Radziecki pociąg do bezprawia. Jak Armia Czerwona terroryzowała Polskę?

Przyzwyczajeni do bestialskiego traktowania pokonanych Niemców, czerwonoarmiści podobne piekło urządzili w „sojuszniczej” Polsce. Dokumenty potwierdzające te zbrodnie, utajnione przez pół wieku, kryją się w polskich archiwach.
Radziecki pociąg do bezprawia. Jak Armia Czerwona terroryzowała Polskę?

W grudniu 2014 r. w Archiwum Narodowym w Poznaniu w zbiorze „Kore-spondencja Tajna Wojewódzkiego Urzędu Informacji i Propagandy” odnaleziono raport z 1945 r., opisujący brutalną napaść, jakiej dokonał sowiecki sierżant w Pile. W domu przy ul. Asnyka zgwałcił i pobił dwie dziewczynki: 10- i 12-letnią. Piszący raport prosił władze o „szybką interwencję”… Takich, a nawet gorszych, incydentów było wiele. Chodziło nie tylko o kilkaset napaści i gwałtów, ale też o ataki na polskich milicjantów z użyciem broni maszynowej i czołgów!

WOJNA O OGÓRKI

„Na terenie miejscowości Jeżów, na szosie Łódź–Rawa, toczy się walka między wojskami radzieckimi a społeczeństwem polskim. 17 zabitych i dużo rannych. Sytuacja nieopanowana. Prosimy o pomoc. Wojska radzieckie otrzymują posiłki ze strony Skierniewic na wieś Kosiska. Cały stan Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa, Milicji i starostwa brzezińskiego jest skierowany z odsieczą” – pisał w depeszy por. Ekert, który 24 października 1945 r. zastępował starostę brzezińskiego.

Co takiego zaszło w Jeżowie? Nie byłoby tam „walki”, gdyby z majątku Popień do Jeżowa nie wybrało się 9 sołdatów z kompanii ochrony Oficerskiej Szkoły Łączności. Dostali odpowiedzialne zadanie skontrolowania sprzedaży drzewek owocowych z majątku, w którym kwaterowali. Dowodził młodszy lejtnant Milutin. Po jakimś czasie zostawił żołnierzy na rynku i wrócił do Popienia. Jeszcze widać go było na drodze, gdy trzech pierwszych sołdatów zamawiało wódkę w restauracji na rynku.

Nagle przy straganie obok zaczęła się awantura. Widząc nadchodzących czerwonoarmistów, zainteresowanych zagryzką, sprzedawca podniósł bowiem cenę ogórków. Podpici żołnierze zaprotestowali. Wiadro z ogórkami spadło na ziemię, a w powietrze poszybowały przekleństwa w obu językach.

Nie udało się wyjaśnić, po czyich słowach epitety zamieniły się w rękoczyny. W meldunkach milicyjnych podkreślono później, że czerwonoarmiści „zamroczeni alkoholem wszczęli masowy rabunek przy użyciu siły, demolując stragany i bijąc ludzi”. Nie strzelali, lecz tylko grozili bronią. W odwecie zostali obrzuceni butelkami i kamieniami. Rzucili się do ucieczki. Czy oprócz kamieni goniły ich pociski, czy też jeden z czerwonoarmistów pierwszy szarpnął za spust pepeszy – także nie sposób ustalić. Tak czy inaczej, jedna i druga seria w powietrze tylko rozjuszyła mieszkańców Jeżowa. Odpowiedzieli z pistoletów. Czerwonoarmista Niebolsinow rzucił granat. Polacy odpłacili mu pięknym za nadobne i po chwili sołdat leżał w kałuży krwi. „Został zabity od kuli lub jako ranny dobity przez tłum” – napisze potem kpt. Gabrynowicz, jeden z autorów meldunku o incydencie w Jeżowie, który trafił do wiceministra obrony narodowej Mariana Spychalskiego.

Czerwonoarmiści przeszli do kontrataku. „Próba obrony przez cywili jeszcze bardziej rozjuszyła sowieckich żołnierzy. Zaczęli strzelać i rzucać granatami. Przerażeni ludzie uciekali, część szukała schronienia na posterunku milicji – czytamy w meldunku Gabrynowicza. – Niestety milicjanci nie mogli uczynić niczego dla pohamowania napastników. Tak się bowiem pechowo złożyło, że poprzedniej nocy zostali zaskoczeni i rozbrojeni przez jakiś nieznany oddział zbrojnego podziemia.

W tej sytuacji całkowicie bezkarni żołnierze sowieccy bez przeszkód ze strony milicjantów zdemolowali posterunek. Przytomnością umysłu wykazał się jednak komendant MO, który pobiegł na pocztę i stamtąd zatelefonował na komendę powiatową MO w Brzezinach”.

