Zmienia się przestępczość, zmieniają się też bohaterowie kryminałówTen, kto uważa, że literaturę kryminalną stworzył Raymond Chandler jest tak samo bliski prawdy jak gość, który utrzymuje, iż przestępczość narodziła się wraz z prochem. Oczywiście, nie ma sensu udowadniać, że niezłe kryminalne historie pojawiają się już w Starym Testamencie, bo to święta prawda, ale jednak księga należy do nieco innego nurtu.


Ale już w XVI wieku pojawił się autor, którego spokojnie można zaliczyć do prekursorów „czarnej” literatury – William Szekspir, bo o nim mowa, pisał tak, jakby w małym palcu miał twórczość i Chandlera i Hammetta, i na dokładkę Ludluma. Wszak „Hamlet” to czystej wody kryminał: jest morderstwo (z powodów politycznych, czyli element historii sensacyjnej), jest dochodzenie, jest syn-desperat, który dokonuje okrutnej zemsty. Przy okazji pojawia się wątek miłosny, bez którego literatura popularna (a przecież Szekspir był jak najbardziej przedstawicielem popkultury) nie ma racji bytu.


Inne wielkie dzieło kryminalne ujrzało światło dzienne mniej więcej 250 lat po „Hamlecie” i nosi tytuł „Zbrodnia i Kara”. Wprawdzie jego autor Fiodor Dostojewski dość rzadko bywa przypisywany do nurtu „thriller”, ale to chyba tylko dlatego, że literaturoznawcy nie czytają powieści detektywistycznych. W „Zbrodni i Karze” znamy wprawdzie mordercę od samego początku (w literaturze sensacyjnej klarowny podział na złych i dobrych jest standardem), ale najważniejsze są w tej książce metody śledcze. Bo to w gruncie rzeczy powieść policyjna jest... Dla wielu czytelników główny bohater to sędzia śledczy Porfiry Pietrowicz, który umiejętnie „rozmiękcza” młodocianego mordercę pewnej staruchy – Rodiona Raskolnikowa, skłaniając go do przyznania się do winy. Pietrowicz, choć nie ma twardych dowodów, doskonale wie, kto zabił, i prowadzi wyrafinowaną grę z Raskolnikowem, przekonując go, że lepiej przyznać się do winy. Jego perswazja odnosi oczekiwany skutek.


Prawdpodobnie niejeden policyjny negocjator i profiler swą przygodę z organami ścigania rozpoczynał do fascynacji powieścią Dostojewskiego.


Holmes przy Rue Morgue


Wielki rosyjski prozaik także miał swoich literackich idoli, zaliczanych dziś do prekursorów gatunku – wiadomo, że Dostojewski zaczytywał się w mrocznych opowiadaniach Edgara Alla Poe'go, uważanego za ojca horroru i fantastki. Znawcy gatunku uważają też, że to Poe stworzył literaturę detektywistyczną. W jego opowiadaniu „Zabójstwo przy Rue Morgue” pojawia się detektyw Auguste Dupin, który musi wyjaśnić zagadkę bestialskiego morderstwa dwóch kobiet, popełnionego na nieistniejącej paryskiej ulicy. Tropy prowadzą do... orangutana, który skradł swemu właścicielowi brzytwę i najprawdopodobniej popełnił zbrodnię. Ale czy na pewno? To już autor pozostawia naszej intuicji.


Twórczość Poe'go była też znana jednemu z gigantów światowego kryminału – Arturowi Conan Doyle'owi, autorowi m.in. powieści ze słynnym detektywem Sherlockieh Holmesem w roli głównej. Motyw okrutnego zwierza Conan Doyle wykorzystał w swym – inspirowanym Poem – „Psie Baskerville'ów”, choć dzieło to nie należy do kanonu literatury kryminalnej. Holmes – poniekąd hobbystycznie – sam zajmował się pracą detektywa, dlatego przygody Sherlocka i jego asystenta Doktora Watsona są tak bardzo wiarygodne, i realistycznie opisują policyjną rzeczywistość II połowy XIX wieku. Holmes stał się archetypem śledczego na kolejne dziesięciolecia – jego „geny” (choćby głęboko ukryte) odnajdziemy zarówno u Herculesa Poitot, stworzonego przez Agathę Christie, jak również u Chandlerowskiego Marlowe'a (jakkolwiek na zasadzie antytezy). Najciekawszym jednak literackim dokonaniem Doyle'a jest ucieleśnienie zła, Napoleon zbrodni, czyli profesor James Moriarty. Ten genialny matematyk stworzył organizację przestęczą (dziś powiedzilibyśmy – syndykat zbrodni), której występki pozostawały przez długi czas niewykryte. Naturalnie, dzięki przebiegłości i umysłowości Moriarty'ego. Dopiero Sherlockowi udało się rozgryźć tajemnice XIX-wiecznego mafiozo.


