzają naukowe spory i nikt nie wie, dlaczego baskijski przypomina estoński, fiński i węgierski) mieszkańcy nadmorskich regionów północnej Hiszpanii i zachodniej Francji konserwowali suszone mięso dorszy w soli, tak że można je było przechowywać miesiącami. Dzięki temu podróże baskijskich łodzi przeciągały się niemal w nieskończoność, a rybacy i żeglarze odwiedzali najodleglejsze nawet zakątki oceanu, wędrując za ławicami dorszy i jeszcze większych zapasów pożywienia, czyli wielorybów. Handel dorszami wzbogacił Basków niepomiernie. To zaś – jak i w dzisiejszych latach – wzbudziło nie tylko podziw, ale i zawiść. Za baskijskimi łodziami zaczęły podążać statki Portugalczyków, Anglików, a nawet mieszkańców odległych miast hanzeatyckich. Morze spłynęło krwią nie tylko brutalnie zabijanych ryb, ale także walczących o łowiska rybaków.

Wojny dorszowe ciągnęły się aż do naszych czasów. Człowiek bowiem to istota nie zawsze kierująca się rozumem. Eksploatacja łowisk dorszy trwająca ponad tysiąc lat spowodowała, że ryby te niemal wyginęły, mimo że każda samica składa w ciągu swego życia (chyba że wcześniej zostanie złowiona i zjedzona) około dziesięciu milionów jaj. Żarłoczność ludzka nie zna jednak granic. A dorsz ma tę zaletę, że można go zjeść w całości. Nawet łeb tej ryby wprawia smakoszy w stan euforii. Gardło zwane ozorkiem jest niezwykłym wprost delikatesem, a dwa niewielkie krążki mięsa wycinane z obu boków dorszowej głowy, czyli policzki, przyrządzone przez mistrzów sztuki kulinarnej, od stuleci zdobiły królewskie stoły. Smakołykiem jest też pęcherz pławny oraz ikra. Kuchnia islandzka i japońska oferują doskonałe potrawy z dorszowego mlecza, żołądków, wątroby, jelit i gonad, czyli gruczołów żeńskich ryby.

W Portugalii, gdzie przez stulecia dorsz był podstawą wyżywienia, istnieje tyle przepisów na dania z tej ryby, ile jest dni w kalendarzu. Kobiety portugalskie chciały bowiem uniknąć zarzutów, że karmią swych mężów zbyt monotonnie. Bacalao, czyli właśnie dorsz, króluje do dziś w menu zarówno najpodlejszych (jeśli takie są w Portugalii) knajp, jak i najwytworniejszych restauracji. Czy kiedyś zniknie z talerzy, także polskich? Miejmy nadzieję, że nigdy do tego nie dojdzie.

Piotr Adamczewski