SOWIECI KONTRA MILICJA  

Milicjanci ze zdemolowanego posterunku byli przekonani, że nie przeżyją napadu. Widzieli kolejnych zabitych i rannych. Podobnie cywile. Dwaj polscy żołnierze, którzy przypadkiem przyjechali na jarmark, zdecydowali się wtedy wesprzeć jeżowian. Potem przyjechało 23 uzbrojonych – także w broń maszynową – funkcjonariuszy MO z Brzezin. Sołdaci skryli się w budynku zajmowanym w Popieniu przez Armię Czerwoną. Z okna zajazgotał ostrzegawczo karabin maszynowy. Niezrażeni jeżowianie i milicjanci z Brzezin zaczęli oblężenie. Obie strony telefonicznie wzywały posiłki.

Dopiero kiedy walczącym zabrakło amunicji, pomyślano o politycznych konsekwencjach potyczki. Sprawozdania i meldunki nie mówią, kto pierwszy podjął rozmowy. Wiadomo tylko, że lejtnant Milutin odmawiał wydania sprawców zajścia w ręce oblegających (grozili sądem doraźnym) i żądał przewiezienia rannych do szpitala. Polacy zgodzili się na takie warunki i po rozbrojeniu powoli trzeźwiejących czerwonoarmistów wysłano do dyspozycji sowieckiej prokuratury w Łodzi.

Cóż z tego, skoro kilka godzin później, po przesłuchaniu, Sowieci odjechali z powrotem do swojej kwatery w Popieniu. Nawet włos nie spadł im z głowy za sprowokowanie starcia w Jeżowie. Jedynie Milutina zwierzchnicy ukarali za „brak energii i zbytnią pobłażliwość w stosunku do żołnierzy”. Przestał dowodzić kompanią ochrony, a zamiast czerwonoarmistów Oficerską Szkołę Łączności miała ochraniać kompania polskich żołnierzy. Ale podobnych incydentów było więcej, np. pod Szczytnem. W odwecie za postrzelenie wartownika polscy żołnierze aresztowali dwóch czerwonoarmistów i poprowadzili demonstracyjnie przez miasto. Sołdaci skarżyli się później, że bito ich po twarzy, a nawet ustawiono pod ścianą przed skierowanymi w ich plecy lufami  automatów.

SPRZECZNE GŁOSY O ARMII CZERWONEJ

Wojewoda śląsko-dąbrowski gen. Aleksander Zawadzki doskonale wiedział, z jakich  sprawozdań byliby zadowoleni „towarzysze w Warszawie”. Dbał o rozłożenie akcentów i odpowiednią stylistykę. Ludność w ogólności nastawiona była pozytywnie do współpracy, którą zakłócały zdarzające się incydenty w postaci łapanek, zarządzane przez niektórych dowódców oddziałów celem za- i wyładowania pociągów, aut i magazynów –  pisał w czerwcu 1945 r. –  Także dokonywane rekwizycje w niektórych miejscowościach oziębiły przyjazne stosunki, niemniej jednak ogólnie stosunek do Armii Czerwonej można sklasyfikować jako poprawny.

W sprawozdaniu opatrzonym datą 6 czerwca 1945 r. wicewojewoda śląsko-dąbrowski ppłk Jerzy Ziętek inaczej przedstawiał te fakty. Wszyscy starostowie jednomyślnie raportują i podkreślają, że stan rabunków przybiera na sile, że dochodzi do starć z organami MO, że władze są bezsilne wobec występujących zbiorowo żołnierzy – pisał. – Jaskrawym przykładem tego jest np. fakt ograbienia urzędników i zdemolowanie biur Starostwa Opolskiego w biały dzień. Ta samowola przyjmuje rozmiary tego rodzaju, że ludność z całych wsi ucieka do lasu (gmina Sieraków pow. Lubliniec). Władze sowieckie aresztują Polaków (powiat Lubliniec: 600), a przy tym coraz częściej zdarzają się wypadki, że poszczególni oficerowie sowieccy zabraniają mówić po polsku. Ale takie wiadomości nie mogły być rozpowszechniane…

PRZYJACIELE OD ROWERÓW

Informacje o „szkodliwym zachowaniu żołnierzy Armii Czerwonej” pojawiły się tak-że na biurku starosty ze Strykowa po napadzie czerwonoarmisty Aleksandra Kostenki na mieszkającego tam Władysława Tomczaka. Zaczęło się od tego, że… rower skradziony przez żołnierza nie chciał jeździć bez kręcenia pedałami, więc czerwonoarmista postanowił wzmocnić się alkoholem i wtedy zmierzyć z opornym sprzętem. „Wzmocnionego” wypatrzono nad przepływającą przez miasto Moszczenicą, gdzie trwał w pozycji horyzontalnej. Milicjanci nie budzili żołnierza. Zabrali tylko rower i oddali go towarzyszącemu im Tomczakowi. Rozbudzonego głosami stróżów prawa czerwonoarmistę bardzo zirytowała ta decyzja. Ostrzelał patrol, omal nie zabijając komendanta strykowskiej milicji obywatelskiej, a później wezwał na pomoc towarzyszy broni.