Czyż Moriarty nie jest ikoną dla wielu – i literackich i autentycznych szefów struktur przestępczych? Wystarczy wspomnieć złego Chińczyka, czyli Dr No z jednej z powieści Iana Fleminga o agencie 007 czyli Jamesie Bondzie. A już na pewno doktora Gebharda, szefa enigmatycznej organizacji „W” z PRL-owskiego serialu „Życie na Gorąco”.


Co więcej – wcale nie jestem pewien, czy pułkownik Kurtz z „Czasu Apokalispy” nie jest dalekim potomkiem profesora Moriarty'ego. Ten mroczny (choć nie pozbawiony szlachetności) dowódca wojskowy z Wietnamu wyznał w jednej ze scen: „Trzeba nam żołnierzy... głęboko moralnych... a jednocześnie zdolnych rozbudzić w sobie... pierwotny instynkt zabijania... bez uczuć, sentymentów, bez osądzania”.


Postać pułkownika jest filmowym odwzorowaniem handlarza Kurtza – ogarniętego szaleństwem kacyka z Belgijskiego Konga – z wielkiej powieści Josepha Conrada „Jądro ciemności”. Conrad i Doyle żyli dokładnie w tym samym czasie, i nie ma wątpliwości, że znali swoje utwory.


Swoją drogą, to ciekawe, że wielu słynnych pisarzy kryminalnych wywodzi się – tak jak Conan Doyle – ze Szkocji. Takie gwiazdy gatunku, jak mistrz thrillera medycznego – Ian Rankin, Val McDermid czy Denise Mina (bardzo popularni także w Polsce) urodziły się nad rzeką Clyde. Krytycy nawet mówią o powieściach zza muru Hadriana, jakbu starożytny podział miał wpływ na charakter wyspiarskiej literatury.


Żegnaj laleczko


Ostatnią (chronologicznie, bo jest chodzi o jakość literacką należy jej się palma pierwszeństwa) wielką postacią post-wiktoriańskiego kryminału jest Agatha Christie. Wprawdzie nad jej powieściami – choćby w „Tajemniczej historii w Styles” czy „4.50 z Paddington” – unoszą się duchy Conan Doyle'a i Holmesa, to jednak wielkiej Agacie udało się stworzyć nowoczesną formułę kryminału. I jakkolwiek jej bohaterowie-detektywi: Hercules Poirot czy zgryźliwa stara panna Marple wywodzą się z epoki kolonialnej, to jednak świat widziany oczyma pisarki pędzi do przodu i bezpowrotnie się zmienia.  Zmienia się też kryminał – powieści Chrisie są o wiele bardziej dynamiczne od dzieł poprzedników, zawierają nieoczekiwany zwrot akcji i doskonale nadają się do ekranizacji.


Tą drogą podążą amerykańscy autorzy po drugiej wojnie światowej – w ich książkach będzie nieco mniej literatury jako takiej, a więcej gotowego scenariusza.


Takie scenariusze pisał, uważany za ojca współczesnego kryminału, wspomniany Dashiell Hammett, skądinąd prywatny detektyw w cenionej agencji Pinkertona. Jego najsłynniejsza powieść „Sokół Maltański” została przeniesiona na wielki ekran – wcielający się w rolę detektywa Sama Spade'a Humphrey Bogart zapewnił filmowi gigantyczny sukces. Zaś sam Hammett, choć pozostawił po sobie niewiele dzieł, stał stał się wzorem do naśladowania dla pisarzy. Nie tylko zresztą młodszych – także starszy o sześć lat Raymond Chandler, twórca kultowego detektywa Philipe Marlowe'a, przyznawał się do inspiracji książkami Hammetta.


Cyniczny, pozbawiony złudzeń co do prawości natury człowieka Marlowe bardzo przypomina Spade'a, choć jest postacią bardziej złożoną i wyrazistą. Kolejne pokolenia pisarzy będą traktowały bohatera powieści „Żegnaj Laleczko” jako wzorzec z Sevres – detektyw musi mieć za sobą nieudane życie osobiste, skłonność do alkoholu i powierzchownej abnegacji, szorski, cięty język, ale złote serce i głęboko skrywaną wiarę w siłę zasad.