Łgał, jak potrafił, że zapłacił za rower, a bezczelni Polacy zabierają coś, co im się nie należy. Dla potwierdzenia, że ufają Kostence, towarzysze broni pociągnęli seriami po grupie miejscowych rolników i wojskowych. Polacy nie pozostali dłużni. Reklamowana na plakatach i w gazetach przyjaźń polsko-radziecka zamieniła się w strzelaninę. Po godzinnej walce doliczono się jednego zabitego i 7 rannych…

Także w 1945 r. do incydentu wokół roweru doszło w miejscowości Pajęczno. Tutaj żołnierze Armii Czerwonej zastrzelili właściciela roweru, żeby zdobyć pojazd. Patrol milicyjny wprawdzie odebrał im łup, jednak po krótkiej dyskusji zrezygnował z aresztowania któregokolwiek! Milicjanci postanowili przechować rower na posterunku, licząc, że znajdą się krewni ofiary. Nikomu nie przyszło do głowy, że w nocy kilkunastu sowieckich żołnierzy zaatakuje posterunek! Komendant sięgnął po broń, a wtedy poszły w ruch kolby karabinowe. Milicjanta, który próbował go bronić, czekał pobyt w szpitalu – podobnie jak przełożonego.

Z CZOŁGIEM NA POSTERUNEK

W polsko-sowieckich kontaktach liczył się także sprzęt cięższego kalibru. W Stargardzie trzej żołnierze Armii Czerwonej (tradycyjnie „wzmocnieni alkoholem”) dewastowali restaurację, wymachując pistoletami i krzycząc: „Dawaj czasy!” do pracujących tam Niemek. Poproszeni o pomoc milicjanci zatrzymali dwóch sołdatów. Trzeci, niestety, umknął. Tymczasem zatrzymani zostali zabrani na posterunek, gdzie zamknięto ich w celi. Komendant MO zaczął zaś uzgadniać telefonicznie, gdzie powinni być doprowadzeni i jak uzyskać bodaj niewielkie odszkodowanie za zdemolowanie restauracji.

I wtedy okazało się, że wraca żołnierz, który uciekł milicjantom. Nie sam: było z nim kilku towarzyszy broni z miejscowej jednostki. A ponieważ był to tankowoj połk, więc na placu im. Józefa Stalina pojawił się także T-34! Z wycelowanej w posterunek MO lufy oddano strzał ostrzegawczy. Czołg nie musiał dawać ognia po raz drugi. Więźniów błyskawicznie wypchnięto z posterunku. Milicjanci zaś z komendantem na czele pospiesznie opuścili miejsce służby.

DESPERACJA OFIAR

Starosta pińczowski  do wymaganego przez władze sprawozdania o nastrojach w terenie dołączył skargę nadesłaną przez miejscowego rolnika. Dokument dowodził ogromnej desperacji i bezradności piszącego:

Donoszę, że w nocy z dnia 26 na 27 bm. 1945 r. wtargnęło dwóch żołnierzy rosyjskich do mego domu przy ulicy Stolarskiej 9.  Po wtargnięciu żołnierze sterroryzowali mnie, przykładając mi broń do głowy i grożąc wywozem do Rosji, zarzucając mi nieprzychylne ustosunkowanie się do nich dlatego, że gdy oni żądali mych córek, ja się sprzeciwiłem. Żołnierze ci twierdzili, że walczą trzeci rok o Polskę, więc mają prawo do wszystkich Polek i że przyszli tu z polecenia komendanta. Córkę zaś młodszą, [która] na widok terroryzowania mnie poczęła płakać, uderzyli pasem dlatego, że się ich tak bała, natomiast starszą chcieli zmusić, by się im oddała. Lecz w obronie jej stanął syn sześcioletni, który krzyczał i płakał, oraz żona. Wówczas zaczęli terroryzować żonę, przykładając jej rewolwer do ust, kopiąc, ciągnąc za włosy i żądając przy tym kategorycznie oddania się córek. Kiedy żona oświadczyła, że absolutnie nie odda córek, wtedy ciągnąc ją za włosy wyciągnęli na podwórko z mieszkania, gdzie w bestialski sposób, rzucając ją na ziemię, zgwałcili. Przy czym nadmieniam, że żona w tym czasie była chora, gdyż przechodziła grypę, liczy 52 lata, mimo tego tak postąpili.

CZYSTE BESTIALSTWO

Nie brakowało przestępstw naprawdę szokujących. Na przykład w powiecie krakowskim do mieszkania Wincentego K. wtargnęło „dwóch żołnierzy sowieckich, którzy dopuścili się gwałtu na 4-letniej dziewczynce, a potem zrabowali garderobę”. Także ubranie, trzy ko-nie, trzy wozy, a ostatecznie i życie odebrali czerwonoarmiści niejakiemu Jakubowskiemu, wracającemu z Niemiec z rodziną i sąsiadami do wsi Wersale. Napastnicy – wśród których był sowiecki komendant wojenny z Żydowa (obecnie warmińsko-mazurskie) – wykłuli nieszczęśnikowi oczy  i pokroili policzki. Powiesili też jedną z towarzyszących mu osób.

Przykłady podobnego bestialstwa bardzo często łączą się z informacjami o niemożliwej wręcz do opanowania fali gwałtów i rabunków w czasie przejazdu  przez Polskę (samochodami lub kolejowymi eszelonami) oddziałów Armii Czerwonej wycofywanych po kapitulacji z III Rzeszy. Nic dziwnego, bo czerwonoarmiści przyzwyczaili się do wszelkich form żołdackiego łajdactwa po wejściu na teren Niemiec w styczniu 1945 r. W ulotkach wzywano ich wówczas nie tylko do walki  z przeciwnikiem, którego szli dobić i ukarać w imieniu „mateczki Rosji”, ale wręcz do mordowania Niemców. Bezkarność rozlała się po wojsku jak epidemia, a świadomość czekającej czerwonoarmistów wojny z Japończykami pokonała hamulce, które miały obowiązywać w czasie przemieszczania się przez tereny nazywane „sojuszniczymi”. Żołnierze wiedzieli, kto z przełożonych będzie interesował się, po co zatrzymano eszelon w polu, a dla kogo ważniejsze było pilnowanie tego, co z wojny wiezie do domu.

Trudno uwierzyć, ale zdarzało się, że pociąg z czerwonoarmistami stawał tylko po to, by mogli dokonać rabunków i gwałtów we wsi, której zabudowania pojawiły się za oknem. Tak było na Kielecczyźnie: „Żołnierze z transportu stacjonującego w 2 pociągach na stacji Olechów dokonali większymi lub mniejszymi grupami napadu z bronią w ręku na wsie: Zalesie, Olechów, Feliksin i Hutę Szklaną, rabując gospodarzom ich dobytek i dopuszczając się gwałtów na kobietach polskich. W obozie dla Niemców w Olechowie zgwałcono 50 Niemek. Ludność w panicznym strachu uciekła z domów”.

W obronie Feliksina i Olechowa wysłano milicjantów i pracowników Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. Spodziewając się ich, sołdaci ostrzelali Polaków na drodze, a później z okien wagonów. Żaden z interweniujących nie odpowiedział ogniem…

DOBRZE O SOJUSZNIKACH  

W raportach z napadów i gwałtów trafiających do Komendy Głównej MO można czasem przeczytać, że napastnikami byli „osobnicy w mundurach wojsk radzieckich”. Czyżby więc nie prawdziwi czerwonoarmiści?! Cóż, tak w praktyce wyglądało „poprawianie” meldunków nadsyłanych z terenu.

Zgłaszających napady denerwowało sugerowanie, że napadu dokonali „bandyci z lasu”, przebrani w mundury sowieckie. Tak było w Trzebiatowie po śmierci komendanta straży pożarnej, zastrzelonego przez oficera Armii Czerwonej. Setki ludzi uczestniczyło w pogrzebie, ale manifestacja nie spodobała się szefowi powiatowej bezpieki. „Nie wolno mówić, że na strażaka napadł sojusznik” – pouczał miejscowych funkcjonariuszy. „A co trzeba mówić?” – spytali. „Mówić o własowcach, bandach z lasu, wilkołakach” – usłyszeli decyzję przełożonego.

Relacje o sowieckich nadużyciach omal nie przepadły, gdy w 1950 r. płk Teodor Kusznieruk – delegat Rządu RP przy Dowództwie Północnej Grupy Wojsk Armii Radzieckiej – na „prośbę” Moskwy zasugerował zniszczenie dokumentów związanych z Armią Czerwoną, a stanowiących „tajemnicę wojskową”. Polskie władze posłuchały, ale nie uznały za „tajemnicę wojskową” przestępstw czerwonoarmistów. W ten sposób dokumenty ocalały.

Byłoby nie w porządku stwierdzić, że polskie władze kompletnie ignorowały krwawe incydenty i zbrodnie. Już w maju 1945 r. Biuro Polityczne PPR protestowało przeciw „rabowaniu podróżnych w pociągach, a nawet na stacjach przez żołnierzy Armii Czerwonej i stałym zjawisku – gwałceniu kobiet”. Napisało w tej sprawie do Stalina. Tylko czy odważyło się wysłać list na Kreml – nie wiadomo.