W jednej z powieści Marlow wyznał: marzyłem o drinku, o ubezpieczeniu na życie, o wakacjach, o domu na wsi. A jedyne co miałem, to płaszcz, kapelusz i broń...


Ale to właśnie te trzy atrybuty uczyniły go nieśmiertelnym.


Marlowe powraca nawet dziś, choćby jako Patrick Kenzie – prywatny detektyw z powieści Dennisa Lehane'a, autora urodzonego już po śmierci Chandlera. Także jako marsylski komisarz Claudio Montale – twardziel o gołębim sercu, bohater Trylogii Marsylskiej Jeana-Claude Izzo.


Tożsamość Langdona


Ostatnio jednak coraz większą karierę robi bohater bez wyrazu, rekompensujący swoją nijakość uwikłaniem w niewiarygodną, dynamicznie zmieniającą się akcję. Tego typu heros powstał z myślą o kinie akcji – widz nie oczekuje na rozterki moralnego niepokoju, ale efektowne sceny walk i szybki seks pomiędzy jedną a drugą strzelaniną.


Takiego bohatera zdefiniował nieżyjący już amerykański gigant literatury sensacyjnej Robert Ludlum. Wprawdzie jego powieściom nie da się odmówić tzw. wartości wyższych, czyli erudycyjnych nawiazań do historii i prób ich oceny (przede wszystkim II wojny światowej), ale jednak najważniejsza jest akcja, zawiązana wokół politycznej intrygi (pokażcie mi kryminał, gdzie politycy są dobrzy i walczą ze złem!).


Jego agent CIA Jason  Bourne, zdradzony przez mocodawców, nieustannie ucieka przed siłami, które chcą go unicestwić. W czasie ucieczki rekonstruuje swoją przeszłość – czytelnik dowiaduje się, że tożsamość Bourne'a została „wyczyszczona”, by ucznić z niego bezwolnego cyborga, gotowego wykonać każde, choćby najbardziej niebezpieczne i okrutne, zadanie. A Bourne tak nie chce...


Jest oczywiste, że pozbawiony tożsamości uciekinier nie będzie stawiał sobie, tak jak Marlowe, nostalgicznych pytań o kondycję ludzkości, bo po pierwsze nie ma żadnych przemyśleń, a po drugie – jest w biegu, co utrudnia refleksje.


Podobne problemy z postrzeganiem naszych czasów ma ostatni z wielkich bohaterów sensacyjno-kryminalnych, czyli Robert Langdon. Ten profesor symbolologii z Harvardu, wymyślony przez Dana Browna, wystąpił już w trzech bestsellerowych powieściach – „Kodzie Leonarda da Vinci”, „Anioła i Demonach” oraz „Zaginionym Symbolu” – i wiele wskazuje na to, że będzie grał dalej. Problem z Langdonem, który tropi starożytne spiski, nieustannie cudem unikając śmierci (nawet wypadł z lecącego heliktoptera, na szczęście spadł do jednej z rzymskich fontann, gdzie woda sięgała kostek, i uratował się), polega na tym, że... jest  człowiekiem absolutnie nijakim. Owszem, zna się na symbolach jak nikt inny – zobaczy jakiś znak na murze, jakiś skrót (typu cHWDP) i od razu wie, jaka organizacja go wyryła czy wymalowała. I jakie są historyczne korzenie spiskowców. Nie wiemy jednak, co lubi, czego nienawidzi, co go wkurza, a co uspokaja. Nie ma też potrzeb natury erotycznej, choć otaczają go piękne kobiety. On po prostu kroczy przez świat (Brown, podobnie jak Ludlum, ma rozmach), rozwiązuje szarady, a my... prawie nic o nim nie wiemy. Ale czy o facecie, który powstał z myślą o Hollywood naprawdę powinniśmy widzieć coś więcej?


Jedno jest pewne – kiedyś skończy się czas rządów nijakich bohaterów. I wrócimy do Marlowe'a. Albo Holmesa...


Tym bardziej, że w Europie detektywi z przeszłością i po przejściach cieszą się większą sympatią. A Ameryka czasami bierze to pod uwagę.


Artur Górski (opublikowano w Sledczy nr 1)